Lubię odwiedzać Beskid Mały na rowerze, ponieważ można w wiele miejsc dostać się nie zsiadając z roweru. A jako, że na równi lubię podjazdy jak i zjazdy – ten aspekt ma dla mnie duże znaczenie :). Stąd też często tak planuję swoje trasy, by ograniczyć obiektywnie niewjeżdżalne fragmenty. Z kolei na końcu stawiam te podjazdy, których nawierzchnia nadaje się bardziej na rower szosowy niż mtb. No ale nie zawsze te ostatnie da się pogodzić, a gdy chce się zakosztować konkretnych zjazdów – potrafię iść na kompromis ;).

Poniższą wycieczkę starałem się właśnie tak zaplanować, by całość udało się wjechać – a w dół to i worek kartofli jakoś potrafi się stoczyć ;).

Za cel dnia obrałem sobie trzy zjazdy, na których szybkość idzie w parze z trudnością. Na szczęście to jeszcze ta grupa ścieżek, które są dla zwykłych śmiertelników ;).

Na Magurkę Wilkowicką dostałem się z Łodygowic, korzystając początkowo z czerwonego szlaku, później lokalnych dróżek, a kończąc prawie czarnym szlakiem. Następnie przez Sokołówkę zjechałem fragment Loopera, i dalej na Przełęcz Przegibek, skąd niebieskim szlakiem podjechałem na Gaiki. Grzbietowy przejazd w kierunku Chrobaczej Łąki od kilku lat jest bardzo prosty – jedynie zjazd na Przełęcz u Panienki (szlakiem) jest trudny. Mnie najbardziej interesował w tej części Beskidu Małego fragment czerwonego szlaku: od Chrobaczej Łąki do Żarnówki. Bardzo lubię tamtędy zjeżdżać – trochę trudno, szybko, kamieniście, singlowo – pełen przegląd wrażeń. A dodatkowo z jednej z polan ciekawa panorama na przełom rzeki Soła z tłem w postaci jednych z najwyższych wierzchołków Beskidu Żywieckiego: Pilska i Romanki.

Będąc już na dole, główną drogą jadę do Międzybrodzia Bialskiego (gdzie przy okazji uzupełniam płyny) i niebieskim szlakiem, przez Nowy Świat, ponownie zdobywam Gaiki. Podjazd na początku dość wymagający, ponieważ kąt poważny. Tu warto popracować na swoją nogą ;). Mnie o dziwo bardzo dobrze się wjeżdża, choć słońce skutecznie chce mnie zniechęcić do pokonywania kolejnych metrów w górę.

Z Gaików chciałem zjechać drugą planowaną ścieżką, tzw. Druidem. Jest to dzika ścieżka/singiel, wijąca się pośród świerkowo-bukowego lasu. Całość jest dość wymagająca – nie ma tam miejsca na miękką grę, więc cały czas trzeba czujnie jechać. Najtrudniejsze wydaje się kilka ścianek, już na samym dole. Niedługie, ale mocno trzeba siąść na kole, by je zjechać.

Po dojechaniu do drogi, ponownie asfaltem zdobywam wysokość, tym razem wjeżdżając na Przełęcz Przegibek. Zazwyczaj ten podjazd pokonuję rowerem szosowym, i całość wjeżdża się bardzo płynnie. Na rowerze mtb jakoś tak wolniej, bez większego entuzjazmu – no ale jakoś trzeba się dostać na górę.

Z Przełęczy Przegibek szeroką szutrówką (na początku), a potem zielonym szlakiem, ponownie zdobywam Magurkę Wilkowicką. I tym razem nie zatrzymuję się tu, tylko od razu jadę dalej grzbietem na Czupel. Tego drugiego w zasadzie miałem w ogóle nie zdobywać, ale jako że jest niemal rzut beretem od ostatniego tego dnia zjazdu, to nie mogłem się powstrzymać, by na niego wjechać.

Ostatni zjazd, “do auta” zaplanowałem sobie łącząc Killera z Borówą. Obie ścieżki równie wymagające, szybkie, pełne korzeni i luźnych kamieni (a przy obecnej suszy czułem się, jakby ktoś kamienie spod torów kolejowych miejscami wysypał!). Ścianka na Killerze wciąż nie dla mnie (będąc samemu szkoda ryzykować zdrowie), za to reszta obu ścieżek – pełny przejazd :). Dolny odcinek Borówy można fajnie dokręcać, a przejazd idealnym singlem pośród młodych krzaków borówek był pięknym podsumowaniem zjazdów tego dnia.

Garść statystyk:
Długość: 51 km
Przewyższenie: 2050 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *