Włoskie Dolomity, tuż obok bałkańskiej Czarnogóry, od kilku lat stanowią jeden z ulubionych celów naszych wyjazdów – zarówno letnich, jak i zimowych. Jako cel tegorocznego urlopu zaplanowaliśmy zatem przejazd najbardziej znanymi przełęczami tych pięknych gór, w tym kultową wśród kolarskiej braci Passo di Stelvio. Parę tygodni przed wyjazdem udało mi się kupić nowy rower (model Fen), bo stara szosa powoli odmawiała współpracy, a i pozycja do jazdy na niej przestawała mi odpowiadać. Tym samym stworzyliśmy dwuosobową reprezentację firmy Romet na obczyźnie ;). Jedno jest pewne – wśród tych wszystkich Bianchi, Speców i innych Cervelo nasze pojazdy zdecydowanie się wyróżniały ;).

Urlop jak zwykle zamierzaliśmy spędzić niskobudżetowo, choć nieco bardziej komfortowo niż zwykle – weszliśmy w posiadanie nowego namiotu (model Arpenaz 3 XL Fresh&Black) i wygodnej kuchenki turystycznej. Jak tak dalej pójdzie, już za 30 lat może dorobimy się kampera ;).

Pierwszy nocleg po dojeździe do Włoch wypadł zatem na prywatnym polu namiotowym, z widokiem na Tofana di Rozes. Podjazd na Passo di Falzarego potraktowaliśmy jako rozgrzewkę, bo zaczynaliśmy dość wysoko. Mimo całkiem wczesnej pory, kłębił się tam już tłum motocyklistów i rowerzystów. Zdobycie Passo Giau, a następnie powrót do samochodu wymagały już zdecydowanie więcej wysiłku, który jednak został wynagrodzony z nawiązką przez piękne widoki, szybkie i długie zjazdy oraz obfitość flory. Tak, jeśli o mnie chodzi, ilość kwitnących kwiatów, i to na każdej wysokości, stanowiła chyba największy plus całego wyjazdu! Drugim były na pewno świstaki, których do tej pory nie udało nam się spotkać, a które „przywitały” nas właśnie w okolicach Giau.

Drugiego dnia opuściliśmy nasza urokliwą polankę noclegową i zjechaliśmy samochodem do Saviner di Laste, skąd rozpoczęliśmy podjazd (długi, ale dość łagodny) na Passo Pordoi. Drugą przełęczą zdobytą tego dnia było Passo Fedaia, ze znajdującym się na niej sztucznym zbiornikiem Lago di Fedaia, nad którym góruje masyw Marmolady. Na zjeździe zaliczyliśmy jeszcze całkiem przyzwoitą pizzę w miejscowości Bosco Verde, napoje zaś uzupełnialiśmy (podczas całego wyjazdu) głównie w przydrożnych „poidełkach”, których tu nie brakuje. Na szczęście, bo niekoniecznie lubiany przeze mnie zwyczaj sjesty często nie pozwala się zaopatrzyć w wodę, nie mówiąc o żywności. Musze również wspomnieć, że przejazd był dobrze zaplanowany, bo przy odwrotnej kolejności podjazdów nie wiem, czy starczyłoby nam ząbków w kasetach ;).

Trasa trzeciego dnia również została zaplanowana przez Szymona, który te rejony odwiedził zimą w ramach wyjazdu narciarskiego. Przejechaliśmy bardziej na południe Włoch, co już od rana dało się we znaki w postaci naprawdę wysokich temperatur. W połączeniu z wymagającym podjazdem do Folgarii wyssały one z nas nieco sił, a przecież był to już trzeci dzień wymagającej jazdy. Za tym urokliwym ośrodkiem narciarskim skręciliśmy w stronę Passo Coe, by następnie wrócić przez Passo Sommo. Ten odcinek bardzo nam się podobał, bo byliśmy na nim praktycznie sami (częściowo pewnie za sprawą niezbyt dobrych dróg), co było miłą odmianą od zatłoczonych szos na północy. Zjazd do Rovereto był, moim zdaniem, najlepszym z całego wyjazdu – długi, szybki i praktycznie nie trzeba było używać hamulców, więc w spokoju można było podziwiać widoki :). Po powrocie do auta powtórzyliśmy (oczywiście tymże autem) część podjazdu, by nocować na tzw. picnic area. Był to doskonały pomysł, bo byliśmy tam sami, było cicho i zdecydowanie chłodniej, niż w dolinie Adygi. Uroku całości dodawały robaczki świętojańskie, które o zmroku pojawiły się w chaszczach.

Po dniu przerwy, przeznaczonym na zwiedzanie Trydentu, pojechaliśmy odwiedzić kolejną narciarską miejscówkę Szymona. Samochód zostawiliśmy w Calliano, a do Trydentu dotarliśmy drogą rowerową poprowadzoną wzdłuż rzeki. Tam odbiliśmy na drogę prowadzącą do ośrodka narciarskiego Monte Bondone, położonego na zboczach szczytu Il Palon – charakterystycznego, stożkowatego wierzchołka górującego nad doliną Adygi. Podjazd wszedł całkiem gładko – równiutki asfalt robił robotę, choć temperatury przekraczające już rano 30 stopni nieco przeszkadzały. Oj, nie są to nasze ulubione warunki do jazdy. Dla mnie jedynym sposobem na przetrwanie było moczenie koszulki, buffa i siebie we wspomnianych „poidełkach” – na jakiś czas dawało to pewną ulgę. W ośrodku udało nam się zrobić małe zakupy, mimo że już zaczynała się sjesta; w końcu ileż można pić czystą wodę. Dalszy odcinek trasy bardzo przypadł nam do gustu – wąskie dróżki, sielankowe krajobrazy – na tyle, że dołożyliśmy sobie na deser podjazd na Passo Bordala. Niewątpliwie pomogła w podjęciu tej decyzji krótka, regeneracyjna kąpiel w urokliwym Lago di Cei :). Bardzo przyjemny, końcowy zjazd wiódł pomiędzy winnicami i małymi miasteczkami; jedyną trudność stanowiła rosnąca temperatura – gdy dotarliśmy do samochodu o 18, wynosiła 38 stopni w cieniu…

Kolejna trasa była już moim autorskim pomysłem – bardzo mi zależało, by popatrzeć sobie na słynne jezioro Garda i przejechać się jego wybrzeżem. Z Nago-Torbole, gdzie zostawiliśmy samochód na kempingu, do miejsca startu dojechaliśmy droga rowerową. Mimo kilku niedociągnięć, jest to zdecydowanie lepsza opcja niż ruchliwa droga między Torbole a Mori. Upał oczywiście nie odpuszczał, dopiero po wzniesieniu się powyżej 1000 m n.p.m. dało się żyć. Liczyłam na widok jeziora z najwyższego punktu Strada Provinzionale 3 przy Rifugio Graziani, niestety nie udało się – musiałam jeszcze trochę zaczekać ;). Na zjeździe do Caprino Veronese znów trafiliśmy na świeżo wyremontowaną drogę – co to oznacza dla szosowca, nie muszę chyba tłumaczyć. Żeby jednak nie było za dobrze, musieliśmy znów się wznieść, na szczęście na końcu podjazdu czekało na nas urocze miasteczko Lumini z barem. Na dobrą opinię o tym miejscu mógł mieć wpływ fakt, że do toniku dostałam paczkę chipsów gratis w ramach przeprosin za słaby angielski barmana (co prawda ja żadnych zastrzeżeń nie miałam) ;). Na zjeździe do Castellano doczekałam się wreszcie widoku na jezioro, a wisienką na torcie był zjazd przez samo miasteczko. Wąskie, strome, brukowane uliczki, klimatyczne zaułki, gaje oliwne… no cudo! Dobrze, że robiłam to na nowym rowerze, bo stary wymagałby wygięcia kręgosłupa w zupełnie niefizjologiczny sposób ;). Droga wybrzeżem jaka jest, to każdy może na street view zobaczyć, ważne, że było z wiatrem. A na dobicie podjazd-niespodzianka z Torbole do Nago.

Sobota była znów dniem odpoczynku – w końcu następnego dnia mieliśmy zdobywać przełęcz przełęczy ;). Zaczęliśmy w Bormio, tak jak pewnie kilka setek innych rowerzystów tego dnia. Niestety zaczęli też turyści zmotoryzowani, i to skutecznie psuło klimat. Byliśmy oboje tak podekscytowani tym dniem, że podjazd na Passo di Stelvio wszedł naprawdę gładko (nawet mi udało się wyprzedzać 😉 ). Na górze przywitały nas solidne zaspy śniegu, mnóstwo straganów i dziki tłum. Wystarczyło się przenieść kilkanaście metrów wyżej, do małej restauracji, by móc w spokoju napawać się widokami i satysfakcją. Na przełęczy, jak i na zjeździe do Prato allo Stelvio spotykaliśmy uczestników Triplo Stelvio, a na jednej z serpentyn natknęliśmy się również na motocyklistę, który miał wypadek (biorąc pod uwagę nierozwagę turystów zmotoryzowanych dziwne, że tylko jednego…). Większe wyzwanie czekało nas później – nie wiem, co mówią na ten temat cyferki, ale podjazd na Umbrail Pass wydał mi się zdecydowanie trudniejszy. Z drugiej strony, pod kątem krajobrazowym podobał mi się zdecydowanie bardziej, no i na górze czekała na nas pustka, a nie stragany z pamiątkami :). Zjazd z powrotem do Bormio też był cały nasz – większość zjechała już wcześniej, my zresztą też się nie ociągaliśmy, bo na popołudnie zapowiadane były burze. Dzień uczciliśmy Prosecco (które, jak się okazało, doskonale nawadnia 😉 ) na kempingu Cima Piazzi.

Ostatniego dnia mieliśmy różne plany – Szymon upierał się przy Passo di Gavia, ja chciałam zrobić coś lżejszego, więc rozdzieliliśmy się. Za cel wybrałam sobie Lago di Cancano, do którego prowadzą bardzo sympatyczne serpentyny, nad którymi górują kamienne wieże Torri di Fraele. Kończy się przy nich asfalt, a nad samo jezioro dojeżdża się szutrówką, na szczęście przyjazną dla szosowych opon. W połowie podjazdu otrzymałam telefon od Szymona, który musiał zawrócić z obranej trasy (droga na Gavię była zamknięta); spotkaliśmy się zatem przy majestatycznej tamie Diga di Cancano, po czym razem wróciliśmy na kemping. W drodze powrotnej chcieliśmy zrobić jeszcze pamiątkowe zakupy spożywcze, niestety plany pokrzyżowała nam sjesta. Na szczęście, w ramach pocieszenia, udało się zaliczyć wyśmienitą pizzę (Ristorante Pizzeria Bar Daniel przy granicy włosko-austriackiej).

Epilog:
Myślę, że nie ma co nadto uzewnętrzniać się nad wrażeniami z szosowych wojaży po włoskich Dolomitach, ponieważ wtedy ten wpis nabrał by rangi solidnej epopei. A poza tym chcieliśmy Wam oszczędzić trochę zazdrości 😉

Dzień #1 – Passo Falzarego & Giau

Dzień #2 – passo Pordoi & Fedaia

Dzień #3 – Passo Coe, Sommo & Borcola

Dzień #4 – Trentino

Dzień #5 – Monte Bondone, Lago di Cei & passo Bordala

Dzień #6 – Monte Baldo, lago di Garda

Dzień #7 – Torbole

Dzień #8 – Passo Stelvio & Umbrail

Dzień #9 – Lago di Cancano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *