Plan na spędzenie soboty był prosty: rowerowe zlecenie przewodnickie. Niestety pogoda wystraszyła uczestników i po godzinie oczekiwania (zarówno na poprawę aury jak i na rowerzystów), organizator „dał mi” wolne. Cóż, bywa. Mnie w zasadzie też nie uśmiechało się specjalnie moknąć, szczególnie na początku wycieczki, w rzęsistym deszczu. Praca jednak nie wybiera pogody.

Wróciłem więc do domu, wypiłem kawę i… postanowiłem zrobić Oli niespodziankę i wesprzeć ją w górskim biegu Baran Trail Race, jaki dziś zamierzała przebiec. Na starcie biegu chmury jeszcze sowicie spowijały góry, ale przynajmniej nie padało. Ponadto prognozy na dalszą część dnia zapowiadały się bardzo korzystnie.

Wesprzeć oczywiście na rowerze ;). Do biegania takich dystansów w górach trochę mi daleko, szczególnie na zawodach. Natomiast na rowerze – dlaczego by nie? Ola oczywiście nie wiedziała, że mnie spotka na trasie. Postanowiłem przejechać trasę biegu (z drobną modyfikacją w początkowym odcinku mtb) w przeciwnym kierunku, z zamiarem spotkania się na Baraniej Górze. Ola jak się okazało, wbrew zapewnieniom o średniej formie, na szczycie zameldowała się znacznie szybciej niż oboje przypuszczaliśmy, a finalnie dobiegła do mety w bardzo dobrym czasie, o którym rzecz jasna nawet nie marzyła! Jestem z niej bardzo dumny :).

Trasa przejazdu nie należała do jakoś skomplikowanych. Z Węgierskiej Górki zielonym szlakiem pojechałem do Kamesznicy-Złatna, przy czym Czerwieńską Grapę ominąłem szlakiem rowerowym a na Baranią wjechałem połączeniem stokówek i czarnego szlaku. Nie chciałem bawić się w pchanie roweru, wychodząc z założenia, że szybciej od chodzenia przejadę kilkaset metrów więcej. I nawet pomimo całonocnego opadu deszczu, w górach nie było najgorzej – jedynie mijanie krzaków czy borowin nieco moczyło nogi i buty.

Z Baraniej już standardowo czerwonym szlakiem zjechałem do Węgierskiej Górski. Za szczytem mijałem jeszcze kilkadziesiąt osób z drugiej części stawki biegowej, a ostatni zawodnicy uśmiechali się do mnie jeszcze w okolicach Magurki Wiślańskiej. Spory rozrzut czasowy, przy czym wielu uczestników startowało w tych zawodach nie dla wyniku (przynajmniej tego dla pudła), ale dla samych siebie, dla wspólnej zabawy i spotkania znajomych. Bez wątpienia atmosfera na Baran Trail Race jest taką, gdzie każdy, od zawodowca po amatora będzie się czuł znakomicie.

Przejazd czerwonym szlakiem zdecydowanie należy do moich ulubionych, i to w zasadzie w obu kierunkach, choć w dół jest przyjemniej :). Co prawda jest jeden niewielki podjazd/podejście na Glinne (bo wcześniejsze hopki bierze się z rozpędu 😉 ), ale zostaje nam to wynagrodzone dłuższym zjazdem. Szczególnie ostatnie kilometry szlaku są niezłą zabawą – szybkie i techniczne sekcje, kamienie połączone z korzeniami i singlowe odcinki – idealne na zakończenie każdego tripa :).

Garść statystyk:
Długość: 28 km
Przewyższenie: 1100 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *