Słowenia nieczęsto kojarzona jest jako kraj, do którego można uciec z chłodnej zazwyczaj na przełomie maja i kwietnia Polski. Owszem, w sezonie zimowym bywa odwiedzany głównie za zasługą kończących się w Planicy zawodów skoków narciarskich. Także Alpy Julijskie cieszą się sporą popularnością wśród pieszych turystów, a widziany niemal z całej Słowenii Triglav jest zdecydowanie najbardziej rozpoznawalnym szczytem tego kraju.

Gdy kilka lat temu pierwszy raz z Olą odwiedziliśmy Słowenię, z pewnością urodą i krajobrazem zdecydowanie nas zachwyciła. W międzyczasie odwiedzaliśmy ją kilkakrotnie – częściej tylko przejazdem w drodze na urlop, ale udało się także udało się także w zimie na skitury i latem na rower MTB przyjechać.

W tym roku, po skiturowym wyjeździe w Dolomity, gdy już temperatury w kraju skłaniały myśli w stronę szosy, „niechcący” przypomniałem sobie o jednej z przełęczy oddzielającej Austrię i Słowenię. Przełęcz tę wielokrotnie przejeżdżaliśmy autem, w drodze na urlop. Jej charakter bardzo dobrze oddają serpentyny, którymi zdobywa się ją od północy. Przełęcz Seeberg, położona na wysokości 1218 m. n.p.m, zarówno od strony Słowenii jak i Austrii, cechuje długi podjazd, z kulminacją na ostatnich kilometrach, czyli coś, za co między innymi polubiłem jazdę na szosie :).

Podzieliłem się tą myślą z Olą, jednocześnie dość luźno, acz klarownie, kreśląc trasę na Stravie z uwzględnieniem właśnie tej przełęczy. Ola rzuciła na to okiem, pytając o dystans i przewyższenie: ok. 120 km i 2500 m przewyższenia – chwila przemyślenia… i jedziemy :). No! Teraz pozostało wybrać termin i dobrać kilka dodatkowych tras, by zapełnić nimi wyjazd. Akurat najbliższy, i zarazem idealnie nadający się termin przypadł całkiem szybko – długi weekend majowy był idealnym wyborem. Pozostało tylko wyczekiwać, by prognozy pogody na ten czas w Słowenii były korzystne.

Na dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem, podczas otwierającej sezon wycieczki mtb, zapytałem Marcina, czy byłby chętny na taką przygodę. W zasadzie długo na odpowiedź nie musiałem czekać :). Tym samym skład na słoweńską majówkę był ustalony. W międzyczasie zrodziły się pomysły na kolejne dni jazdy, a Marcin dorzucając swoją trasę, wypełnił nam szosowe plany na każdy z pięciu dni.

Przygodę zaczynamy w sobotę, 28 kwietnia w Żywcu. Pakujemy rowery i inne tobołki i o 15. wyruszamy w drogę. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyjeżdżam na dłuższy urlop w dzień. Zawsze szkoda było czasu, i jeszcze wieczorem po pracy wyruszało się w trasę. Tym razem komfort przejazdu autostradami Słowacji i Austrii jest znacznie większy.

Na pierwszy nocleg docieramy o 23. Camp & hotel Stara Pošta w słoweńskiej wiosce Zgornje Jezersko wita nas gwieździstym niebem i rześkim powietrzem. Wcześniej zapowiedziałem nasze późniejsze przybycie, więc szefowa Tanja wiedziała o naszym przyjeździe. Wita nas od razu i zamiast planowego spania pod namiotem, od razu proponuje bardziej wygodny nocleg na materacach na poddaszu (z góry uprzedzając, że cena taka sama jak za namiot). Jest to nam bardzo na rękę, bo nie musimy jeszcze po trasie rozkładać namiotów, a rano ich zwijać. Ogólnie miejscówka bardzo nam się spodobała (nawet zostaliśmy tam na 2 noce). Zdecydowanie polecamy ją zarówno na przejezdny nocleg jak i dłuższy pobyt – ma u nas duży PLUS :).

Dzień 1
W niedzielę rano pomimo krótszego snu, wstajemy dość dobrze wyspani. Zapewne ekscytacja czekającą nas przygodą dodatkowo nas pobudzała :). Sprawnie składamy rowery, szybkie przebieranie, śniadanie, kawa. Tego dnia do naszej trójki dołączył Kuba, który także spędza majówkę na wyjeździe, tyle że w Austrii, jakieś 90 km od nas.

I zaczyna się :). Pierwsze kilometry to niezłej klasy zjazd głęboko wcinającą się doliną potoku Kokra. Prawie 20 km niczym nie przerwanego zjazdu. Kolejne kilometry pokonujemy wioskami u podnóża gór, przez które przebijamy się do Kamnika. Tu robimy pierwszy postój, a po nim czeka nas podjazd pod pierwszą przełęcz tego wyjazdu – Črnivec (902 m. n.p.m). Początkowo spokojnie w górę, by po pół godzinie rozpoczęła się niezła zabawa. Grupa nieco się rozjeżdża, lecz kontakt wzrokowy utrzymujemy pomiędzy sobą ;). I pierwsza przełęcz za nami. Na górze robimy krótki postój, weryfikujemy trasę, wprowadzając nieco korektę – zmniejszyliśmy nieco dystans, dokładając trochę przewyższenia – a co :).

Kolejna przełęcz Volovljek (1029 m. n.p.m) to już niemalże formalność. Tylko początek nieco stromszy, a póżniej już czysta przyjemność. Na przełęczy uzupełniamy wodę, zakładamy wiatrówki ponieważ czeka nas kilkanaście kilometrów niezłego zjazdu. Wijąca się droga pośród świerkowego lasu, spośród którego raz po raz wyłaniają się cudne widoki doprawdy fantastycznie urozmaica trasę.

W miejscowości Luče skręcamy ku zachodowi, by wzbić się na kolejną przełęcz – najwyższą na naszej dzisiejszej trasie – Pavličevo (1336 m. n.p.m). Po drodze na nią wjeżdżamy jeszcze do Lagarskiej Doliny – ponoć najpiękniejszej w całej Słowenii. Zatrzymujemy się tu na kawę i ciacho, przy okazji sprawdzając jak bardzo blisko jest nadchodząca burza… Gdy już w oddali zaczęły się zbierać chmury burzowo-deszczowe, woleliśmy zastać je już bliżej końca naszej wycieczki, więc w całkiem dobrym tempie wjechaliśmy na przełęcz. W międzyczasie nieco pokropiło, w oddali zagrzmiało, ale co najważniejsze – burzę zostawiliśmy za plecami.

Z przełęczy, na której o dziwo zostaliśmy wylegitymowani przez pograniczników, zjechaliśmy do austriackiej wsi Bad Vellach. Zjazd miejscami naprawdę stromy, wywarł na nas ogromne wrażenie, szczególnie, gdy niemal na wyciągniecie ręki widzieliśmy postrzępione i ośnieżone szczyty Skuty i Grintovca w masywie Alp Kamnicko-Savińskich.

Podjazd z Bad Vellach na Przełęcz Seeberg był niemalże już tylko formalnością. Czekało nas nieco ponad 300 metrów podjazdu po niezłej drodze. A co ważniejsze, dla mnie i Oli było to spełnienie kolejnego drobnego marzenia – wdrapanie się na rowerze, poprzez malownicze serpentyny, na przełęcz, przez którą zaplanowaliśmy rowerową majówkę w Słowenii.

Po zdobyciu przełęczy, czekała nas już tylko nagroda w postaci świetnego zjazdu do Zgornjego Jezera, skąd zaczynaliśmy wycieczkę. Przed kempingiem zahaczyliśmy jeszcze o lokalną atrakcję turystyczną, jaką niewątpliwie jest Jezioro Planšarsko – położone pośród majestatycznych szczytów Alp Kamnicko-Savińskich. Przy okazji celebrując koniec trasy, nie omieszkaliśmy wznieść w górę kufli z lokalnym radlerem. Tym samym udało się zamknąć pętlę – naszą pierwszą szosową trasę na Słowenii.


Dzień 2
Na drugi dzień naszych szosowych zmagań zaplanowałem wycieczkę nad dwa najpopularniejsze jeziora w Słowenii – jezioro Bled i jezioro Bohinjsko. Oczywiście z niewielkim akcentem podjazdowym ;). Rano na kampie dostaliśmy informacje od Tanji, że ma przejść solidny opad. Widzieliśmy go w naszych prognozach, więc nie spieszyliśmy się nadto wyruszeniem w trasę, wiedząc że późniejsza godzina wyjazdu wiążę się z mniejszym prawdopodobieństwem deszczu. I w zasadzie tak było – poza kroplami potu, na nasze rowery nie spadły żadne inne ;).

Wycieczkę rozpoczynamy w miejscowości Lesce, skąd bocznymi drogami docieramy do Bledu. Po obowiązkowej sesji foto, udajemy się w górę doliny, jadąc wzdłuż rzeki Savy Bohinjskiej. Nad kolejne jezioro docieramy dość sprawnie, zapewne dlatego, że mieliśmy po drodze prawie żadnych wzniesień. Na miejscu robimy dłuższą przerwę, racząc się lokalną pizzą i podziwiamy jezioro i otaczające je szczyty. Całość robi spore wrażenie!

Drogę powrotną zaplanowałem bardziej urozmaiconym wariantem. Przez Starą Fužinę i Gorjuše zdobywamy nieznaną nam przełęcz na wysokości ok. 1250 m. n.p.m. Po drodze mijamy wyjątkowo urokliwe wioski, z interesującą zabudową, a w wyżej położonej części podjazdu niebywałej urody łąki, porośnięte świeżo zakwitłymi kwiatami mlecza, a na samej górze łanami krokusów.

Z przełęczy po około 2 km docieramy do głównej drogi prowadzącej do Bledu. Okazało się, że cała dalsza trasa wiodła już tylko w dół, więc euforia z sytego zjazdu sięgała zenitu! W międzyczasie wypogodziło się na dobre, więc na ostatek podczas zjazdu pięknie odsłoniły się nam Karawanki, z dominującym szczytem Hochstuhla (2236 m. n.p.m.).

Po dojechaniu do Lesce, sprawnie pakujemy rowery i przejeżdżamy blisko 100 kilometrów na wschód, do Velenje. Po drodze podziwiamy niebywałe ukształtowanie gór i wzgórz, jakimi natura obdarzyła Słowenię. W Velenje meldujemy się na kempingu Jezero Velenje. Miejsce ładnie położone, standard przyzwoity, tylko akurat mamy to szczęście, że spotkała nas impreza na otwarcie sezonu (2 razy w roku takowa się odbywa) i chcąc nie chcąc, niewiele mogliśmy się wyspać tej nocy. Pierwotnie chcieliśmy zostać tam na dwie noce, lecz rano szybko podjęliśmy decyzję, by po wycieczce przenieść się na kolejny kemping.


Zobacz także:
» Słoweńska majówka #2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *