Długo przyszło czekać na kolejne wpisy, ale pogoda, wraz z pierwszym dniem kalendarzowego lata, stała się zupełnie nie letnia. Na domiar złego amortyzator tylny odmówił współpracy. Co prawda, Strava podpowiada że działo się całkiem dużo, ale bardzo „lokalnie” i bez fajerwerków. Zbliżający się Baran Trail Race zmotywował też do częstszych przebieżek, o których ciężko pisać-ot, monotonne tupanie po okolicy. Nadszedł jednak w końcu czas, by wyprowadzić Soila na dłuższy spacer :).

Pierwszy od dawna dzień bez prognoz burzowych zmotywował mnie do dojazdu rowerem do pracy i tak, po zakończonej o 15 dniówce, mogłam od razu ruszyć na szlak. Dla rozgrzewki podjeżdżam asfaltem wzdłuż zielonego szlaku z Węgierskiej Górki w stronę Kubisówki, jednak gdy asfalt się kończy wjeżdżam na stokówkę prowadzącą w stronę czerwonego szlaku na Glinne. Po kilkunastu minutach docieram do szlaku, gdzie niestety czeka mnie spore rozczarowanie-ciężki sprzęt zniszczył i poszerzył ścieżkę, która stała się bardziej „wjeżdżalna”, ale straciła sporo swojego uroku. Na szczęście powyżej drugiej stokówki, na wysokości około 900 m n.p.m. wpadam na wąski singiel, który prowadzi aż na Glinne (z krótkim elementem podejściowym). Po drodze zaczepiają mnie oczywiście krzaki borówek, którym nie potrafię, i nie zamierzam się oprzeć :). Na szczycie Glinnego nie bawię długo, zjeżdżam do stokówki i do niebieskiego szlaku, by trawersem ominąć nieprzejezdny w górę fragment czerwonego szlaku przed Halą Radziechowską.

Na Hali wita mnie pusty koszar-chciałabym kiedyś zobaczyć tam pasące się owce! Tym razem nie mam jednak szczęście, więc po krótkim podziwianiu pięknej hali i rozległych z niej widoków, ruszam dalej na Magurkę Radziechowską. Również tutaj omijam fragment szlaku i wjeżdżam na nią „objazdem” używanym zwłaszcza zimą przez narciarzy. Na szczycie usiłuję zebrać borówki, ale jakoś tutejsze krzaczki nie zachwycają i postanawiam szukać szczęścia niżej, na zielonym szlaku. O dziwo, do tej pory spotkałam całkiem dużo turystów pieszych, ale po odbiciu w stronę Ostrego jestem już sama. Cały szlak dla mnie! 😉 Rozglądam się jedynie, czy nie mam konkurencji do borówek w postaci misia, ale chyba tylna piasta DT wypłoszyła całą okoliczną zwierzynę ;).

Po zaopatrzeniu się w owocki na wynos, już bez zatrzymywania kontynuuję jazdę w kierunku asfaltu. Dolny fragment zielonego szlaku to nie jest to, co Aleksandry lubią najbardziej, ale na Soilu wrażenia ze zjazdu są zdecydowanie lepsze. W Lipowej, by nie jechać do Żywca w całości asfaltem, odbijam na polną drogę na grzbieciku między Leśną a Pietrzykowicami. Bardzo lubię nią jeździć, jest malownicza i obfituje o tej porze roku w jeżyny, co dodatkowo opóźnia mój powrót do domu. W Żywcu melduję się koło 19, więc zapas czasu do zachodu słońca jeszcze mam, ale plan został wykonany więc można ze spokojnym sumieniem wracać i uzupełniać płyny :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *