Gdy w minioną sobotę musiałem podwinąć ogon, i wrócić na tarczy po przejechaniu raptem kilku kilometrów – byłem zły na siebie. Zły, że nie zweryfikowałem należycie działania roweru po głupiej wymianie łańcucha. W domowym warsztacie napęd idealnie pracował, ale w terenie – już na pierwszym podjeździe – okazało się, że mam tak zużytą zębatkę w korbie, że łańcuch “zrywa się” na niej. I niby jechać się (chyba) dało, lecz nie wiem na ile to bezpieczne byłoby to dla napędu ogółem. Za to Oli w tym czasie udało się przejechać fajną trasę, zbliżoną do dzisiejszej mojej.

Teraz cieszę się, że wtedy tego nie przejechałem, ponieważ ogromne ilości pieszych turystów skutecznie utrudniałyby mi większość podjazdów (które przypomnę – są także dla mnie przyjemne 🙂 ) oraz zjazdów. Oczywiście fajnie, że ludzie są na szlakach, że się ruszają, lecz akurat na przejazd tej trasy chciałem mieć więcej miejsca tylko dla siebie :).

Ze Szczyrku szutrową drogą, a potem zielonym szlakiem wjeżdżam do schroniska pod Magurą. Dalej, niejako od tyłu, jadę na Klimczok. Lubię ten podjazd, bo jest warty tego, by go w całości wjechać ;). Dalej nie oglądając specjalnie się za siebie, jadę na Trzy Kopce, by po krótkim zjeździe, obić w lewo na narciarski szlaku prowadzący na Przełęcz Karkoszczonka. Dawno tym szlakiem nie jechałem, i chyba nawet nigdy w tę stronę. To “chyba” potwierdza się po kilku minutach jazdy, ponieważ nieco zbaczam z tego szlaku, lecz dzięki temu trafiam na kilka widokowych polanek oraz fajną (choć trochę pod górę), mało uczęszczaną drogę leśną. Cóż – zawsze to jakiś element poznawczy wycieczki :).

Na Karkoszczonce robię krótki odpoczynek i jedynie słusznym, singlowym czerwonym szlakiem, jadę zachodnim zboczem Beskidu, na kolejną przełączkę. Cieszę się każdym metrem tego szlaku, bo w tym kierunku szczególnie jest cały do przejechania, czyli tak jak lubię najbardziej :). O wyjątkowości tego szlaku chyba już pisałem, i pewnie nie tylko ja – dodam więc tyle, że wciąż jest świetny i zdecydowanie warto nim jechać!

Pod Hyrcę udaje się dość sporo wjechać, ale ostatnie kilkadziesiąt metrów to już za stromo i za luźno. Myślę, że e-bike dałby radę, ale póki co polegam na własnych akumulatorach w nogach :). Dalszy przejazd na Przełęcz Salmopolską to już czysta przyjemność. Może ktoś powiedzieć, że ot, taki szlak jakich w Beskidach wiele: szeroko, względnie łatwo, itp. Lecz wg mnie jest tam co robić, gdzie wjechać czy podjechać, nawet na krótkich odcinkach można się wykazać. A przy okazji w wielu miejscach można dobrze dokręcić i poczuć przyjemny flow. Nie tylko single rządzą mtb :).

Przełęcz Salmpolską opuszczam uzupełniwszy nieco płyny i wjeżdżam na Malinów, który jest dla mnie pewnym (jednym z kilku) wyznacznikiem, czy jeszcze mam czego szukać w górach na rowerze. Odpowiadam: tak :). Na tym podjeździe najbardziej mi zależało, a wiedząc, że w pogodny weekend na pewno będzie na nim za dużo pieszych, by dobrze wybrać odpowiednią linię, cieszyłem się, że dane mi dziś było w spokoju (choć nie tak lekko) całość wjechać bez zbędnych zatrzymań czy ominięć turystów.

Z Malinowa na Malinowską Skałę to już niemal formalność, by nań wjechać, poza oczywiście ostatnim odcinkiem, gdy dojeżdżam do głównego grzbietu. Podjazdowość tego fragmentu w dużej mierze zależy od luźnych kamieni, które turyści/motory/woda dowolnie rozrzuca na całej szerokości szlaku. Kiedyś udawało mi się to podjeżdżać – teraz już tylko częściowo.

Odcinek Malinowska Skała – Skrzyczne wzbogacam dodatkowym zjazdem jedną z tras Szczyrk Enduro Trails by TREK – Zbójem. Jeśli ktoś nie czuje się dobrze ze swoim rowerem na stromym, trudnym, korzennym singlowym szlaku – odradzam zabieranie się za tę trasę ;).

Skrzyczne opuszczam także jedynie słusznym szlakiem enduro czyli niebieskim/zielonym w kierunku Buczkowic. Ten szlak także nie należy do łatwych, żeby nie powiedzieć, że jest dość trudny. Trzeba dobrze zgrywać się ze swoim rowerem, balansować ciałem i także umieć przejeżdżać drobne uskoki z kamieni i korzeni. Jest zabawa, ale tylko dla tych co umieją w rower 😉 .

Celowo dziś odpuszczam ostatni, raczej łatwy singiel czerwonego szlaku, którym już wiele razy jechałem, by poznać ścieżkę rowerową prowadzącą dookoła Skalitego. I cóż, góra to zwykła, stara szutrowa droga, niżej bardziej zarosła i prowadzi fajnym lasem. Miejscami miłe dla oka krótkie single, ale bez szaleństw. Poza tym zdobywa się kilka (-dziesiąt) dodatkowych metrów przewyższenia. Czy warto nim jechać? W ramach atrakcji czegoś nowego – tak. Jak chce zrobić krótką, nietrudną wycieczkę ze Szczyrku – owszem. Treningowo – dlaczego by nie – jest gdzie zmęczyć, szczególnie w drugą stronę. Poza tym… lepiej wybrać czerwony szlak 😉 .

Garść statystyk:
Długość: 45 km
Przewyższenie: 2100 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *