Trzeba przyznać, że pogoda w tym tygodniu nas rozpieszczała. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura pozwoliły  odbywać wycieczki rzeszy rowerzystów i pieszych. Sporo ich widziałam za oknem, bo obok firmy, w której pracuję, biegnie fragment czerwonego Głównego Szlaku Beskidzkiego ;). Postanowiłam dołączyć do tych szczęśliwców i wybierając zaległy urlop, w środę zdobyłam z Szymonem Policę, a dwa dni później zaplanowałam sobie przejazd przez Beskid Śląski. Jedynym, co ograniczało moją fantazję w obmyślaniu trasy był fakt, że na 18:30 byłam umówiona w Milówce. Żeby nie tracić dnia na przejazdy w tę i z powrotem, postanowiłam dojechać tam górami, nieco przedłużonym wariantem :).

Rano pogoda w Żywcu nie zachęcała do aktywności, ale rzut okiem na kamerkę na Rysiance utwierdził mnie w przekonaniu, że dzień będzie piękny. Kotlina Żywiecka przykryta była gęstą mgłą, ale powyżej królowało już słońce i bezchmurne niebo. Miałam nadzieję, że w położonych nieco wyżej Wilkowicach, gdzie dojechałam pociągiem, pogoda będzie już bardziej sprzyjająca. Tymczasem musiałam podjechać wysoko w górę doliny Białki, żeby zobaczyć upragnione słonko.

Pierwszym szczytem, jaki chciałam zdobyć tego dnia, była Magura. Z Bystrej Krakowskiej prowadzi na nią całkiem sympatyczny podjazd autorstwa Szymona. Po dojechaniu do pętli autobusowej należy jechać cały czas prawą stroną doliny, by dotrzeć do wygodnej, szutrowej drogi wiodącej przez obłędnie kolorowy bukowy las. Na tym odcinku udało mi się wreszcie wyjechać z mglistej doliny (skądinąd, całkiem klimatycznej) i mogłam wreszcie zrzucić z siebie ciepłe ubrania. Co prawda, po przejechaniu na drugą, zacienioną stronę doliny, gdzie dobiłam do niebieskiego szlaku turystycznego zrobiło mi się nieco chłodno, ale podjazd rzeczonym szlakiem skutecznie mnie rozgrzał.

Niemal pod schroniskiem odbiłam, za radą Szymona, w lewo na niewyraźną stokówkę, by po paru minutach skręcić w prawo na czerwony/żółty szlak wiodący grzbietem Magury. W widocznej z niego Kotlinie Żywieckiej wciąż zalegała mgła, a nad nią górowały szczyty Babiej Góry, Skrzycznego i Tatr. W drodze do Schroniska pod Klimczokiem spotkałam pierwszych turystów, a przy samej chacie zrobiłam sobie krótki odpoczynek.

Po krótkim zjeździe, na Siodle pod Klimczokiem odbijam na czerwony szlak w stronę Przełęczy Karkoszczonka. Początkowo prowadzi szeroką drogą, ale po kilkuset metrach wpada na trawersującą stoki ścieżkę, która dla mnie jest niestety nieprzejezdna, a miałam nadzieję, że będzie to najprzyjemniejszy odcinek zjazdu. Na szczęście dalej mogę z powrotem wsiąść na rower, by już prawie bez przeszkód zjechać na przełęcz. Dalsza część czerwonego szlaku trawersującego Beskidek określana jest jako kultowy singiel, rzeczywiście urokliwy, niestety nadający się do wygodnej jazdy tylko w drugim kierunku. Po kilkudziesięciu metrach zawracam więc i szczyt zdobywam szutrową drogą. Przed Hyrcą znów muszę zsiąść z roweru – i tak kamienisty szlak dodatkowo rozwalił ciężki sprzęt; na szczęście nie muszę pchać na samą górę, bo po drodze odbijam w lewo w szutrową drogę. Zjeżdżam nią do Salmopolu, by ponownie zdobyć wysokość asfaltowymi serpentynami.

Celowo nie jechałam do Przełęczy Salmopolskiej czerwonym szlakiem, bo chciałam poznać nowy wariant podjazdu na Malinów. Szymon odradził mi podjazd zielonym szlakiem z doliny, więc wypatrzyłam na mapie wygodną drogę odbijającą z ostatniej serpentyny w górę stoku narciarskiego. Ku mojej uciesze, drogę poprowadzono do samej górnej stacji kolejki i choć wymagająca kondycyjnie, jest ona na pewno lepszym wariantem podjazdowym. Na Pośrednim złapałam zielony szlak, którym dojechałam (z małym epizodem pchania) na Malinów. Z nutką niepewności podchodziłam do zjazdu w stronę Malinowskiej Skały, bo do jest pory nie udało mi się go pokonać w siodle – tym razem jednak, dzięki Soilowi i jego myk-mykowi, poszło gładko, z czego mam doprawdy niepisaną satysfakcję.

Po kilkunastu minutach dojechałam do głównego grzbietu i zielonego szlaku, którym miałam jechać (lub też iść ;)) aż do Schroniska na Przysłopie Pod Baranią Górą. Szlak ten dla większości rowerzystów obfituje w nieprzejezdne fragmenty (czasem jakiś Szymon coś podjedzie, ale jest w mniejszości ;)), zwłaszcza przed Zielonym Kopcem, Magurką Wiślańską i samą Baranią Górą. Raz czy dwa razy do roku warto jednak wpaść tam z rowerem by sprawdzić postępy w szlifowaniu techniki i kondycji (Strava prawdę ci powie!) i podziwiać widoki. Na otarcie łez udało mi się pokonać w siodle zdecydowaną większość zjazdu z Baraniej do schroniska, co przy mojej niechęci do luźnych kamieni jest nie lada wyczynem.

W schronisku posilam się wreszcie czymś innym niż słodkim batonikiem i ruszam dalej – co prawda zapas czasu mam spory, ale wolę poczekać dłużej w Milówce, niż ryzykować jazdę po zmroku, gdyby dopadła mnie jakaś awaria. Przed Karolówką odbijam w leśną drogę, która doprowadza mnie do czarnego szlaku. Nim to zjeżdżam do Fajkówki i dalej, już asfaltem (założywszy uprzednio wszystkie ciepłe rzeczy) do Kamesznicy i Milówki. W dolinie temperatura szybko spada i ledwo przekracza 10 stopni, ale gorąca kawa przywraca mi nieco sił. Potem zostaje już tylko powrót pociągiem do Żywca, i przejazd przez zasnutem smogiem miasto…

Garść statystyk:
Długość: 53 km
Przewyższenie: 1960 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *