Jak to stwierdził Szymon, bardziej oklepanego tytułu dać nie mogłam. Moim zdaniem jednak, pasuje jak żaden inny ;).

Co robi normalny człowiek, gdy plany weekendowe popsuje mu szwankująca turbina? Oddaje auto do warsztatu i przekłada wyjazd. Co robi Ola? Na szybko wymyśla plan awaryjny, sprawdza pogodę, i dojeżdża w Bieszczady z Żywca za pomocą siły własnych mięśni. Ponieważ akurat Szymon miał w ten weekend urodziny, w ramach prezentu pozwoliłam mu ze sobą jechać ;).

Kilka lat temu regularnie bywaliśmy z rowerem na wschodzie Polski, stąd tez pojawiła się u mnie niepohamowana chęć ponownych odwiedzin tych rejonów. Zainspirowana wpisem dobrze znanego w kolarskim/blogowym świecie Macieja zaplanowałam trasy, musiałam jednak obejść się smakiem, bowiem rzeczona turbina (przepustnica, EGR czy inne tam licho, who cares 😉 ) odmówiła posłuszeństwa. Po krótkim namyśle postanowiliśmy przeznaczyć piątek na wypoczynek, a ruszyć w sobotę rano tak, by skorzystać z zapowiadanych trzech dni słonecznej aury.

Zgodnie z prawem Murphy’ego, jeżeli coś może się zepsuć, to dlaczego by nie i tym sposobem cały piątek spędziłam leżąc i ładując mięśnie glikogenem wymiotując co godzinę wszystkim co zjadłam i wypiłam. Już o 20 stwierdziłam, że czuję się całkiem nieźle, zjadłam pożywną kolację składającą się z kilku sucharów i Coca-Coli, umyłam napęd (który miał na sobie jeszcze kurz z Dolomitów 😉 ) i spakowałam najbardziej niezbędne rzeczy. Potem wszystko szło całkiem nieźle, poza tym, że godzinę zaspaliśmy, a Szymonowi wykręciła się śruba z bloku, co zauważył dopiero w okolicach Mszany Dolnej ;).

Pierwszego dnia chcieliśmy dojechać do Gorlic, wypatrzyłam tam bowiem niskobudżetowy nocleg w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym. Dystans 180 kilometrów też wydawał się w sam raz, biorąc pod uwagę wysoką temperaturę i osłabienie dnia wczorajszego. Wyjechawszy o 7:00, po dwóch godzinach jazdy zrobiliśmy sobie pierwszy zasłużony postój na kawę i drożdżówkę w cukierni Steskal w Jordanowie. Dalsza podróż upływała bardzo miło, bo mimo soboty i całkiem dużego ruchu nikt nie chciał nas zabić, wiatr bardzo nie przeszkadzał a drogi na tym etapie należały do najlepszych w ciągu tych trzech dni. O dziwo, nie mieliśmy się z kim podzielić tymi spostrzeżeniami, bo do Nowego Sącza nie spotkaliśmy ani jednego (!) rowerzysty. Poza Mszaną, gdzie szukaliśmy sklepu ze śrubkami, by dopasować coś do Szymonowego buta, dłuższy postój zrobiliśmy w Limanowej (gdzie znów Coca-Colą uspokajałam żołądek), Nowym Sączu (gdzie próbowaliśmy się skontaktować z rzeczonym schroniskiem) i kilka kilometrów przed Gorlicami (upał doskwierał nam już tak bardzo, że bez półlitrowej porcji radlera na głowę nie dało się jechać 😉 ).

Na awaryjne miejsce noclegu (w SSM nikt nie odbierał) dotarliśmy po 17, zrobiwszy przedtem solidne zakupy w miejscowych delikatesach. Domek może nie imponował wyglądem, za to było schludnie, spokojnie, ogólnie bezproblemowo i przede wszystkim tanio (co nie jest tak oczywiste, gdy chce się przyjechać tylko na jedną noc).

W niedzielę rano, po komfortowo przespanej nocy, pojawił się jeden malutki problemik – Szymonowe skarpety, które nie raczyły przez noc wyschnąć; udało się jednak temu zaradzić dzięki dostępnemu żelazku ;). Ruszyliśmy nieco później, bo o 7:30, w końcu dystans miał być mniejszy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że prawie cały czas będzie wiało nam w twarz… Gdyby nie to (i spore odcinki naprawdę słabego asfaltu, zwłaszcza między Jaśliskami a Cisną) i czas przelotu byłby lepszy, i ogólne wrażenia z trasy. Niemniej, i tak było świetnie, bo choć Beskid Niski nie jest jakoś spektakularny widokowo, to darzymy go dużym sentymentem, a pustka na drogach pozwala się odprężyć (na Stelvio wiadomo, ładniej, ale wszechobecny ryk motocykli skutecznie psuje nastrój). Trzeba jedynie uważać na krowy, jelenie i inne niedźwiedzie przebiegające drogę ;).

Gdyby ktoś chciał się napić kawy w niehandlową niedzielę rano na tym terenie, to informuję uprzejmie, że poza Gorlicami może to zrobić dopiero w barze w Dukli na rynku (lub na Orlenie, ale sami spójrzcie na te klimatyczne filiżanki i gustowną cukierniczkę 😉 ); także planując coffee ride trzeba to dobrze przemyśleć. Gdybyście przegapili Duklę, to następna okazja na stacji paliw w Komańczy (w centrum nie ma czego szukać!).

Po mniejszych i większych hopkach tego odcinka większy podjazd czekał nas przed Cisną (Przełęcz Przysłup), do której z ulgą zjechaliśmy – raz, że liczyliśmy na lepsza nawierzchnię a dwa, że to regionalne centrum bieszczadzkiej komercji i nawet w niedzielę można liczyć na zakupy i posiłek, z czego skwapliwie korzystamy. Poza tym, leży ona na trasie tzw. Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej, co wiąże się ze zwiększoną ilością turystów i wszelakich atrakcji.

Za Smerekiem pojawiają się pierwsze widoki na Połoninę Wetlińską, choć jeszcze niezbyt spektakularne. Te mamy okazję podziwiać z Przełęczy Wyżnej, będącym najwyższym punktem naszej trasy. Podziwiając z parkingu panoramę ( z Połoniną Caryńską na pierwszym planie) mam poczucie, jakbym oglądała film :). Do rzeczywistości przywraca mnie burczenie w brzuchu, które każe jechać dalej – w Ustrzykach Górnych, po ostatnim podjeździe tego dnia (na Przełęcz Wyżniańską), mamy nadzieję na zasłużony obiad i zakupy.

Obiad zaliczamy w polecanej Bieszczadzkiej Legendzie (reggae, hamaki i te sprawy); udaje się też zrobić zakupy, bo na otwarty sklep w Stuposianach, gdzie planujemy nocować, nie ma co liczyć. Na szczęście czeka nas już tylko ostatnie 10 kilometrów w dół, wzdłuż doliny potoku Wołosate. Schronisko Młodzieżowe, zgodnie z telefonicznym zapewnieniem jest otwarte, a nocleg z pościelą oferuje w bezkonkurencyjnej cenie 24 złotych polskich (dla młodzieży jeszcze taniej, niestety od paru lat już się do tej kategorii wiekowej nie zaliczamy).

Kolejna noc mija spokojnie, więc w poniedziałek rześcy i w pełni sił wstajemy, by pokonać ostatni etap wyjazdu. W planach był podjazd m. in. na chwaloną przez HopCycling Bezmiechową, jednak niestabilna pogoda zniechęciła nas do dokładania kilometrów. Poganiani deszczowymi chmurami, sprawnie dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, po drodze zaliczając genialny zjazd z Czarnej Górnej. Gdyby nie hopka w Żłobku, można by mówić o prawie 20 kilometrach jazdy w dół!

W Ustrzykach w Żabce zaliczamy kawę, a ja również śniadanie, bo do tej pory żołądek nie zezwalał na posiłek. Kolejny odcinek, aż do Olszanicy, jedziemy z całkiem ładną średnią – szkoda, że zaliczyliśmy krótki postój na Orlenie, bo na tym segmencie moglibyśmy całkiem ładnie wypaść ;). Ciekawą atrakcją po drodze były szyby naftowe w Ropience, a później znany chyba wszystkim Arłamów. Choć, szczerze powiedziawszy, liczyłam na większy rozmach tego miejsca ;). Sztosem za to okazał się zjazd z Arłamowa do Makowej – niespełna 9 km ze średnią 39km/h po dobrej i pustej drodze! Zresztą, jeśli chodzi o wąskie, puste drogi i klimatyczne wioski zagubione w lesie, to po tym wyjeździe czuję, że powinniśmy kiedyś dokładniej zwiedzić Pogórze Przemyskie.

W Aksmanicach ostatecznie wyjeżdżamy z lasu i do Przemyśla dojeżdżamy pagórkowatym terenem pokrytym polami uprawnymi. Z lokalnych atrakcji udaje się niestety zwiedzić jedynie Biedronkę, bo musimy spieszyć się na pociąg. Zaopatrzeni w niezbędne w każdej zdrowej, kolarskiej diecie produkty spożywcze (radler, chipsy i bułeczki maślane) korzystamy z usług PKP, które szybko i sprawnie z trzema przesiadkami, po prawie 9 godzinach podróży dowiezie nas z powrotem do Żywca.

Garść statystyk (1 dzień):
Długość: 181 km
Przewyższenie: 2300 m
Garść statystyk (2 dzień):
Długość: 171 km
Przewyższenie: 2300 m
Garść statystyk (3 dzień):
Długość: 116 km
Przewyższenie: 1450 m

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *