Są teorie, że do letniego sezonu rowerowego należy się wcześniej przygotowywać, budować, bazę, itp. Tak – to są teorie. Ale jest też praktyka, która nie zawsze idzie w parze z teorią. Podobnie jak z planowaniem wycieczek. Na początku wskazane są raczej krótsze trasy, mniejsze przewyższenia, łatwiejsze podjazdy… To oczywiście też zalecana praktyka. Czymże jednak jest ludzka, niczym nie ograniczona, kreatywność w planowaniu i realizowaniu coraz to bardziej ciekawych zamysłów? Wbrew wszelakiej logice.

Przyznam szczerze, że sam nie wpadłbym na taki plan wycieczki, jaki dziś przejechaliśmy z Marcinem i Pawłem. A już na pewno nie na początek sezonu rowerowego, na drugą jazdę w terenie (a na dodatek zaraz na drugi dzień, po skiturowej wycieczce na Niżne Rysy). Czegóż to jednak nie robi się, by miło i sympatycznie spędzić czas w dobrym towarzystwie, na świeżym powietrzu, uprawiając jeden z najpiękniejszych sportów :).

Marcin dwa tygodnie temu rzucił mi pomysłem, by kiedyś w środku sezonu, gdy już się trochę rozjeździmy, przejechać w zasadzie całą zachodnią część Beskidu Małego (rozciągającą się od Bielska Białej do doliny Soły). Sezonu na jazdę w górach dopiero początek, ale chęć zmierzenia się z trasą wzięła górę, i plan postanowiliśmy dzisiaj zrealizować.

Spotykamy się rano w bielskiej Straconce, skąd żółtym szlakiem wjeżdżamy na Łysą Przełęcz. Dobrze, że chociaż pierwsze 3 km nieco rozgrzaliśmy się na asfalcie, bo podjazd na przełęcz bez tego mógłby się średnio skończyć ;). Dalej łapiemy już czerwony szlak i nim zdobywamy nim kolejno Magurkę Wilkowicką i (niebieskim) Czupel. Przy schronisku na Magurce spędzamy tylko kilka minut, by zbytnio nie tracić rozgrzewki. Z kolei na Czuplu nie zatrzymujemy się wcale. bo ostatnio jakoś małowidokowy się stał.

Z Czupla zjeżdżamy czerwonym szlakiem do Międzybrodzia Bialskiego. Kawał dobrego i solidnego zjazdu! Niezłe nachylenie, świetne szybkie jak i techniczne odcinki – bajka!

Na dole robimy niewielki popas, uzupełniamy płyny i… ponownie wjeżdżamy na Magurkę, tym razem żółtym szlakiem. Kilka osób przestrzegało nas przed kilkoma stromymi (ponad 20%) podjazdami, więc sami chcieliśmy zweryfikować te opinie ;). No cóż – łatwo nie było, ale nawierzchnia tego szlaku w zasadzie nie utrudnia wjazdu, więc jedynie siłą mięśni i/lub siłą woli da się go wjechać. Początek dobrze rozgrzewa, środek stawia do pionu, ale końcówka daje odpocząć (ot, moja subiektywna opinia 😉 ).

Z Magurki Wilkowickiej zjeżdżamy na Przełęcz Przegibek i dalej niebieskim szlakiem zdobywamy po raz pierwszy Gaiki. Skręcamy w prawo na czerwony szlak i przez Przełęcz u Panienki dojeżdżamy na Hrobczą Łąkę. Robimy tu krótki postój przy okazji uzupełniając elektrolity ;).

Hrobaczą Łąkę opuszczamy wg mnie jedynie słusznym zjazdem, czyli czerwonym szlakiem wiodącym przez Bujakowki Groń do Żarnówki. Jest to kolejny szlak w Beskidzie Małym, który wg mnie należy do najlepszych zjazdowych odcinków tego pasma. Kawał dobrego i miejscami sytego zjazdu!

Drogą wzdłuż Jeziora Międzybrodzkiego ponownie dojeżdżamy do Międzybrodzia. I znów niewielkie zakupy, kawa, ciacho, itp. Dywagujemy sobie o różnych różnościach, a dość intensywnie o samochodach na prąd. I o dziwo w całej tej dyskusji nie poruszony został temat e-bike’ów, co w zasadzie świadczyło, że na tym etapie wycieczki nie byliśmy jeszcze na tyle zmęczeni, by dać się ponieść fantazji chęci posiadania takowego. A dlaczego? Otóż dlatego, że czekał nas kolejny, wcale nie łatwy, podjazd na Gaiki.

Niebieskim szlakiem wjeżdżamy na Nowy Świat. Dalej świetnym grzbietem, pośród bukowo-świerkowego lasu, zielonym szlakiem dojeżdżamy na górę. Bardzo lubię ten fragment szlaku, ponieważ ma w sobie to coś, co nasyca człowieka swoistą energią do dalszej jazdy. Szczególnie, że ostatni jego odcinek jest dość wymagający.

Zdobywszy Gaiki na naszych twarzach dało się dostrzec oznaki zadowolenia, że mamy za sobą ją wszystkie podjazdy tego dnia. A jakby nie było, na tak krótkim dystansie, uzbierało się ich ponad dwa tysiące!

Teraz czekała nas już nagroda w postaci świetnego zjazdu czerwonym szlakiem do Straconki. Górny, bardzo szybki odcinek, z ciekawymi widokami na Bielsko-Białą, pozwalał nieźle rozwinąć skrzydła co odważniejszym rowerzystom. Dolny odcinek, bardziej techniczny, na trasie którego jest sporo korzeni czy uskoków, dał sporo przyjemności z ich pokonywania. A na koniec singlowy przejazd bukowym lasem – idealne terenowe zakończenie szlaku.

Na parking w Straconce dojeżdżamy po niespełna ośmiu godzinach od wyruszenia w trasę. Udało nam się przejechać wyjątkowej urody trasę, ze świetnymi zjazdami, ale i także godziwymi podjazdami (które ja ogólnie lubię). Marcin pewnie nie myślał, że tak szybko zawita na planowaną przez siebie wycieczkę, a tu spotkała go (i nas!) tak wspaniała niespodzianka. Bez wątpienia było do najlepsze rozpoczęcie dobrego sezonu rowerowego w górach!

Garść statystyk:
Długość: 52 km
Przewyższenie: 2150 m
Trudność: 4/5

3 komentarze do wpisu: “Wielki Beskid Mały

  1. Szymonie, elegancko to to opisałeś. Trasa mnie zaskoczyła. Ląduje w annałach pod hasłami, „konkret”, „solidne MTB” orzaz „powtórzyć koniecznie w przyszłości”. Nie zaskoczyło towarzystwo. Było wiadomo, że w tym gronie można spędzić swietny dzień w górach. Dzięki za świetne towarzystwo na świetnej trasie. Dla takich dni robi się całe to MTB. Chcę więcej 🙂

    1. Marcinie – miałeś nosa do zaplanowania tej trasy :).
      Dziś w zasadzie dopisało wszystko co mogło: ekipa, trasa, pogoda, warunki, widoki… jak dla mnie to także była to esencja MTB 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *