W ramach odskoczni od beskidzkich zjazdów, chciałem zakosztować czegoś więcej i wyżej. Co prawda w całych Tatrach śniegu było znacznie mniej niż w Beskidach, niemniej kilka rejonów pozwalało na zapuszczenie się w nie i zrobienia kilka zjazdów.

Niemalże niezawodna każdej zimy Dolina Rohacka oferuje kilka średniotrudnych skitur, gdzie w sam raz można zrobić sobie swego rodzaju rozgrzewkę przed kolejnymi, trudniejszymi zjazdami w sezonie. Poza znanym rejonem Salatynów, tuż obok nich, w głównym grzbiecie, znajduje się Spalona i Banikow. Tam też postanowiłem wraz z Tomkiem i Waldkiem skierować swe kroki, w poszukiwaniu przygody.

Dzień już od rana zapowiadał się słoneczny a i prognozy były nam przychylne, więc tym bardziej ochoczo rozpoczęliśmy turę. W dolinie przywitała nas niska temperatura, a z racji niskiego położenia słońca, przez niemal całe podejście  – szliśmy w cieniu. Przyznam – trudno było się rozgrzać, a każdy krótki postój mocno wychładzał. Przyjęliśmy więc taktykę, by na drugie śniadanie dojść już w strefę słońca i w jego promieniach móc się ogrzać. Tym samym pierwszy odpoczynek wypadł nam już na podejściu pod Spaloną. Lepiej późno niż wcale ;).

Zjadłszy drugie śniadanie, w międzyczasie już ciesząc się z otaczającej nas przestrzeni gór, kontynuowaliśmy podejście na Spaloną. Na wierzchołek udało się wyjść na nartach, choć harszle i mocne ramiona wybitnie się przydały. Miejscami śnieg twardy i zbity, a miejscami świeża szreń, przez którą łatwo można było przebić się do gruntu (tak, tak – śniegu miejscami było tylko „w sam raz”, nic więcej).

Na Spalonej zrobiliśmy szybki przepak dozjazdowy, kilka zdjęć i na dół. Zjazd miejscami był całkiem przyjemny, szczególnie w górnych partiach. Dolna część to już przewaga szreni czy twardego śniegu.

Mimo średnich warunków zjazdowych, korzystając z bliskości Przełęczy Banikowskiej, postanowiliśmy wyjść i na nią. Podejście ponownie w całości w cieniu, ale w już nieco wyższej temperaturze. A na przełęczy niemalże Afryka – ciepłe słoneczko, brak wiatru – tylko hostess z parasolkami brakowało :).

Wiedząc, że słońce częstokroć dobrze zmiękcza śnieg, chcieliśmy jeszcze zrobić zjazd na południe z przełęczy. Niestety po kilku metrach okazało się, że szreń jeszcze się nie przeobraziła w firn i dalszy zjazd byłby niepotrzebną walką, tym bardziej że co byśmy zjechali, trzeba było podejść z powrotem (oczywiście gdyby warunki były dobre, żadna siła by nas nie powstrzymała 🙂 ).

Grzecznie więc szybko wróciliśmy na przełęcz i z niej, już bez przerw, zjechaliśmy do Doliny Rohackiej. Warunki mieliśmy ciut lepsze niż na Spalonej, ponieważ nie było szreni. Natomiast wciąż było temu daleko od oczekiwań. Widać było, że wiatr spore depozyty śniegu przenosił z grzbietów i zboczy w las i doliny.

Tura mimo nieco mniej sprzyjających warunków śniegowych oczywiście bardzo udana. Wszak nie zawsze trafia się na idealne warunki, a i w tych złych także trzeba umieć zjeżdżać. Natomiast bez wątpienia towarzystwo i pogoda dopisało stąd tura na duży + (plus) :).


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *