Gorce są pasmem górskim, gdzie jeśli tylko przed dłuższy czas nie było większych czy ciągłych opadów deszczu – zawsze wysoko postawią poprzeczkę. I to zarówno pod względem wyjątkowości jazdy na rowerze jak i pieszych wędrówek. A gdy tylko doda się do tego optymalną temperaturę (ok. 18-20 stopni w górze) + niemal bezchmurne niebo, otrzyma się perfekcyjne warunki do przemierzania tamtejszych ścieżek.

Pierwszy weekend czerwca tego roku spełniał idealnie w/w warunki, więc nie było siły, by nas zabrakło w tym czasie w Gorcach. Trasa zaplanowana przez Olę spełniła, jak się okazało, wszystkie możliwe cechy solidnej wycieczki mtb. Było na niej wszystko, ale po kolei :).

Wycieczkę rozpoczęliśmy w Nowym Targu. Po zmianie środka transportu z auta na rower, pojechaliśmy do Kowańca. Tam szlakiem rowerowym przez Bukowinę Obidowską wjechaliśmy na Turbacz. Przed południem pomimo słońca, temperatura nie była specjalnie wysoka, co dały nam poczuć nasze gardła. Na szczęście z biegiem dnia już można było pełniej oddychać cieplejszym powietrzem.

Krótki postój celowo zrobiliśmy sobie na wierzchołku Turbacza, ponieważ przed schroniskiem zaczęło roić się od turystów. Później przez Halę Długą, czerwonym szlakiem pojechaliśmy na Kiczorę. Stąd przyrodniczym szlakiem zeszliśmy jego fragment, który prowadził przez GPN, i dalej już grzbietem przez Wierch Znaki zjechaliśmy do Ustrzyk. Ów szlak w górnej części to typowo singlowy trail wiodący pośród borówczysk i świerkowego lasu. Doprawdy przejście tym szlakiem to czysta przyjemność :). Z kolei dolna część to już stety/niestety szutrowo-leśna droga. Fajna, bo szybka – tego jej odmówić nie można, w dodatku bardzo widokowa. A miejscami, szczególnie w dolnym odcinku nawet bardzo kamienista i dość stroma. Wiedzie nią nawet szlak rowerowy, ale wjazdu nią nie polecam.

Z Ochotnicy Górnej – Ustrzyk, pojechaliśmy dalej doliną potoku Forędówka w kierunku Przełęczy Pańska Przehybka. Początkowo wygodna droga z czasem przeszła w szuter by pod koniec prowadzić już mocno zapomnianą leśną ścieżką. Było trochę przygody z pokonaniem tego odcinka wycieczki, lecz włożony trud został w zupełności wynagrodzony w jej dalszym ciągu.

Przełęcz Pańska Przehybka słynie w zasadzie głównie z miejsca katastrofy bombowca Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych B-24-J LIBERATOR – „CALIFORNIA ROCKET”. Miejsce pomimo tragicznej historii, jest także ładną polaną, w okresie letnim mocno ukwieconą. Dodatkowo niewielki ruch turystyczny czyni to miejsce jedną z oaz spokoju w Gorcach.

Z przełęczy podjeżdżamy na Magurki, gdzie niedawno postawiono jedną z wież widokowych w Gorcach. Warto na nią wejść, ponieważ rozpościera się z niej wyjątkowo panorama. Dalej zjeżdżamy do doliny Jaszcze, z której to, częściowo na rowerze, a częściowo obok, zdobywamy Przysłop Dolny. A, bym zapomniał – zjazd z Magurki wiedzie jednymi z najpiękniejszych hal i polan w Gorcach! Nasz zachwyt nad ich urodą przerósł nasze najśmielsze oczekiwania!

Przysłop Dolny opuszczamy po krótkim odpoczynku i kierujemy się w kierunku Jaworzyny Kamienickiej. Szlak w większości bardzo przyjemny na rower, wiedzie głównie ścieżką, trochę leśną drogą. Jedyną „atrakcją” są progi drewniane, których jest ich ze 30. Da się przez nie przejechać, szczególnie na fullu, ale z przyjemnością to nie ma wiele wspólnego.

Przy Bulandowej Kapliczce robimy tylko szybkie foto, ponieważ myślami już jesteśmy nad talerzem z zupą borowikową, którą podają w schronisku na Turbaczu. Zdecydowanie polecamy :). By na nią zasłużyć, musimy jeszcze wjechać nieco grzbietem, a „uroku” przejazdu dodają wyłożone na szlaku belki – jedzie się jak po podkładach kolejowych ;). Tu zawieszenie po raz kolejny punktuje. Na Hali Długiej nawet się nie zatrzymujemy, tylko od razu wjeżdżamy pod schronisko.

Po posileniu się pyszną zupą, czeka nas już tylko zjazd. W końcu :). By dostać się na dół, wybieramy czarny szlak schodzący do Ostrowska. Odcinek do Bukowiny Waksmundzkiej to typowy przejazd halami, wygodnymi polnymi drogami. Z kolei później leśnicy znów pokazali przykład niszczenia szlaków i poprowadzili bezpardonowo leśną drogę. Na szczęście ostatnie kilka kilometrów to ponownie szybka i dobrej klasy leśna droga, na której można nieźle dokręcić na zjeździe :).

Z Ostrowska bocznymi drogami dojeżdżamy do Nowego Targu, gdzie na rynku odbieramy nagrodę za całodzienne rowerowanie – pyszne lody z lodziarni Żarneckich – zdecydowanie polecamy. Naturalne produkty, kilka dostępnych smaków i kładzione na wagę, nie na gałki. W sezonie łatwo trafić – wystarczy szukać największej kolejki ludzi :).

Jako, że w planie mieliśmy jeszcze drugi dzień rowerowania, na biwak załapaliśmy się na pole namiotowe Łęg we Frydmanie. Miejsca także polecamy, ponieważ camping pomimo, że ma sporą powierzchnię, jest przyjaźnie utrzymany, a przy tym niedrogi. Myślę, że śmiało w sezonie można z niego korzystać.

(Szymon)

Drugiego dnia zaplanowaliśmy nieco krótszą trasę, ze względu na prognozowane na popołudnie burze (polecam serwis Polskich Łowców Burz). Auto zostawiamy nad Białką, nieopodal Trybsza, by móc spokojnie rozgrzać się na asfalcie. Kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami odbijamy w lewo, na polną drogę, która wyprowadza nas na grzbiet. Piękne widoki „atakują” nas od razu – z lewej Gorce i Pieniny, na prawo Tatry, a my jedziemy ukwieconymi łąkami w stronę przekaźnika na Grandeusie.

Krótki odpoczynek przy urokliwej kapliczce i mkniemy czerwonym szlakiem w kierunku Dursztyna. Ze wsi, nadal czerwonym szlakiem (którego będziemy się trzymać aż do Niedzicy) dojeżdżamy do przepięknego przysiółka Jurgowskie Stajnie – krajobrazy niczym z Alp :). Chwilę jeszcze jedziemy singlem wśród sosnowego lasu, by dotrzeć do „ściany płaczu”, czyli stromego i zarośniętego podejścia na Żar. Polecam jednak wymęczyć ten odcinek, bo przejazd grzbietowym singlem i zjazd do Przełęczy Przesła są tego warte!

Dalsza droga do Niedzicy to przyjemny przejazd leśną drogą, a na końcu zjazd obłędnie o tej porze roku kwiecistymi łąkami. Must have każdej rowerzystki, a myślę, że i panom się spodoba :). Dłuższą przerwę na uzupełnienie kalorii i płynów robimy dopiero w Niedzicy-mieście, niestety z okazji Zielonych Świątek sklepy pozamykane i musimy się obejść smakiem na chłodnego radlera.

Za Niedzicą wjeżdżamy do doliny Kacwińskiego Potoku gdzie, początkowo asfaltem przez malowniczy przysiółek, a później wygodną, szutrową drogą docieramy na szczyt Pieskowego Wierchu. Narastający upał nie ułatwia wspinaczki, na szczęście piękno doliny i ciekawe widoki na Tatry Bielskie nieco podnoszą morale.

Zdobywszy szczyt, kierujemy się dalej niebieskim szlakiem w stronę Przełęczy nad Łapszanką, słynącej ze wspaniałych widoków na Tatry. Szczyt Hołowca trawersujemy żółtym szlakiem, który na zjeździe łączy się z niebieskim. Ten odcinek również obfituje we wspaniałe panoramy – zachwytom nie ma końca! A przed nami wisienka na torcie dzisiejszej wycieczki, czyli przejazd niebieskim szlakiem przez Piłatówkę i Wierzchowinę do Trybsza. Pierwszy raz przejechałam tę trasę chyba 10 lat temu, na początku mojej rowerowej aktywności, i z ogromną chęcią tu wracam!

Przez ten czas na szczęście niewiele się tu zmieniło – jedzie się prawie cały czas w dół (i to szybko, droga pozwala 🙂 ) przez malownicze zagajniki i zielone łąki. Jedyny problem to dylemat – dokręcać czy podziwiać krajobrazy. Dobrze, że jest Soil – można to połączyć bez uszczerbku na zdrowiu ;).

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że trochę może niedoceniany Spisz, leżący nieco na uboczu popularnych Gorców, Małych Pienin i Beskidu Sądeckiego oferuje świetną jazdę, zwłaszcza pod kątem doznań estetycznych – tutejsze widoki należą według mnie do najpiękniejszych w naszych górach. Na pewno tu jeszcze zawitamy!

(Ola)

Garść statystyk (1 dzień):
Długość: 66 km
Przewyższenie: 2200 m
Trudność: 4/5
Garść statystyk (2 dzień):
Długość: 51 km
Przewyższenie: 1300 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *