Szosowe „zauroczenie” powoli zaczyna u mnie przechodzić i już z umiarem pochodzę do tej aktywności. Oczywiście na krótkie popołudnia czy wieczory jazda na szosie jest jak znalazł, natomiast na całodniowe wycieczki czas wrócić do korzeni :).

Głód MTB w zasadzie wzmagał we mnie już od kilku tygodni. Końcem sierpnia udało się zrobić fajny przejazd w Beskidzie Małym, który niestety został przerwany urwaną przerzutką. Potem znów czekanie na części + kiepska pogoda wydłużyła tę banicję.

Ale przyszedł wrzesień, sensowna pogoda i można było zacząć planować jakąś wycieczkę. Jako że szlaki, które mam pod domem trochę już w tym roku objeździłem, to myślałem o trasie nieco dalej położonej, ale z jednocześnie w miarę ekonomicznym dojazdem. Założeń nie było wiele, lecz najważniejszym miało być to, że miała się podobać, przynajmniej mi ;).

Nie zamierzałem jakoś nadto wymyślać i tworzyć, więc postawiłem na jedną ze sprawdzonych już kilka razy, tras w Gorcach. Co prawda zawsze zaczynam jej przejazd z innego miejsca, ale ramowy jej przebieg jest ten sam. No, różni się detalami krajoznawczymi :).

Niedzielną wycieczkę rozpoczynam na parkingu w Koninkach, przy dolnej stacji wyciągu na Tobołów. Spotykam tam Bartka, z którym umówiłem się na przejazd, całości lub chociaż części trasy. Szlakiem rowerowym poprowadzonym po stokówce wyjeżdżamy na Tobołów. Łapiemy tu szlak turystyczny i przez Suchorę jedziemy nim w kierunku Obidowca, przy czym szczyt zdobywamy wyjeżdżając na niego od strony Starych Wierchów. Dalej już standard – czerwonym szlakiem od razu do schroniska na Turbaczu.

Na tym fragmencie szlaku w zasadzie nie ma większych trudności, natomiast przed Rozdzielem i przez Czołem Turbacza są dwa trudniejsze podjazdy, usiane luźnymi kamieniami i progami skalnymi, które prawie zawsze są mokre i błotniste. Owe podjazdy zawsze są dla mnie swego rodzaju sprawdzeniem formy. I tu muszę przyznać (co zapewne wie już każdy), że po przejazdach szosowych, sporo podjazdów zaczyna robić się „przyjaźniejszych” kondycyjnie (bo technikę szosową w góry trudno przenieść 😉 ).

W schronisku robimy krótki odpoczynek i zjeżdżamy na Halę Długą. Dalej już podjazd na Kiczorę i świetnym trailem mkniemy na dół, by szeroko pojętym czarnym szlakiem zjechać do Łopusznej. Po drodze robimy małą eksplorację krajoznawczą lokalnych ścieżek i finalnie zjechawszy ciekawym wariantem, meldujemy się w dolinie.

Czeka nas teraz ponowny podjazd w kierunku Turbacza, tym razem niebieskim szlakiem. Początek lekko nadrabiamy stokówką, w myśl zasady że lepiej nadrobić kilka metrów niż pchać/wnosić rower. Za ostatnim przysiółkiem szlak już robi się zdecydowanie bardziej naturalny, miejscami bardziej wymagający. W zasadzie na całej jego długości są 2 fragmenty (krótkie), których nijak nie idzie urobić w górę, więc grzecznie trzeba przenieść rower. Dalsza część szlaku niestety rok temu została nieźle zmielona przez leśne spychacze, i nawet błota wiele się na nim nie uświadczyło (a było ono bardzo charakterystyczne dla tego odcinka).

Na Bukowinie Waksumndzkiej Bartek postawia jechać już prosto na Turbacz, by później z Olą, która tego dnia jechała nieco mniej wymagającą wycieczkę, zjechać do Koninek przez Stare Wierchy.

W planie wycieczki tego dnia miałem wizytę w lodziarni u Żarneckich w Nowym Targu, więc z Bukowiny zielonym szlakiem zjechałem do Nowego Targu-Kowańca i dalej do centrum. Szlak przyprawił mnie w sporą ilość błota, które co jakiś czas odpadało w trakcie pokonywania kolejnych mniejszych czy większych kamieni ;).

Tuż po 13 melduję się na rynku w Nowym Targu. Kto nie wie, gdzie jest w/w lodziarnia powinien szukać najdłuższej kolejki ginącej gdzieś w jednej z kamienic ;). To właśnie tam robione są według mnie najsmaczniejsze lody, po które warto przejechać kilka dodatkowych kilometrów :).

Po solidnej porcji lodów, wracam do Kowańca, skąd szlakiem rowerowym wjeżdżam ponownie na Turbacz. Minęło mnie kilku zjeżdżających rowerzystów, dość mocno poubieranych. Myślę sobie: „nieźle, pewnie na górze jakaś śnieżyca czy co, bo tylko puchów im brakowało”. Po dojechaniu na górę stwierdziłem, że faktycznie trochę się ochłodziło, szczególnie że słońce zostało skutecznie zasłonięte przez chmury. A jako że byłem dość rozgrzany podjeżdżaniem, nie odczuwałem nadto chłodu.

Przy schronisku zjadłem tylko parę kabanosów, napiłem się nieco i nie stygnąc (marznąc) nadto pojechałem na szczyt Turbacza i dalej czerwonym szlakiem w kierunku Obidowca. Zjazd z samego Turbacza szału nie robi, po tym jak parkowcy położyli na tym fragmencie kilkadziesiąt schodów. Cóż, będzie trzeba omijać, i tyle.

Przejazd z Turbacza na Stare Wierchy to czysta przyjemność. Co prawda miejscami można spotkać kilka błotnych przeszkód, niemniej ten odcinek można bardzo fajnie przejechać, a podjazdy po drodze brać prawie z rozpędu ;).

Ze Starych Wierchów jadę w kierunku Maciejowej. Po drodze są jeszcze 2 podjazdy, z którymi napotkani endurowcy jakoś nie mogą sobie porodzić. Wnioskuję, że w podjazdy w pełnych kaskach okropnie ciążą ;).

Przed Maciejową odbijam na zielony szlak i kontynuuję zjazd kierunku Poręby Górnej. Odkąd pamiętam, odcinek ten obfituje w błotniste sekcje, także i tym razem zostałem dodatkowo doładowany tą szlachetną maseczką. Natomiast i tak warto nim jeździć, ponieważ w większości przebiegu gwarantuje świetną jazdę, raz szerszym a raz węższym szlakiem, a końcówka nawet niejednego endurowca ucieszy.

Zjechawszy do doliny Poręby Górnej, w zasadzie jadąc bez przerwy od Turbacza, nie czuję większego zmęczenia, choć po drodze kilka podjazdów było. Choć pewnie i myśl, że dzień za niedługo będzie miał się ku końcowi, mobilizuje dodatkowo do ciągłej jazdy.

Z Poręby rowerowym szlakiem robię już ostatni podjazd tego dnia, wbijając się ponownie na Tobołów. Ten szlak pod względem podłoża jest lepszym wariantem wjazdowym na szczyt, w porównaniu do drogi z Koninek, ponieważ jest prawie nie użytkowany przez samochody czy inny ciężki sprzęt. Swego czasu rozpoczynając nim wycieczkę, fajnie można było się na nim rozgrzać. A dziś już niemalże był szlakiem nie tyle co na dobicie (bo sił wciąż było sporo), co przyjemną koniecznością, ponieważ wariant ze zjechaniem asfaltem do Poręby Wielkiej i potem do góry do Koninek nie byłby niczym szczególnym. A tak, mogłem jeszcze nacieszyć się gorczańską przyrodą, przy okazji obserwując w lesie pasące się łanie (hmm, a może to raczej one obserwowały mnie?).

No, po niespełna godzinie melduję się ponownie na Tobołowie. Podjeżdżam jeszcze kawałek pod górną stację wyciągu, robiąc „pożegnalne” zdjęcie. Jako wariant zjazdowy wybrałem jedną z tras DH, które są poprowadzone z góry. W weekendy w sezonie czynny jest wyciąg, który umożliwia wszelkiej maści lubiącym latać riderom, szybsze i bezwysiłkowe dostanie się na górę.

Wybranie trasy DH (jako części „kompleksu” Koninki Gravity Park na zakończenie dzisiejszego tripu może nie było trafnym posunięciem, ale świadomie podjąłem to ryzyko. Dlaczego? Ponieważ przede wszystkim nie przepadam za tego typu trasami (na szczęście wszystkie hopy i dropy można było ominąć) ale sił jeszcze było na tyle dużo, by móc bezpiecznie całość zjechać, choć był to mój pierwszy kontakt z tymi trasami (w razie czego miałem wariant stokówkowy).

Po przejechaniu połączenia niebieskich krop (na górze), nr 5 (w środku) i zielonych krop (na dole), przyznaję, że trasy te są całkiem dla ludzi (jak omija się skocznie). Owszem, trochę trzepie tu i ówdzie, kilka agrafek, (ale fajnych jest), ale całość prezentuje się na tyle dobrze, że może kiedyś jeszcze będzie mi się chciało tam zawitać (traktując to jako końcowy zjazd, bynajmniej nie by spędzić tam dzień).

Na parkingu melduję się kilkanaście minut przed 18. Blisko 10 h w trasie, prawie 9 w siodle. I tego było mi trzeba. Ola na powitanie przywitała mnie zapytaniem: „Najeździłeś się?” Nie mogłem zaprzeczyć – tego było mi trzeba :).

Garść statystyk:
Długość: 77 km
Przewyższenie: 2670 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *