Skiturowy urlop w tym roku postanawiamy rozpocząć w Dolomitach. Przełom marca i kwietnia to optymalny czas na działalność w nieco wyższych górach niż nasze Tatry. Zazwyczaj ilość i jakość śniegu jest wystarczająco dobra i bezpieczna, by można było dość swobodnie planować trasy i poruszać się w interesujących rejonach.

Niestety sezon zimowy 2025/2026 nie jest na tyle obfity w opady śniegu, więc spora część atrakcyjnych wycieczek skiturowych jest trudna lub wręcz niemożliwa do zrealizowania. I nawet gdyby korzystać z podejść z nartami przypiętymi do plecaka, to wcale nie ma się pewności, jakie i czy w ogóle są warunki znacznie wyżej. Stąd też czas spędzony we włoskich Dolomitach ograniczamy praktycznie do trzech dni, by później przenieść się w inny rejon, o którym napiszemy później ;).

Obowiązujący trzeci stopień zagrożenia lawinowego, na początku naszego pobytu, też nie sprzyjał planowaniu poważniejszych celów. Na miejscu – zgodnie z komunikatami – największym problemem, o których wcześniej czytaliśmy, był tzw. stary śnieg i niezwiązane warstwy poniżej. Wynikały one między innymi z małej ilości śniegu, który nie był w stanie się bezpiecznie przeobrazić i związać pod własnym ciężarem. W kilku miejscach mieliśmy okazje doświadczyć tego zjawiska, na szczęście w bezpiecznych lokalizacjach.

Przed przyjazdem oczywiście miałem pewną bazę tras, którą moglibyśmy zrealizować przy aktualnych warunkach, a ich wyboru finalnie mieliśmy dokonać na miejscu. Co jak co, ale w górach takich jak Dolomity, nie można się nudzić :).

Wycieczka #1: Piz de Lavarella

Naszą przygodę z Dolomitami zaczynamy z małym falstartem. Pierwotnie wybrana trasa, o którą kilka dni wcześniej pytaliśmy w lokalnych źródłach, okazała się mało przystępna (praktycznie brak śniegu). Postanowiliśmy więc udać się na parking Plan dall’Ega, położony na wysokości nieco powyżej 1700 m n.p.m., pomiędzy BadiąPasso Valparola.

Liczyliśmy, że wyżej położony punkt startu będzie już dawał szansę na start od razu na nartach. Niestety, poza śniegiem na trasie narciarskiej, która prowadzi obok parkingu, nie było na co liczyć. Miny mieliśmy nietęgie, lecz chwilę po naszych rozterkach, przyjechali Włosi, którzy mówili, że mają informację, iż nieco powyżej jest już śnieg i dobre warunki skiturowe. Nie powiedzieli tylko, że to „powyżej” jest 350 metrów wyżej, i półtora kilometra dalej. Cóż, mimo to ruszyliśmy w ich ślady, i postanowiliśmy iść w kierunku drugiej zaplanowanej trasy.

Szybko trzeba było narty przypiąć do plecaka i pokonać dość stromym podejściem próg doliny. Po dotarciu powyżej 2000 m n.p.m. naszym oczom ukazała się całkiem nieźle (podkreślę – jak na obecne warunki) wyśnieżona dolina Grande Piano. W głowie mieliśmy kilka wybranych celów, które finalnie na miejscu chcieliśmy wybrać, opierając się na dostępności i jakości śniegu.

Skierowaliśmy więc swoje działania na boczną dolinę Cunturines, by starać się zdobyć ciekawie wyglądający szczególnie od zachodu – Piz de Lavarella (3055 m n.p.m.). Sukcesywnie pokonywaliśmy kolejne piętra doliny, raz stromiej, raz łagodniej ale stale pod górę. Wybrany cel długo chował się za odchodzącą od niego granią. Dopiero gdy doszliśmy kilkadziesiąt metrów poniżej niego, na niewielką przełączkę, udało się go dostrzec, a w zasadzie jego niższego sąsiada – Lavalera de Fora (3034 m n.p.m.). Sam wierzchołek odpuściliśmy, ponieważ nie był zjazdowo przekonujący.

Na górze mieliśmy okazję oglądać wspaniałą panoramę okolicy, szczególnie w kierunku zachodnim zerkaliśmy z sentymentem, ponieważ w dole wiły się drogi, które często przejeżdżamy latem na rowerze. Wysokie, podcięte, strome ściany Dolomitów z jednej strony są wyjątkowo nieprzystępne, a z drugiej całkiem przyjaźnie pozwalają wejść na swe najwyższe szczyty.

Zjazd, a w końcówce oczywiście piesze zejście, zrealizowaliśmy dokładnie drogą podejścia. Warunki śniegowe i tak nie należały do najlepszych, więc próżno było nam szukać lepszego wariantu zjazdu. Ogólnie niemal w każdym skręcie mogliśmy doświadczyć każdego rodzaju śniegu, od szreni, po zbity śnieg, przez odpuszczone zmięki po zsiadły puch – pełen obraz zastanych warunków :).

Dzień zaliczamy rzecz jasna do udanych. Oczywiście liczyliśmy na lepsze jakościowo zjazdy, szczególnie że kilka dni przed naszym przyjazdem spadło całkiem sporo śniegu, który jak się okazało już na miejscu, szybko się przeobraził w mniej przyjazne warunki i/lub odłożył się w bardzo zróżnicowany sposób, a niżej położonych obszarach, po prostu już stopniał.

Tego dnia, poza grupką Włochów, która gdzieś później się straciła, byliśmy praktycznie sami w dolinie. Co prawda rano na parkingu (w zimie bezpłatnym) pojawiło się kilka samochodów, a wraz z nimi skiturowcy, lecz po powrocie byliśmy już tylko my. A nasz cel pozostawał nietknięty co najmniej od kilku dni. 

Cóż, po dniu pełnym wrażeń, mamy jeszcze większy mętlik w głowie, niż przed wyjazdem, ponieważ na nowo musimy obrać strategię, by dostosować się do aktualnych warunków śniegowych. Wiemy już, gdzie mniej więcej szukać śniegu, i jakiego możemy się spodziewać. Przed nami był więc wieczór na „nowe rozdanie” i znalezienie odpowiednich tras, gdzie uda się maksymalnie wykorzystać to, co przygotowała nam natura.

 

Wycieczka #2: Settsass i Piz Ciampei

Nocleg mamy zarezerwowany na Camping Sass Dlacia (który bardzo polecamy jako dobrą bazę wypadową, zarówno zimą jak i latem), więc oczywistym wyborem kolejnej trasy jest rejon szczytu Setsas (2571 m n.p.m.). Wybór trasy podyktowany został między innymi możliwością rozpoczęcia jej bezpośrednio z kampingu. Inna wystawa, cień drzew i od razu da się „od dołu” iść na nartach. Bardzo nam się to spodobało, więc tym chętniej zdecydowaliśmy się na tę opcję.

Ruszamy zatem rano z naszej bazy, kierując się w głąb doliny Pudres. Początkowo dość płaskim szlakiem, docieramy do Malgi Valparola. Następnie opuszczamy wygodną trasę na rzecz śladu skiturowego naszych poprzedników. Cały czas idziemy w lesie, więc śniegu jest sporo, i – co ważne – bardzo dobrej jakości :). Osiągamy kolejne piętro doliny i wchodzimy w bardziej otwartą przestrzeń. Przy okazji pojawiają się coraz rozleglejsze widoki, łącznie z tym na nasz cel z poprzedniego dnia.

Po chwili ponownie wchodzimy w tym razem modrzewiowy las, który dość stromo wprowadza nas pod docelowy grzbiet naszego szczytu. Górna część doliny Pudres wygląda bardzo zachęcająco, więc tym bardziej ochoczo idziemy w górę. Gdy dochodzimy już na grzbiet, okazuje się, że jest on niemal całkowicie pozbawiony śniegu umożliwiającego jakąkolwiek działalność narciarską. Wejście na szczyt Setsasa odpuszczamy, za to postanawiamy podejść jeszcze na wcześniej upatrzoną przełęcz pod szczytem Piz Ciampei (2290 m n.p.m.).

W międzyczasie robimy całkiem dobry zjazd, oczywiście drogą podejścia, by po przejechaniu stromszego odcinka leśnego (w miękkim śniegu!), ponownie nakleić foki, i po krótkim odpoczynku, wejść na przełęcz. Idziemy całkiem ciekawą wąską, niewysoką doliną, o stałym nachyleniu. Niemal z każdym pokonanym metrem pojawia się coraz ciekawsza sceneria. A śnieg, nawet szreń czy beton, powoli zaczął odpuszczać od słońca, więc w głowie mamy dobry nastrój, licząc na przyjemny zjazd.

Szczyt Piz Ciampei oczywiście jest pozbawiony śniegu, więc odpuszczamy jego zdobycie. Za to tuż pod nim, z przełęczy, z której między innymi jak na dłoni widzimy Passo Valparola (2168 m n.p.m.) czy szczyt Lagazuoi Piccolo (2778 m n.p.m.), a śniegu jest pod dostatkiem, więc już wiemy, że czeka nas sporo dobrego zjazdu. I faktycznie – po krótkiej sesji zdjęciowej w towarzystwie porywistego wiatru – rozpoczynamy zjazd. Jedzie się nieźle: raz w miękkim, odpuszczonym śniegu, a gdy tylko zmieni się zbocze, w zsiadłym puchu. I tak na zmianę :).  

W końcu cieszymy się bardziej już nie tylko z otoczenia, bo bez wątpienia Dolomity zawsze wprawiają nas w wyśmienity nastrój, lecz także ze skiturów jak i zjazdu, ponieważ po to tu także przyjechaliśmy.

Na dół oczywiście dostajemy się drogą podejścia, wiedząc, że całość bezproblemowo pokonamy bez ściągania nart. Wycieczkę kończymy może z małym niedosytem zdobycia szczytów, lecz ze zdecydowanie większym szczęściem ze zjazdów.

 

Wycieczka #3: Forcella Pordoi

Pomysł na trzecią wycieczkę pojawił się trochę niespodziewanie, ponieważ w planie było trochę inne przejście, niż finalnie zrealizowane. Przeglądając dzień wcześniej jedną z relacji, zainteresowaliśmy się rejonem szczytu Piz Boe (3152 m n.p.m.). W okolicy masywu miałem kilka potencjalnych tras do przejścia, lecz finalnie warunki pogodowe (duży mróz i mocny wiatr) zdecydowały o ostatecznym wyborze wycieczki. Prognozy pogody zapowiadały bardziej przyjazne warunki, lecz jak to w górach bywa – trzeba liczyć się z ich kaprysami.

Jedziemy więc na „drugą stronę” grupy Sella, pokonując po drodze Passo Gardena i Passo Sella. Auto parkujemy u wylotu doliny Val Lasties. Porywisty wiatr niekoniecznie zachęca do opuszczenia samochodu. A gdy przyglądamy się drodze podejścia… trochę odechciewa się nam już całkiem jakiejkolwiek działalności tego dnia/w tym rejonie. No ale skoro tu już jesteśmy… 

Przebieramy się do wyjścia i pierwszy kilometr pokonujemy na nartach. Po podejściu pod stromą ścianę musimy już je przypiąć do plecaków, ponieważ śnieg na zboczu jakby się skończył, a pod samą ścianą był za bardzo zmrożony, by bezpiecznie nim podejść. Postanawiamy wejść szlakiem prowadzącym obok, który kilkunastoma zakosami wprowadza nas w górne piętro doliny, pokonując dość stromy odcinek. Wyżej już udaje się założyć narty, lecz porywisty, mocno wychładzający wiatr, bardzo daje się nam we znaki. Morale trochę siada, lecz przebłyski słońca i jego ogrzewające promienie dodają motywacji do dalszej wędrówki.

Wiedzieliśmy już, że świeży śnieg, o którym jeszcze dwa dni wcześniej czytaliśmy, został przewiany i raczej nie ma na co liczyć w kwestii dobrego zjazdu. Mimo to decydujemy się iść dalej, ponieważ coraz częstsze przejaśnienia a wraz z nim ogrzewające nas słońce, dodaje nam chęci do działania.

Gdy dochodzimy do sporych rozmiarów szczeliny kamiennej, która ciągnie się przez około dwieście metrów różnicy wysokości, postanawiamy ją obejść lewą stroną. Zapewne przy normalnych zimach, jest ona w pełni zasypana i nie sprawia jakichś przeszkód w jej pokonaniu. Nam udaje się bezpiecznie i sprawnie ją pokonać, a powyżej niej pojawił się w oddali nasz cel, czyli Forcella Pordoi (2848 m n.p.m.), a w zasadzie widoczne na niej schronisko Rifugio Forcella Pordoi.

Przed nami było jeszcze ponad trzysta metrów podejścia ciekawą, zwężającą się ku górze rynną. Warunki śniegowe były w tym miejscu dość stabilne, więc postanowiliśmy wspiąć się zakosami tą właśnie formacją. Na podejściu trafiliśmy też na trochę miękkiego, zwianego z okolicy śniegu, więc w zjeździe mogliśmy liczyć na przyjemne warunki.

Gdy dotarliśmy na przełęcz oczywiście wzmógł się wiatr, a nam próżno było szukać gdziekolwiek schronienia. Przycupnęliśmy wiec za rogiem schroniska, nieco osłonięci ścianą budynku i zbitym od wiatru śniegiem. W planach była jeszcze dalsza trasa i inna opcja zjazdu, lecz ewidentny brak warunków śniegowych jak i mało przyjazna pogoda, już na początku podejścia zdecydowała o zmianie. Tym samy kierujemy się w dół drogą podejścia.

A zjazd rynną z góry – bardzo dobry. Przyjemnie można było sobie pokręcić niemal czterysta metrów w dół. Dopiero na wysokości szczeliny musieliśmy zacząć manewrować między niezasypanymi skałami, za to niżej trafiliśmy na kilka nieruszonych pól śnieżnych :).

Gdy dotarliśmy do miejsca/wysokości, gdzie podchodząc założyliśmy narty, od razu skierowaliśmy się pod ścianę, przy której zachowały się resztki śniegu. Na szczęście południowo-zachodnia wystawa dostała już sporo słońca, dzięki czemu twarda pokrywa przyjemnie odpuściła. Po przejściu kilkunastu metrów przez kamienie, ponownie wpięliśmy narty i w zasadzie lawirując trochę pomiędzy pokrytym piaskiem czy kamyczkami śniegiem, dość stromym i wymagającym skupienia i dobrych umiejętności terenem, zjechaliśmy na sam dół, już bez odpinania nart. Nawet dół rynny, i ucieczka z niej szlakiem, była pokryta minimalną ilością śniegu, umożliwiającą „zjazd”.

Na dole nie kryliśmy radości, że pomimo porannych rozterek, finalnie udało się bardzo dobrze wykorzystać dzień, a niemal ciągły zjazd z Forcella Pordoi był zdecydowanie warty włożonego w jej zdobycie wysiłku. Góry pokazały swój pazur, ale nam udało się je trochę oswoić, dzięki czemu spędziliśmy kolejny wspaniały dzień w objęciach (dosłownie!) Dolomitów.

 

Trzy dni spędzone w Dolomitach, tak jak na wstępie wspomniałem, były pierwszą częścią naszego dłuższego wyjazdu urlopowego. Wyjątkowo nie zależało nam na dłuższym pobycie w okolicy, choć można było jeszcze spróbować co najmniej kilku wycieczek skiturowych. Tym razem chcieliśmy połączyć dwa rejony w jeden wyjazd co, jak myślimy po fakcie, udało się znakomicie. Ale o tym już w kolejnym wpisie :).

Uwaga:
Załączony przebieg tras był optymalnym wyborem w danym dniu przejścia. Jeśli zamierzasz skorzystać z tracku/gps, miej na uwadze aktualne warunki lawinowo-śniegowe (zagrożenie lawinowe, ilość/jakość śniegu, itp.) i dostosuj swoje przejście do nich.


Postaw kawę BeskidTrail!Podobał Ci się ten artykuł? Jeśli chcesz, by w przyszłości tak samo przyjemnie się je pisało, możesz postawić mi kawę :) » https://buycoffee.to/beskidtrail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *