Agnieszka postawiła mi na dziś zadanie, bym wymyślił ładną i całodzienną trasę. Nie mogłem zawieść koleżanki, szczególnie że przyjechała w Beskidy z miejscowości, gdzie maksymalne różnice wzniesień w porywach sięgają stu metrów. No cóż – na szybko w głowie prześledziłem możliwości + dostosowałem je do uczestników i wyszło mi, jakby nie było – odwiedzenie mojego ulubionego rejonu w Beskidzie Żywieckim – Pasma Lipowskiej.

Wycieczkę zaczynamy w Ujsołach, na parkingu obok muszli koncertowej. Na rozgrzewkę jedziemy doliną do Złatnej, gdzie po 3 kilometrach, przy kaplicy, łapiemy niebieski szlak, którym będziemy wjeżdżać na Halę Lipowską. Początek przyjemny, ale ogólna duszność i parność w powietrzu wyciska z nas ostatnie poty – jedzie się czy idzie fatalnie. Zero wiatru i pot zalewający oczy. I tak do spotkania z pierwszą stokówką. Za nią szlak nieco łagodnieje, przemienia się w cudowny singiel a temperatura jakby bardziej do życia się stała.

Przejazd niebieskim szlakiem ze Złatnej na Halę Lipowską w obu kierunkach jest niesamowitym doznaniem. W sporej części wąska ścieżka, nieco usiana przeszkodami, których trudność pokonywania wzrasta proporcjonalnie do szybkości jazdy:). Górny odcinek nieco spuszcza z tonu, ale za całokształt przebiegu zdecydowanie należy się mu szóstka z plusem :).

Schronisko na Hali Lipowskiej mijamy, ponieważ chcemy odpocząć sobie przy schronisku na Hali Rysianka. Zdecydowanie bardziej widokowo :). Delektujemy się więc panoramą z hali, sącząc zasłużonego radlera.

Następnym celem dzisiejszej wycieczki jest Romanka. Jedziemy na nią żółtym szlakiem. Dla mnie jest to kolejny przejazd, za który uwielbiam Beskid Żywiecki. Poza jednym dość stromym odcinkiem, nieco za Przełęczą Pawlusią – całość da się wjechać. Nie jest oczywiście łatwo. Ba! Nawet miejscami dość trudno, lecz pokonanie tego szlaku sprawia ogrom satysfakcji. Szczyt nie kusi widokami, ale szlaki na niego wiodące – owszem. Stąd przed i za wierzchołkiem robimy kilka fotosesji.

Z Romanki zjeżdżamy najpierw niebieskim szlakiem na Kotarnicę (kolejny techniczny przejazd, nasycony wieloma ciekawymi przeszkodami), by za nią odbić na czarny szlak do Sopotni Wielkiej. Jedziemy nim do pierwszej stokówki, na którą odbijamy w prawo i zjeżdżamy w dolinę. Kontynuacja jazdy czarnym szlakiem jakoś nie przypadła mi kiedyś do gustu, i szczerze, jak nie muszę – unikam.

Sopotnię opuszczamy wjeżdżając stokówką obok schroniska Kordon do zielonego szlaku (Sopotnia WielkaHala Miziowa). Wygodnie zdobywamy wysokość, którą chwilę wcześniej straciliśmy. Dalszy przejazd szlakiem jest również ciekawy, ponieważ wiedzie on starą leśną dróżką, która przechodzi w ścieżkę. Na kilku fragmentach można się tam wykazać, kto jaką ma nogę ;).

Na Hali Miziowej robimy kolejny, tym razem krótszy postój. Nad głowami kłębią się już ciemne chmury, ale póki co niekoniecznie nam zagrażają. Przy schronisku na dalszy przejazd łapiemy czerwony szlak, którym w zasadzie „wracamy” przez Palenicę i Trzy Kopce na Rysiankę. Pierwotnie chcieliśmy dojechać na Krawców Wierch (także „kultowym” szlakiem granicznym) i stamtąd zjechać do Złatnej. Jednak dynamicznie zmieniająca się pogoda i solidne pomrukiwania burzowe dobiegające właśnie z okolic Krawcowego Wierchu, zmusiły nas do zmiany tych planów i szybką ewakuację na Rysiankę, jako najbliższe i najbezpieczniejsze miejsce do przeczekania burzy i deszczu.

Weszliśmy do schroniska i zaczęło się. Burza, grad, deszcz i ogólnie bardzo sympatycznie oglądało się to zza szyb przytulnego schroniska – niemal jak w telewizji :). Spektakl trwał blisko godzinę. Dobrze, że podjęliśmy decyzję o zmianie trasy w odpowiednim momencie, bo przeczekiwanie tego pod drzewem gdzieś w lesie, czy jazda w ogóle, byłaby średnio przyjemna :/.

Około 17-tej opuszczamy schronisko. Trochę jeszcze kropiło, ale ileż można siedzieć tak bezczynnie? :). Zamiast przejazdu na Krawców Wierch, postanowiliśmy zjechać do Ujsół przez Halę Redykalną i Zapolankę. Kilka minut po minięcie schroniska na Lipowskiej, przestało padać i wyszło słońce, które cudownie rozświetliło Beskidy, dostarczając nam kolejny raz tego dnia wspaniałych doznań.

Na zjeździe rowery, ubrania i my, trochę dostaliśmy po d…e, bo świeże błoto wszędzie chciało się dostać. Piach trzeszczący w napędzie dosłownie łamał nasze serca…

Żółty szlak, którym jechaliśmy z Hali Lipowskiej, opuszczamy na Kręcichwsostach. Ostatni fragment pokonujemy za czarnymi znaczkami na drzewach. Szlak ten ogólnie nie jest zły, nawet w całości przejezdny, lecz mocno zarasta i w kilku miejscach solidnie trzeba się napocić, lawirując pośród młodnika.

Gdy dojechaliśmy z powrotem na parking, ponownie dało się czuć duszne i parne powietrze. Jednak my wiedząc, że mamy za sobą kawał solidnej jazdy mtb, nie musieliśmy się już tym przejmować. Marzyliśmy już tylko by, po pierwsze, umyć rowery, a po drugie, umyć siebie :).

Garść statystyk:
Długość: 54 km
Przewyższenie: 2100 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *