Szkoda, że moja sztyca nie jest tego samego zdania. Ale po kolei.

Ponieważ od następnego tygodnia miałam rzucić się w wir obowiązków zawodowych ;), wymyśliłam sobie, że poniedziałek będzie idealnym dniem, by sprawdzić, co słychać na szlakach Beskidu Śląskiego. Zapowiadał się słoneczny, choć niezbyt ciepły dzień, stąd też planowana trasa nie była zbyt wymagająca.

Gdy ruszałam z domu termometr wskazywał ledwo dwa stopnie powyżej zera, a Żywiec spowijała gęsta mgła. Dzięki kamerkom internetowym wiedziałam jednak, że wyżej w górach mogę liczyć na bezchmurne niebo. W zasadzie zanim dojechałam do Zimnika mogłam już cieszyć się promieniami słońca, a wraz z kolejnymi metrami podjazdu na Skrzyczne pozbywałam się kolejnych warstw. Co prawda po drodze nieco zaniepokoił mnie fakt zbyt dużego SAGu w tylnym amortyzatorze, ale postanowiłam jechać dalej.

W schronisku mile zaskoczył mnie remont – nowe, schludne łazienki, a z rozmów obsługi wynikało, że i jadalnia doczeka się odświeżenia przed sezonem zimowym. Nie spędziłam tam jednak dużo czasu wiedząc, że im dłużej będę odpoczywać, tym bardziej dotkliwie będę odczuwać temperaturę po wyjściu. Na krótkim zjeździe w kierunku Małego Skrzycznego spotkała mnie druga awaria – sztyca raz opuszczona, nie raczyła się podnieść. Nieco zdenerwowana dokulałam się jakoś do wiaty na Zbójnickiej Kopie i tam, po krótkiej przerwie w słońcu udało mi się wyjąć sztycę do akceptowalnego poziomu i ruszyć dalej.

O dziwo, w drodze na Malinowską Skałę i dalej w kierunku Baraniej Góry na zielonym szlaku spotkałam całkiem dużo ludzi (jak na środek tygodnia). W rzeczy samej, jesienne kolory i słoneczna pogoda zachęcały do aktywności, a gdy się za dużo nie stało, nawet mróz nie dawał się we znaki :). Niestety na zjeździe z Malinowskiej zapomniałam się i znów obniżyłam sztycę, tym razem jednak jedyne, co mogłam zrobić, to wyjąć całość maksymalnie z ramy i dalej jechać w pozycji mało komfortowej (zwłaszcza na podjazdach). Nie zniechęciło mnie to jednak, bo w zasadzie odcinek Malinowska Skała – Magurka Wiślańska obfituje w wypychy, których i tak nawet nie próbowałabym podjeżdżać ;).

Kolejny dłuższy odpoczynek zrobiłam właśnie na Magurce Wiślańskiej, bo i temperatura wysysała ze mnie w szybkim tempie kalorie, i kolana zaczęły się boleśnie buntować przeciw pozycji do jazdy. Dalej w kierunku Glinnego na szlaku były już pustki. Szlak ten bardzo lubię, a tym przyjemniej było mi nim jechać, gdyż niecały miesiąc wcześniej biegłam tędy w ramach Baran Trail Race . W tym roku poszło mi całkiem nieźle, bo załapałam się na piąte miejsce w swojej kategorii wiekowej :).

Za Glinnem czekał mnie już tylko zjazd czerwonym szlakiem w kierunku Węgierskiej Górki, więc dla wygody schowałam z powrotem sztycę do ramy. Szlaku tego nie trzeba chyba już nikomu reklamować, bo Szymon wielokrotnie zachwycał się nim w swoich wpisach ;). Wzdłuż ścieżki było jeszcze mnóstwo borówek, niestety przymrozek sprawił, że nie nadawały się już do spożycia, tym samym nie spowolniły mnie zanadto ;). Niestety po zjeździe musiałam się udać na pociąg, bo kolana bolały mnie już tak bardzo, że powrót rowerem do Żywca nie wchodził w grę. Mimo to uważam dzień za udany, tym bardziej, że niska temperatura nie przeszkadzała tak bardzo, i całą zaplanowaną trasę udało się zrealizować.

*Kabaret Moralnego Niepokoju, „Najgorszy jest wiatr”.

 

Garść statystyk:
Długość: 44 km
Przewyższenie: 1300 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *