Słoneczna i ciepła sobota to idealny dzień, by spędzić go w… pracy. Na szczęście to tylko 4 godziny, w trakcie których już i tak myślami jest się na trasie planowanej wycieczki. Jednak na swoje utrzymanie i przyjemności trzeba jakoś zapracować, więc ze spokojem o 13 zakończyłem „dniówkę”.

Wiedząc, że ogólnie przez weekend ma być bardzo sprzyjająca rowerowaniu pogoda a jednocześnie wyżej położone szlaki wciąż są miejscami pełne śniegu, wybór tras musiał kończyć się do wysokości 900 m n.p.m. – czyli w skrócie: Beskid Mały.

W ogóle wg mnie Beskid Mały jest mało doceniany przez rowerzystów. Owszem, jest kompleks Wilczych Ścieżek z Wilkowic, lecz nastawiony jest jednak na dość wymagające zjazdy, w zasadzie – same zjazdy.

Mnie w Beskidzie Małym udało się znaleźć wiele leśnych dróg, starych traili czy singli, na których pewnie od czasu ich powstania nikt nie widział rowerzysty. Zresztą wciąż jest ogrom nieodkrytych tras, gdzie niejeden rowerzysta górski znalazłby coś dla siebie.

Z Żywca wyjechałem w kierunku Oczkowa, przez Moszczanicę. Już na początku kilka rozgrzewkowych podjazdów, na których dał o sobie znać ciepły dzień. Na górze Oczkowa uciekłem już w las, na jedną z leśnych stokówek. Tą drogą, raz trawersując, raz wznosząc się pod grzbiet, wjechałem na przełęcz pod Jaworzyną. Tu złapałem już niebieski szlak, którym dojechałem do przełęczy Przysłop Cisowy. Dalej już prawie cały czas czerwonym szlakiem – głównym grzbietem Beskidu Małego, przez Kocierz, Potrójną, dojechałem na Łamaną Skałę.

Na rozstaju Anula złapałem zielony szlak, którym zamierzałem wracać w kierunku Żywca. Ów szlak nie tylko pieszo, ale i głównie rowerowo jest wyjątkowej urody. Częste zmiany tempa, szybkie zjazdy, techniczne podjazdy a przy tym sporo dobrego kręcenia – jeden z najlepszych przejazdów w Beskidach!

Na Gibasach uzupełniłem wodę a widząc już coraz niżej nad horyzontem słońce – nieco mocniej depnąłem na pedały. W razie draki zawsze mogłem ewakuować się z tego grzbietu na drogę asfaltową Sucha-Żywiec, ale jednak chciałem tego uniknąć.

Dość sprawnie dojechałem pod Ścieszków Groń. Pożegnałem zielony szlak, i dalej grzbietem przez Przykrzycę zjechałem do Okrajnika. I tu bez dwóch zdań czekała mnie nagroda za całą wycieczkę – zjazd z Przykrzycy jest jednym z moich lepszych odkryć w Beskidzie Małym – po prostu petarda. Techniczny, szybki (nawet bardzo!), nie za trudny, gdzie jak to mówią „o trudności decyduje szybkość”. Dla mnie esencja tego dnia :).

Z Okrajnika już asfaltem dojeżdżam do Rychwałdu. Tam jeszcze robię podjazd do Moszczanicy i po 5 godzinach od wyjechania z domu – melduję się z powrotem. Piękna trasa!

Garść statystyk:
Długość: 55 km
Przewyższenie: 1430 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *