Wyjazdy w góry w tygodniu mają jedną niezaprzeczalną zaletę – na szlakach panuje zdecydowanie mniejszy, żeby nie powiedzieć, znikomy ruch pieszych turystów. Stąd też kolejny wyjazd mtb uskuteczniliśmy właśnie w pogodną i ciepłą środę. Co prawda rejon działań nie należy do tych obleganych turystycznie, niemniej lepiej „na pełnej” nie mijać nikogo, szczególnie gdy pod kołami single i puste leśne traile :). A gdzie można na to liczyć? Całkiem niedaleko za granicą, na Słowacji – w Magurze Orawskiej.

Wycieczkę rozpoczęliśmy w Namestowie. Po kilkunastu minutach, mniej więcej na wysokości Slanickiej Osadyy, odbiliśmy w prawo z głównej drogi, celem zdobycia pierwszego większego wierzchołka – Magurki (1107m n.p.m.). Prawie cały podjazd prowadzi starym, dziurawym asfaltem, a ostatnie 500 metrów to już więcej szutru niż twardego podłoża (a szkoda, bo byłby to fajny szosowy podjazd). Na szczycie zrobiliśmy krótki postój przed, co jak co- najciekawszą częścią trasy.

Łapiemy czerwony szlak, który będzie na towarzyszył przez pierwszą połowę dalszego przejazdu i zjeżdżamy nieco zniszczoną drogą, by po krótkim płaski odcinku, zacząć zdobywać Budin (1224m n.p.m.). Początek raczej do pchania, ale po kilkuset metrach zaczyna się świetny trail, którego żal zostawić nie podjeżdżając go – lekko techniczny, fajnie pochylony i podłoże świetnie trzymające w kluczowych fragmentach. Na szczycie niemiła niespodzianka w postaci kolejnego zniszczonego szlaku przez zwózkę. Na szczęście jest stosunkowo sucho, więc ten niedługi fragment jakoś zjeżdżamy. Szkoda – bo kiedyś na tym odcinku można było fajnie pocisnąć ;).

Dalszy przejazd z kierunku Przełęczy Prislop to na przemian odcinki góra-dół, połączone singlami, widokowymi halami, miejscami drogą/szlakiem nieco zniszczonym, ale odcinek zdecydowanie warty przejechania. Dopiero zjazd z grzbietu na przełęcz to niezła rzeźnia ziemno-błotna – zdecydowanie nie polecam przejazdu tędy po deszczu!

Na przełęczy w zajeździe robimy krótki odpoczynek – obowiązkowo z Kofolą :). Warto tu uzupełnić zapasy wody/jedzenia, ponieważ w dalszym przebiegu trasy, nie uświadczy jednego ani drugiego (nie licząc borówek 😉 ). Po ruszeniu z zajazdu początkowo jedziemy cyklotrasą, by po 500 metrach skręcić ostro w prawo i dojechać drogą pod szlak (ot, małe udogodnienie – by dać szansę wjechania całości).

Następny odcinek trasy to połączenie sytych podjazdów (wjeżdżalnych – jeden czeka już zaraz po ruszeniu z przełęczy), rewelacyjnych singli i mega widokowych hal, które bez wątpienia dodają sił po każdym trudniejszym odcinku. Kilka razy pod kołami pojawiają się korzenne odcinki – idealne do poćwiczenia równowagi i przyczepności opon – słowem – niezłe poletko treningowe :). A całość okraszona zacnymi fragmentami, gdzie można mocniej dokręcić korbą ;).

Przed Kubińską Holą las zaczyna ustępować miejsca kosodrzewinie oraz coraz rozleglejszym halom, dzięki czemu mamy możliwość poczuć się nieco jak w Alpach (tak, tak – do tego bym to porównał, biorąc pod uwagę otaczającą przestrzeń, nisko w dole położone miasta i zapierające dech w piersiach widoki – np. na Tatry czy Wielką Fatrę).

Przed Mincolem (1394m n.p.m), na jednej z hal, robimy sobie krótki popas, jednocześnie napawając się rozległą panoramą. Nie mamy już wiele czasu na takie przyjemności, bo jakby nie patrzeć, dopiero połowa trasy za nami, a nasz „teamowy” statystyk – Marcin – słusznie zauważył, że mamy już wykorzystane 2/3 czasu całego czasu przejazdu (czasu, w którym w ubiegłym roku przejechałem tę trasę). W zasadzie nigdzie nam się nie spieszyło i oczywiście nikt nie kazał nam jechać dalej, lecz perspektywa kolejnych, śmiało mogę powiedzieć, lepszych odcinków szlaku, zdecydowanie mobilizowała :).

Wjeżdżamy więc na Mincol, który w zasadzie nie oferuje widoków, ale za to z jego wierzchołka prowadzi bardzo interesujący szlak, prowadzający w większości wąską, nieco zarastającą przez borówki, ścieżką. Na początku nieco poważniejszy kilkustopniowy schodek (dla wytrawniejszych riderów do zjechania), by później przejść w rewelacyjny, kręty i techniczny przejazd – według mnie najciekawszy fragment zjazdowy w okolicy!

Po zjechaniu do niebieskiego szlaku trawersującego wierzchołek, wpadamy na leśną ścieżką. Przed nami kolejny, już bardziej beskidzki fragment szlaku, ale też bez wątpienia ciekawy zjazdowo. Korzenie, kamienie, równe podłoże – na przemian ląduje pod kołami. I tylko prędkość pokonywania tych odcinków decyduje o ich trudności – jest potencjał – bez dwóch zdań.

W niespełna pół godziny dojeżdżamy do Vasilovskiej holi, by kontynuować przejazd w kierunku Prislopca (1258m n.p.m.). Na początku niedługi odcinek góra-dół, trochę leśnej drogi, starej ścieżki, by na koniec przejść w techniczno-kamienno-korzenny podjazd – w sam raz na dobicie (wszak to ostatni większy podjazd na trasie). Na górze ponownie robimy krótki postój, przy okazji zjadając resztki wyjątkowo słodkich borówek :).

Słońce za naszymi plecami już coraz bardziej zniżało się ku zachodowi, na szczęście w większości czekał nas już zjazd. Może nie jakoś emocjonująco trudny (choć było kilka fragmentów, szczególnie na początku zielonego szlaku, gdzie trzeba było zachować ostrożność), ale zdecydowanie… ładny – pośród rozległych hal i łąk, w otoczeniu bezkresu gór, z niemal na wyciągnięcie dłoni, skalistymi graniami Tatr… poezja! A dodając do całości zbliżający się zachód słońca, którego promienie wyostrzały kontrast, można było poczuć zjawiskowy klimat.

Ostanie kilka kilometrów przejazdu wiodło na przemian łąkami i lasem. Jedynie krótki fragment pomiędzy, nieco nas opóźnił, ponieważ zielony szlak wiedzie po drodze dojazdowej do pól i łąk, dzięki czemu cięższy sprzęt nieco zniszczył niektóre jego fragmenty. Trochę czasu zeszło nam na szukaniu obejść kałuż i bagnisk…

Przy Vasilovskiej kaplnce zrobiliśmy sobie ostatni postój, napawając się wspaniałymi widokami i chylącym się już ku zachodowi słońcu. Niesamowity spektakl!

Końcowy zjazd do wsi Lokca także nie należał do najprzyjemniejszych. Na szczęście ilość błota oraz gdzieniegdzie porobione objazdy, pozwalały na ominięcie co bardziej „wciągających” fragmentów. Pewnym bonusem był ostatni kilometr zjazdu, gdzie kamienne podłoże pozwoliło otrzepać rower z błota ;).

W Lokcy łapiemy drogę asfaltową i po siedmiu kilometrach, kilka minut przed 19-tą, docieramy do miejsca rozpoczęcia wycieczki, zapętlając tym samym jedną z piękniejszych wycieczek rowerowych, jakie oferują nie tak odległe góry na Słowacji.

Garść statystyk:
Długość: 64 km
Przewyższenie: 2050 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *