Ponieważ mam to szczęście pracować u stóp Baraniej Góry, wypad w góry rowerem po pracy to w zasadzie formalność, a po kilku dniach opadów to właśnie Beskid Śląski dawał szansę na przyjemną jazdę. Wybrałam klasyk, czyli czerwony szlak z Węgierskiej Górki na Glinne. Szlak ten wart jest pokonania w obu kierunkach, mi dziś przyszło szlifować technikę na podjeździe. Mając porównanie do przejazdów na hardtailu, byłam zachwycona przyczepnością Soila na technicznych, kamienistych i korzennych fragmentach. Jedynie przed szczytem czekało mnie kilkadziesiąt metrów podejścia – nie do ominięcia.

Na Glinnem, jak to w tygodniu – żywego ducha, jednak chłodny wiatr zniechęcał do dłuższego delektowania się samotnością, zatem od razu zjechałam do stokówki. Przed wjechaniem na niebieski szlak chwila na uzupełnienie paliwa, by mieć siłę na zjazd. W zasadzie całość tego fantastycznego szlaku to dziki, miejscami techniczny singiel, jedynie w dolnym fragmencie przed przysiółkiem Suchedla bardziej nastromiony (do tej pory ten fragment pokonywałam pieszo, ale wraz z kierownicą 760mm i myk-mykiem jakby skilla przybyło 😉 ).

Na Matysce jak zwykle pięknie – ciepłe, wieczorne światło dodaje uroku i tak malowniczym panoramom Kotliny Żywieckiej i okolicznych Beskidów. Do Radziechów zjeżdżam nowym wariantem – motocrossową ścieżką przez ukwiecone łąki i pachnące, tarninowe zarośla.

Do Żywca wracam z szerokim uśmiechem na twarzy – nowy rower po raz kolejny okazał się idealnie dobranym środkiem do celu, jakim jest czerpanie radości z jazdy po górach :). Może zabrzmi to górnolotnie, ale od dwóch tygodni na nowo odkrywam dla siebie MTB po 12 latach jazdy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *