Początek listopada nie nastraja optymistycznie względem wciąż sporych chęci do jazdy rowerem. Niby można cieplej się ubrać, niby można co chwila błoto z zębatek ściągać i wykręcać skarpetki, ale czy to jeszcze jest przyjemne? Na szczęście trafiają się przebłyski nieco lepszej pogody w połączeniu z czasem wolnym od codziennych zajęć i można choć na chwilę wyskoczyć w góry.

Czasu wiele nie miałem, bo raptem nieco ponad 3 godziny do zmroku, więc postanowiłem przejechać się jednym z bocznych grzbietów Beskidu Małego. Wycieczkę rozpocząłem w Łękawicy, w centrum. Na górę wjechałem tzw. Krowim Działem, dość charakterystycznym grzbietem znoszącym się ponad zabudowaniami Kocierza Moszczanickiego i Okrajnika. Pierwszy fragment wiódł po asfalcie, by na krótko przejść w szuter, a finalnie w leśną drogę.

Ów podjazd nie należy do wybitnie trudnych czy wymagających, mimo to by go wjechać trzeba mieć troszkę pary w nodze i stosunkowo suchą nawierzchnię. W lecie i w pełni sezonu rowerowego pewnie nie trudno o to, ale jesienią, gdy podłoże zasnute jest opadłymi, mokrymi liśćmi – nieco gorzej. Niemniej udało się wjechać, a zrobienie zdjęć na podjeździe było dobrą okazją do chwilowego odpoczynku ;).

Przejazd tym fragmentem z reguły robię w drugą stronę, bo jest to bardzo fajny, szybki, lekko techniczny zjazd – w sam raz na każdorazowe zakończenie wycieczki. Po wjechaniu na Przykrzycę, odwiedziłem jeden z kamiennych domów, które tam się znajdują, a są swego rodzaju ewenementem, ponieważ spotykane są już tylko w Beskidzie Małym (i to rzadko przy oficjalnym szlaku).

Od tej pory w zasadzie czekał mnie już tylko klasyczny grzbietowy przejazd, raz w dół, raz w górę – czyli sama przyjemność :). Oczywiście z racji aury, trzeba było mi uważać na szlak, bo pomimo stosunkowo dobrej nawierzchni, w większości pozbawionej jakichś technicznych trudności, woda + błoto w połączeniu ze śliskimi liśćmi wymagały ode mnie wzmożonej ostrożności. Poza tym nie zależało mi na jakimś szybkim przejeździe, wiedząc dodatkowo, że praktycznie co kilkaset metrów miałem sposobność zjechania w dolinę jedną z dziesiątek leśnych dróg.

W planie miałem dojechać zielonym szlakiem, przez Gibasy, do Przełęczy pod Młodą Horą i niebieskim szlakiem zjechać na Przełęcz Przydawki, skąd już drogą wrócić do Łękawicy. Całą trasę udało się przejechać zgodnie z zamysłem, dodatkowo urozmaiciłem ją sobie poprzez przejazd jedną z leśnych dróg, które odbijały z niebieskiego szlaku (mogłem do końca nim pojechać, ale chciałem poznać coś nowego. Poza tym koniec szlaku wiedzie po betonie i asfalcie, a tych chciałem maksymalnie ograniczyć tego dnia. Wszak i tak czekał mnie powrót główną drogą.).

Po zjeździe z gór, oczywiście trochę błota na rowerze i na mnie było, ale na szczęście było to błoto z grupy tych łatwiej schodzących, dzięki czemu szybciej dało się całość doprowadzić do porządku. Do Łękawicy dojechałem, gdy słońce dawno już zaszło, więc przy świetle czołówki przyszło mi umyć rower (i nieco siebie) i napełniony myślami o dobrze spędzonym popołudniu, wróciłem do domu.

Garść statystyk:
Długość: 26 km
Przewyższenie: 850 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *