W połowie lutego pokazało się w Beskidach dawno nie widziane słońce. A przynajmniej nie widziane w weekend, bo w tygodniu roboczym – a jakże, świeciło aż miło. Dało to nadzieję na udany wypad skiturowy; śnieg choć twardy, zalega na szlakach w dostatecznej ilości dla narciarskich wędrówek, jednak miłośnicy zjazdów w puchu na razie niestety nie mają tu czego szukać. Ostatnie odwilże sprawiły, że miękki, przyjazny narciarzom śnieg odszedł w zapomnienie, a na niektórych szlakach trzeba wziąć narty na plecy. Tak też musiałam zrobić wyruszając z Żabnicy Sałki czarnym szlakiem w stronę Hali Boraczej. Dopiero, gdy szlak odbił z asfaltowej drogi, czyli po niespełna dwóch kilometrach, można było założyć foki.

W stronę schroniska zmierzałam sama, o tak wczesnej godzinie nie było żadnych turystów, również na hali. Odpoczynek zaplanowałam dopiero na Redykalnym Wierchu, zatem nie ociągając się ruszyłam z hali w jego stronę zielonym, a później czarnym szlakiem. Niestety na tym odcinku nie lada fantazją wykazał się ratrakowy, który nie wiedzieć po co jeździł w tej okolicy i zostawił za sobą bardzo niewygodny, zmrożony i wyboisty szlak. Dopiero w okolicy Hali Studzionki zaczęła się przyjemna wędrówka. Dzień już wstał na dobre, bezwietrzna i słoneczna pogoda oraz otaczająca mnie cisza bardzo przypadły mi do gustu :). W takich okolicznościach przyrody aż miło było zrobić sobie pod szczytem postój na batona i gorącą herbatę, z doskonałymi widokami na okoliczne szczyty i słowacką Małą Fatrę.

Dalsza wędrówka przed widokowe hale Bacmańską, Gawłowską i Bieguńską to przyjemny spacer bez większych podejść; aż do schroniska na Hali Lipowskiej idę sama, tam dopiero spotykam pierwszych turystów. Szlak ten jest bardzo popularny ze względu na rozległe, widokowe polany; zarówno latem jak i zimą dostarcza wspaniałych wrażeń. Ja jednak bez dłuższych postojów zmierzam w stronę Rysianki, gdzie już kłębi się spory tłum turystów. Na szczęście na jadalni jest sporo miejsca, spokojnie można usiąść przy kawie i odpocząć, by z nowymi siłami ruszyć w dalszą trasę.

Na zjazd w stronę Trzech Kopców zdejmuję foki; nie jest on może długi ale całkiem przyjemny, zwłaszcza że słońce i temperatura zdążyły już zmiękczyć śnieg i zjazd jest zjazdem, a nie walką o życie ;). Kolejnych turystów spotykam dopiero na Trzech Kopcach, gdzie szlakowskaz dobitnie pokazuje, że zima wciąż rządzi w tej okolicy. Dalsza wędrówka w stronę Hali Miziowej znów upływa mi w samotności. Zaskakuje mnie fragment czerwonego szlaku w okolicach Muńczolika – dawno, a nawet chyba nigdy, nie widziałam tam tyle śniegu! Zwykle jest tam „skuterowa autostrada”, tymczasem idę jedynie po śladach dwóch narciarzy.

Muszę niestety odpuścić pomysł wejścia na Pilsko niebieskim granicznym szlakiem, gdyż wyznaczony został tam zjazd w ramach zawodów skiturowych, idę więc standardowo w stronę schroniska i trasami narciarskimi, a później szlakiem, zdobywam wierzchołek polski i słowacki. Na szczycie idealne warunki na postój, toteż korzystam, jak reszta turystów, z bezwietrznej i słonecznej pogody. Widać wszystko jak na dłoni- Babią Górę, Tatry i Fatry :). Jeden pan twierdził nawet, że widać Śnieżkę, choć nie wydaje mi się to prawdopodobne :).

W końcu jednak trzeba było zakończyć popas i przebrać się do zjazdu, który nie zapowiadał się zbyt przyjemny-twardy, wyślizgany stok to nie jest to, co lubię najbardziej. Udało się z kilkoma poślizgami, ale w jednym kawałku, dotrzeć do schroniska, a dalszy zjazd w stronę Korbielowa to była już formalność (choć muldy na stoku przed parkingiem też nie były zbyt przyjemne). Szczerze powiedziawszy, złamanego grosza nie zapłaciłabym za jazdę po tym stoku dziś, a jednak chętnych było sporo. Na koniec pozostał tylko kilometrowy spacer „z buta” do przystanku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *