Słoneczna niedziela nie może zostać niewykorzystana na aktywne spędzenie czasu. Na rower jeszcze przyjdzie pora, a póki co trzeba korzystać z dobrodziejstw zimy. Co prawda w Beskidach śnieg znika w oczach, lecz w Tatrach wciąż jest go pod dostatkiem.

Przez miniony tydzień pogoda znacząco zmieniła warunki śniegowe w górach, dokonując niemałych przetasowań miejsc mniej i bardziej narażonych na lawiny. Ogólnie warunki do uprawiania narciarstwa wysokogórskiego poprawiły się – niemal znikły tzw. betony, na korzyść miękkiego, lekko odpuszczonego śniegu. Pojawił się jednak kolejny aspekt, który w trakcie trwania dnia, mocno zmienia zagrożenie lawinowe, szczególnie na południowych wystawach – mocna operacja słońca.

Biorąc powyższe pod uwagę, trzeba było bardzo rozsądnie planować rejon działań. Tym samym, chcąc zakosztować niemalże wiosennych warunków, wybraliśmy się w czteroosobowych składzie do Doliny Żarskiej. Pierwszym celem tego dnia była Hruba Kopa (2166 m n.p.m.). Słońce na szczęście tylko czasami mocno dawało nam się we znaki, a przez niecałą godzinę, podczas podejścia, nawet skutecznie było zasłonięte przez chmury. Na szczęście w niczym nie zmąciło to naszych morale i pełni dobrego nastroju, zdobyliśmy wierzchołek Hrubej Kopy. Na szczycie czekała nas wspaniała nagroda w postawi przepięknej panoramy na całe Tatry Zachodnie, a i Wysokie dały niezły spektakl w postaci przewalającego się przez ich grzbiety wału fenowego.

Na górze pomimo słońca, wiatr nieco wychładzał, więc nie zostaliśmy tam dłużej. Całkiem sprawnie udało się nam zjechać pod Pośredni Groń, gdzie ponownie założyliśmy foki, by podejść na Żarską Przełęcz. Śnieg w trakcie zjazdu był już miejscami mocno odpuszczony. Firn to nie był – to pewne, ale dawało to już namiastki przyjemności ze zjazdu połączone z raz po raz łapiącym śniegiem.

W międzyczasie byliśmy świadkami co najmniej kilkunastu lawin schodzących wąskimi rynnami wielu żlebów i żlebików. Były one bezpośrednim następstwem mocnej operacji słońca i nagrzewającego się śniegu, który często odrywał się od skał, a w linii upadku zbierał po drodze górną warstwę odpuszczonego śniegu. Kilka lawin miało nieco większe rozmiary. I o ile nie były raczej groźne na tyle by zasypać, to większość z nich z pewnością mocno mogłaby „zbetonować” potencjalnego turystę/skiturowca, zapewne wyrywając nogi z nart…

Drugim celem tego dnia był Rohacz Płaczliwy (2125 m n.p.m.) – łagodnie wznoszący się na doliną i Żarską Przełęczą. Ola i Przemek zrezygnowali ze zdobycia góry, nieco obawiając się trudności na zjeździe, ale ja z Mariuszem postanowiliśmy spróbować wyjść. Obawy jakie mieliśmy, to zjazd po powoli zamarzającym już śniegu. Na szczęście jedne z ostatnich promieni słońca podtrzymywały dobre warunki, więc zjazd nie był najgorszy. W międzyczasie chmury i towarzyszący im wiatr, po raz kolejny ukazały nam niebywałe widowisko. Kilkukrotnie widziane, zarówno w czasie podejścia jak i zjazdu, Widmo Brockenu, dodatkowo dodało magii temu popołudniu.

Z Żarskiej Przełęczy zjechaliśmy zboczami powyżej dna doliny opadającymi z Barańca, by możliwie długo wykorzystać miękki śnieg oraz resztki światła. Około siedemnastej dojechaliśmy do Żarskiej Chaty, gdzie na miejscu czekała na nas Ola z Przemkiem. Trochę odpoczęliśmy, posilając się nieco, szczególnie piwem i kofolą ;).

Na parking u wylotu doliny dojechaliśmy w ostatniej chwili, by nie musieć zakładać czołówek. Oczywiście byliśmy ostatnimi turystami opuszczającymi to miejsce tego dnia. Tym samym zakończyliśmy kolejną świetną turę tego sezonu, a Tatry ponownie ukazały nam swe wyjątkowe oblicze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *