Wiosenny urlop skiturowy po raz kolejny udało się spędzić w Alpach. Podczas pierwszej części naszego wyjazdu na kilka dni zawitaliśmy w Dolomity, gdzie udało się przejść kilka ciekawych wycieczek. Na drugą część przejechaliśmy nieco dalej na zachód Włoch, w rejon Parku Narodowy Stelvio, który zapewne większości (rowerzystom) kojarzy się z najwyżej położoną alpejską przełęczą – Passo dello Stelvio (2758 m n.p.m.), a alpinistom z kolei z co najmniej kilkoma, dumnie piętrzącymi się latem nad zielonymi dolinami, pokrytymi śniegiem szczytami Masywu Ortleru (3905 m n.p.m.).
Nas tym razem skusiła zimowa/wczesnowiosenna aura w północnej części wspomnianego obszaru, a konkretnie górne partie doliny Val Martello, wraz z jej bocznymi odnogami. Obszar ten bez wątpienia obfituje w trakcie zimowych warunków w bardzo ciekawe i o różnej trudności wycieczki skiturowe, których możliwości i wariantom nie ma końca.
Z pewnością najbardziej popularną bazą wypadową jest schronisko Rifugio Nino Corsi/Zufallhütte, skąd rozpoczyna się co najmniej kilkanaście intersujących tras skiturowych, prowadzących na najwyższe szczyty otaczające dolinę, np. Monte Cevedale (3769 m n.p.m.) czy Cima Venezia/Veneziaspitze (3386 m n.p.m.). Śmiało również można skorzystać z dobrej bazy noclegowej, położonej nieco niżej lub całkiem w dolinie. Naszym wyborem podczas tego wyjazdu został pensjonat Ferienhof – agriturismo Mairulrich, który zdecydowanie możemy polecić na wakacyjny czy zimowy urlop. Obiekt oferuje bardzo przestronne i komfortowe apartamenty, z dobrze wyposażoną kuchnią. A uczynny i serdeczny właściciel chętnie służy pomocą w razie jakichś problemów.
Warunki śniegowe na opisywanym terenie zacząłem śledzić już co najmniej od połowy stycznia, głównie przez fakt, że z jednej, rozległej doliny, można niemal swobodnie wybierać cele wycieczek skiturowych, zależnie od własnych preferencji. W międzyczasie szukałem opisów i relacji z proponowanych tras, które tylko utwierdzały mnie w wyborze miejsca. Pozostało zatem tylko czekać na odpowiednią pogodę połączoną z dostępnym urlopem, który to czas nastąpił na przełomie marca i kwietnia.
Po przyjeździe bezpośrednio z Dolomitów, oczekiwaliśmy lepszych warunków, jakie zastaniemy, by komfortowo cieszyć się skiturami. Rzeczywistość jednak nie była tak idealna, ponieważ i tu nie mogliśmy liczyć na typowo śnieżną zimę, lecz na szczęście śmiało była możliwość myślenia o praktycznie każdej trasie, jaką byśmy chcieli zrealizować. A do widoku na wpół zielonej i wpół zimowej doliny po prostu szybko się przyzwyczailiśmy, podobnie jak z lawirowaniem czasem pomiędzy wytopionymi obszarami bez śniegu. Tym razem udało się też za bardzo nie uszkodzić nart, więc chyba nie ma co narzekać ;).
Dzięki dobrej lokalizacji wszystkie nasze wycieczki rozpoczynały się na parkingu (latem płatny, zimą parkometry są zasypane/nieczynne) obok hotelu Albergo Alpino Schönblick (ok. 2060 m n.p.m.). Zazwyczaj byliśmy jednymi z pierwszych ekip skiturowych, które każdego dnia przyjeżdżały tu na narty czy piesze wycieczki (nie licząc aut pozostawionych przez gości okolicznych schronisk). Przy dobrej pogodzie warto przyjechać tu nieco wcześniej (lub spać w kamperze 😉 ), ponieważ zaraz po nas zaczęły się zjeżdżać kolejne samochody. Natomiast kolejne dni pokazały nam, jak popularny jest to rejon, ponieważ inwencja twórcza przyjezdnych Włochów czy Niemców w parkowaniu nie miała granic ;). Warto zatem być wcześniej – przed 8 rano, by mieć względną pewność w zimie (a latem to już chyba skoro świt), że trafi się na przestrzeń do zaparkowania. Można też w razie konieczności posiłkować się komunikacją lokalną, wtedy trzeba sprawdzić rozkład jazdy autobusu nr 262, który z dołu doliny, pokonując ponad tysiąc metrów różnicy wzniesień, kursuje tu kilka razy dziennie.
Wycieczka #1: Cima Pozzo / Butzenspitze
Za pierwszy cel naszego pobytu w dolinie Val Martello wybraliśmy Cima Pozzo / Butzenspitze (3300 m n.p.m.). Jak się w międzyczasie okazało, nie był to szczyt który cieszył się jakimś sporym zainteresowaniem, co nas bardzo dziwiło, zważywszy na jego sporą atrakcyjność, zarówno na podejściu jak i w zjeździe.
Dzięki dość wczesnemu przyjazdowi na parking, udało się znaleźć wolne miejsce i sprawnie rozpocząć skiturową wycieczkę. Po kilkunastu minutach dochodzimy wygodną ścieżką do schroniska Rifugio Nino Corsi/Zufallhütte, w którym zatrzymywało się większość osób, wychodzących tego dnia na szlak, zapewne na drugie śniadanie czy dobrą kawę ;). My jednak zawsze obchodziliśmy się smakiem, chcąc spędzić więcej czasu pośród gór, bez gwaru donośnych rozmów lokalesów ;).
Za schroniskiem jest kilka krótkich stromszych podejść, które wyprowadzają na szeroką i dość płaską górną część doliny. Z tego rejonu można jeszcze zdecydować o celu wycieczki, ponieważ wciąż pozostaje co najmniej kilkanaście możliwości. My nie zmieniamy zdania i pomimo, że w drugiej części trasy jesteśmy praktycznie sami w dolinie, to dzięki temu mamy przyjemność zakładać własny ślad, którym będziemy zdobywać szczyt.
Wraz z nabieraniem wysokości, oczywiście poszerza się perspektywa tego, co widzimy dookoła siebie. A gdy już osiągamy pułap blisko 3000 m n.p.m., wchodzimy w obszar, gdzie jak wzrokiem sięgnąć, towarzyszą nam całkiem wybitne i wszem wobec znane szczyty (np. Monte Cevedale (3769 m n.p.m.), piramida Gran Zebrú/Königspitze (3851 m n.p.m.) i oczywiście dominujący nad okolicą Ortler (3905 m n.p.m.) ). Masyw tych szczytów robi imponujące wrażenie, a ich zjawiskowy charakter bez wątpienia jest nietuzinkowy.
Nie mogąc oderwać wzroku od otaczających wierzchołków, udaje się osiągnąć grań biegnąca w kierunku Cima Pozzo / Butzenspitze. Sama kopuła szczytowa nie jest najlepiej wyśnieżona, niemniej widać stare ślady zjazdowe, które nieco utwardziły pokrywę śnieżną, dzięki czemu udaje się wejść „na foce” (choć wymaga to już większej ekwilibrystyki 😉 ). A szczyt – zgodnie z wcześniej oglądanymi zdjęciami, jest dosłownie niemal płaski, nie dający znać o swoich podciętych zboczach i stromych żlebach.
Na wierzchołku robimy zasłużoną przerwę i cieszymy się z imponujących widoków. Jesteśmy zupełnie sami, a najbliżsi nam skiturowcy poruszają się na sąsiednim szczycie Cima Madriccio / Madritschspitze (3265 m n.p.m.) czy na oddalonych lodowcach schodzących z Monte Cevedale. Co ciekawe, pomimo sporej ilości osób, które mniej więcej razem z nami zaczynało wycieczki skiturowe (lub przyjechali nieco wcześniej), nie było widać znacznego ruchu na okolicznych szczytach czy w dolinach. Potencjał rejonu jest potężny, więc zawsze można trafić na mniej oblegany obszar (przypomnę – dziś zupełnie sami zdobyliśmy szczyt, a wcześniej spotkane ślady były co najmniej kilkudniowe).
W głowie mam kilka pomysłów na wariant zjazdu, lecz finalnie wygrywa trasa mniej więcej drogą podejścia, ponieważ nie jesteśmy pewnie jednego przewężenia, którym kończy się zachęcająco z góry wyglądający żleb. Być może przy lepszym wyśnieżeniu, nie mielibyśmy obaw, lecz niewielka pokrywa śniegu mogła nas w tym miejscu zatrzymać.
Zsuwamy się więc ostrożnie z kopuły szczytowej, ponieważ musimy ominąć wystające kamienie i te ledwo co przykryte śniegiem. O dziwo, z dołu wyglądało to znacznie gorzej, niż faktyczny „zjazd”. Od przełęczy możemy cieszyć się już swobodną jazdą, tylko chwilowe zachmurzenia powodują brak kontrastu i wahania błędnika. Stąd też górną część pokonujemy raczej ostrożniej i spokojniej. Za to kilkaset metrów niżej mamy już dostatecznie dobrą widoczność, by móc „puścić się” i wykręcić własne linie w dolinie (tak! żadnych śladów wcześniej tam nie było 🙂 ). Dopiero ekipy wracające z lodowca spod Monte Cevedale pozostawiały liczne ślady, lecz to już znacznie niżej.
Zjazd bardziej płaską częścią doliny jest również bezproblemowy, więc sprawnie dostajemy się w okolice schroniska Rifugio Nino Corsi/Zufallhütte, po czym kontynuujmy jazdę aż do parkingu. Na dole już znacznie cieplej i niemal bezwietrznie, więc zostajemy chwilę na miejscu i dzielimy się „na gorąco” wrażeniami z pokonanej trasy. A jest o czym opowiadać :). Cisza, spokój, dobry śnieg i przyjemne zjazdy – czegóż chcieć więcej?! Tak, bardzo dobrze spędzony dzień :).
Wycieczka #2: Cima Marmotta / KöllkuppeCelem drugiego dnia została wycieczka prowadząca na polecany przez wiele osób szczyt Cima Marmotta / Köllkuppe (3346 m n.p.m.). Standardowo meldujemy się na parkingu, gdzie już widać także wzmożony ruch świąteczny (coraz trudniej o wolne miejsce). Szybko dochodzimy do schroniska Rifugio Nino Corsi/Zufallhütte, i podobnie jak dzień wcześniej – zostawiamy je z boku, przy okazji żegnając liczne grupy skiturowców, którzy mają inny cel niż my. Dalsze przejście znane z poprzedniego dnia także upływa w dobrym tempie i atmosferze. Ogólnie nie lubię, szczególnie dzień po dniu, powtarzać jakichś szlaków, lecz teraz ten 3 kilometrowy wspólny odcinek przebiega zupełnie przyjaźnie :).
Po godzinie odbijamy nieco w lewo, pokonując pierwszy stromszy stopień doliny. Gdy na niego wychodzimy, część osób idących przed nami skręcą do pobliskiego schroniska Rifugio Martello/Marteller Hütte, gdzie zapewne będzie miało bazę wypadową przez kolejne dni. My idziemy dalej w górę, chcąc zrobić przerwę na drugie śniadanie pokonawszy drugi próg doliny, który wznosi nas już na wysokość blisko 2800 m n.p.m. Jest niemal bezwietrzny dzień, idealnie słoneczna, acz nie za ciepła pogoda, więc przycupnęliśmy przy jednym z kamieni, by móc nieco odpocząć i ponapawać się widokami.
Ruch skiturowy jest niewielki – raptem naszą trasą podążą maksymalnie kilka osób, plus te, które wyruszyły nieco wcześniej/później, czyli łącznie maksymalnie około 30-40 skiturowców. Biorąc pod uwagę wysoką atrakcyjność szczytu i okres świąteczny – naprawdę mamy góry niemal tylko dla siebie.
Po odpoczynku czeka na nas kilkanaście zakosów wprowadzających na morenę lodowca, na który musimy zjechać kilka metrów. Przed nami całkiem spory, sukcesywnie wznoszący się lodowiec Vedretta Alta/Hoherferner, którym dochodzimy niemal bezpośrednio pod szczyt Cima Marmotta / Köllkuppe. Obszar, którym się poruszamy, jest uważany względnie za bezpieczny pod względem zagrożeń wynikających z podłoża, więc decydujemy się na przejście.
Pod niewielkim siodełkiem podszczytowym zostawiamy narty (także wzorem innych skiturowców), ponieważ krótki fragment podejścia ma niewielką pokrywę śnieżną, i dalsze kilkadziesiąt metrów pokonujemy już pieszo nietrudnym terenem. Po kilku minutach jesteśmy już na szczycie, a wokół nas fantastyczne widoki! Część szczytów znamy już z poprzedniego dnia, ale i pojawiające się na horyzoncie szczyty Dolomitów Brenta czy innych mniej lub bardziej znanych wierzchołków robią na nas spore wrażenie.
Jest idealna pogoda – cicho i bezwietrznie, a na szczycie jesteśmy w zasadzie sami. Doprawdy lepszych warunków nie mogliśmy sobie wymarzyć :). Zdjęcia, trochę rozmów i schodzimy po depozyt. Przepinamy się do zjazdu i decydujemy się nieco okrężną trasą wrócić.
Zjeżdżamy centralnie lodowcem w dół sąsiedniej doliny, względem której wchodziliśmy. Jest kilka śladów naszych poprzedników, więc orientacyjnie jedzie się znacznie lepiej. Warunki śniegowe na lodowcu na górze są całkiem przyzwoite. Dopiero niżej trafiamy na zbity, twardszy śnieg. Mimo to cieszymy się z dobrego zjazdu, pokonując kolejne mniej lub bardziej strome fragmenty doliny.
W trakcie zjazdu czeka nas jeszcze krótkie podejście w kierunku Rifugio Martello/Marteller Hütte, ponieważ nie dało się odpowiednio wysoko przetrawersować zboczy w jego pobliżu. Po minięciu schroniska docieramy ponownie do naszych śladów podejściowych i niemal wzdłuż nich zjeżdżamy aż na parking, na którym rozpoczynaliśmy wycieczkę.
Oj, jakże wspaniały był to dzień! Spodziewaliśmy się niemal tłumów na trasie, a w większości byliśmy tylko sami. Obawialiśmy się warunków pogodowo-śniegowych, a te bardzo pozytywnie nas zaskoczyły :). Zdecydowanie polecamy tę turę i życzymy co najmniej podobnych warunków, jakie my zastaliśmy na Świstaczej Górze!
Wycieczka #3: Punta delle Laste / PlattenspitzeNa kolejną wycieczkę w dolinie Val Martello wybieramy charakterystyczny szczyt, którego wierzchołek widziany z daleka jest… płaski. Mowa o Punta delle Laste / Plattenspitze (3422 m n.p.m.), który zamyka swoją wyniosłością ciekawą dolinę Val Peder / Pedertal. I właśnie tą doliną prowadzi na niego najdogodniejsze wejście, z którego i my będziemy tego dnia korzystać.
Prognozy pogody na ten dzień zapowiadały więcej chmur niż słońca oraz dodatnią temperaturę niemal pod sam szczyt. Ranek faktycznie przywitał nas zachmurzonym niebem, a na parkingu także porywami wiatru. Decydujemy się jednak na wycieczkę, ponieważ spomiędzy chmur co jakiś czas prześwituje słońce, a padający raz po raz śnieg nie wzbudza w nas niepokoju.
Początek szlaku to krótki pieszy odcinek z nartami w ręku, by po pięciuset metrach móc je założyć na nogi. Przez blisko kilometr lawirujemy po starych śladach podejściowo-zjazdowych, starając się wyłapać resztki śniegu w dolnej części doliny Val Peder / Pedertal. Po godzinie niełatwej walki w terenie, wychodzimy w końcu z lasu i wąskim przesmykiem śnieżnym zdobywamy kolejne metry. Wiatr nieco się wzmaga, jednocześnie gdzieś w oddali odsłaniając błękit nieba. Myślę sobie, że skoro teraz się kłębią chmury, to za kilka godzin jak będziemy na szczycie, powinno się już bardziej przejaśniać. I w towarzystwie tych myśli dochodzimy do około 2700 m n.pm., gdzie robimy krótką przerwę. Dzielę się przemyśleniami z Olą, która wcześniej wypatrzyła niewielką grupę podążającą prawdopodobnie w tym samym kierunku co my.
Nasze ślady podejściowe są nieco rozbieżne z wyżej widzianą grupą, ale po przejściu kolejnych trzystu metrów w górę, doganiamy ich i poruszając się ich śladem, sukcesywnie zdobywamy kolejne metry. Pogoda nieco się stabilizuje, tj. chmury zawisły na wysokości ok. 3200 m n.p.m., śnieg przestał sypać, a wiatr tylko chwilami chciał wytrącić z równowagi. Szczyt za delikatną mgiełką jest stale widoczny, więc nawet jeśli mielibyśmy początek zjazdu pokonać przy średniej widoczności, to jesteśmy to w stanie zaakceptować (wciąż licząc na późniejsze sprzyjające nam przejaśnienia).
Aura w szczytowej partii wierzchołka jest na tyle niesprzyjająca, że gdyby nie wyżej idąca grupka, trudno byłoby mi znaleźć rozsądny argument dla Oli, przekonujący ją do wejścia na samą górę. Ale dzięki naszym towarzyszom, udaje się zdobyć szczyt i na górze ucinamy sobie krótką pogawędkę o „pięknych” widokach i „doskonałych” warunkach śniegowych. A te – jak widać na załączonych niżej zdjęciach, są… niezbyt dobre. W trakcie pobytu na wierzchołku także trochę sypie i wciąż wieje wiatr. Nie zostajemy więc tu dłużej, tylko robimy zdjęcia, coś konsumujemy i rozpoczynamy zjazd.
Początek to oczywiście przedzieranie się po resztkach śniegu pomiędzy kamieniami. Na szczęście już kilkadziesiąt metrów niżej jest bardziej komfortowo, lecz pojawia się problem szreni. Nie pomaga w zjeździe. Liczyliśmy tego dnia, że południowe stoki, którymi będziemy zjeżdżać, odpuszczą od słońca. Słońca jednak brakło, więc pozostało jakoś pokonać kilkaset metrów w dół. Niżej było już czuć cieplejsze masy powietrza, więc i śnieg nabrał lepszej konsystencji. Zaczyna się przyjemna jazda i nieco obok drogi podejścia, znajdujemy bardzo dobre pola śnieżne, którymi pokonujemy kolejne kilkaset metrów. Im niżej, tym śnieg staje się bardziej miękki, wręcz przepadający.
Do końca sami nie wiemy, jaki jego rodzaj spotkamy pod nartami za kilka metrów, więc decydujemy się ponownie na spokojniejszą i bardziej ostrożną jazdę. Teraz chcemy już tylko bezpiecznie dostać się na dół. A mokry śnieg często utrudnia nam to zadanie, co chwila hamując i chcąc wytrącić z równowagi. Gdy docieramy do lasu, ponownie walczymy z resztkami śniegu, który po ociepleniu jest niesamowicie przepadający. Gdyby nie ślad podejścia zapisywany w zegarku, myślę, że pokonanie tego odcinka mogło by nam zająć naprawdę dużo czasu. A dzięki temu względnie sprawnie udało się zjechać i ten problematyczny odcinek. Końcówka to oczywiście noszenie nart, ale tylko krótki odcinek.
Na parkingu czujemy ulgę, że udało się bezpiecznie pokonać trudniejsze odcinki. I sami sobie niedowierzamy, że udało się zdobyć planowany wierzchołek, ponieważ każde z nas miało w głowie opcję wcześniejszego przerwania wycieczki, głównie ze względu na warunki pogodowe. A tu proszę – z dołu słabo zapowiadający się dzień, okazał się nienajgorszą wycieczką skiturową, dzięki której udało się zdobyć kolejny (a zarazem najwyższy na tym wyjeździe) szczyt w otoczeniu doliny Val Martello.
Żałujemy trochę widoków, których nie było nam dane oglądać w pełnej okazałości, ponieważ zarówno droga podejściowa jak i sam szczyt obfituje w nie. Podobnież ostatnie kilkaset metrów podejścia stromszym zboczem robi duże wrażenie, a spotęgowane otwartą przestrzenią i rozległymi panoramami, z pewnością dodają charakteru tej trasie. Cóż, czasem bywa i tak, lecz nie ma co bardzo narzekać, ponieważ mimo zastanych niedogodności mieliśmy okazję poznać kolejną część tego rejonu. Wycieczkę oczywiście polecamy, szczególnie że jest stosunkowo prosta orientacyjnie i dość logiczna zarówno w podejściu jak i zjeździe.
Wycieczka #4: Cima Madriccio / Madritschspitze + Punta Order di Centro / Hinterer PederspitzOstatni dzień w dolinie Val Martello postanawiamy maksymalnie wykorzystać, biorąc pod uwagę wnioski z wcześniejszych dni oraz prognozowaną pogodę. Słońce i wyższe temperatury utwierdziły nas w przekonaniu, by skupić się na bardziej uczęszczanych trasach, gdzie śnieg będzie już bardziej zbity i rozjeżdżony. Postanawiamy więc zdobyć bardziej popularne cele: Cima Madriccio/Madritschspitze (3265 m n.p.m.) oraz Punta Order di Centro/Hinterer Pederspitz (3295m n.p.m.).
Pierwotnie w planach było wyjście tylko na przełęcz Passo del Madriccio (3123 m n.p.m.) i ewentualnie coś więcej, zależnie od zastanych warunków. A wynikało to z tego, że mieliśmy uzasadnione obawy, że wyższa temperatura oraz pełne słońce zbyt mocno odpuści śniegi, tworząc mało przyjemne warunki.
Jak się okazało, prognozy oczywiście się sprawdziły, lecz jednocześnie niemal od samego rana zaczął wiać chłodny wiatr, który nie pozwalał zbytnio słońcu zmiękczać śniegu. Dzięki temu już początku naszej wycieczki, w głowie powstał mi plan, na pewne modyfikacje wcześniej zaplanowanej trasy :).
Ruszyliśmy oczywiście z wcześniej opisywanego parkingu, by po kilkunastu minutach podejścia, jeszcze przed schroniskiem Rifugio Nino Corsi/Zufallhütte obić w prawo, w dolinę Val Madriccio/Madritschtal. Zaraz po pokonaniu krótkiego stromszego odcinka, wyszliśmy na szerokie pola śnieżne, które po kilkuset metrach zwężały się w piękną dolinę, na końcu której górował dumnie szczyt Cima Madriccio/Madritschspitze. Ruszyliśmy dalej i spokojnie pokonując kolejne metry, doszliśmy do alternatywnej, mniej znanej, a jednocześnie bardziej wymagającej trasy podejścia na wcześniej wspomniany szczyt. Zachęceni śladami naszych poprzedników i stabilnymi warunkami śniegowymi, postanawiamy zmienić pierwotne plany i pokonując wieloma zakosami północno-wschodnie stoki Cima Madriccio/Madritschspitze, w niespełna trzy godziny (licząc od parkingu), zdobywamy szczyt.
Droga podejściowa okazała się całkiem przyjazna, choć w kilku miejscach wymagała sporej uwagi i umiejętności poruszania się w stromym terenie. Natomiast po dotarciu do niewielkiej przełączki w bocznym grzbiecie, weszliśmy na szersze pola śnieżne, które zgodnie z naszymi oczekiwaniami, były już mocno rozjeżdżone, ale wciąż równe i przyjemne w czekającym nas zjeździe.
Na szczycie oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić małej sesji zdjęciowej oraz przerwy na drugie śniadanie. Nasze spojrzenia oczywiście zwrócone były na wierzchołki zdobyte w poprzednich dniach, ponieważ każdy z nich był idealnie widoczny. Dodatkowo piętrząca się nieco dalej imponująca piramida Gran Zebrú/Königspitze czy masywu Ortleru budził nasz słuszny podziw.
Zjazd do przełączki był wyśmienity. A poniżej niej, gdzie mieliśmy jeszcze sporo świeżego, i miejscami nieruszonego śniegu był jeszcze lepszy! W końcu trafiliśmy na doskonałe warunki, o których można tylko marzyć. Dobre nachylenie, stromsze odcinki i piękna sceneria bez wątpienia były mocnymi atutami tej części naszej skitury.
Po zjechaniu z powrotem w dolinę postanawiamy iść w jej górne partie, jednocześnie poszukując kolejnego celu, który będziemy starali się zdobyć. Pierwotnie miała to być przełęcz Passo del Madriccio, lecz pomimo dobrych warunków śniegowych, nie zrobiła na nas jakiegoś większego wrażenia. Stąd też jednogłośnie postanawiamy iść cały czas prosto w górę doliny, by wejść na niewielkie siodełko tuż pod szczytem Punta Order di Centro/Hinterer Pederspitz. Z daleka cel wyglądał niepozornie, lecz zgodnie z przypuszczeniami, im bardziej niego się zbliżaliśmy, tym stawał się bardziej wymagający. Na szczęście zastane warunki śniegowe były wystarczająca stabilne, byśmy mogli zdecydować się wejść na podszczytową przełęcz.
O ile siodełko już w górnej części było całkiem strome, o tyle po drugiej stroni grani był dopiero konkretny „luft”. Na szczęście na miejscu było trochę przestrzeni do bezpiecznego odpoczynku i przepięcia się do zjazdu.
A zjazd – no cóż – kolejny bardzo dobrze trafiony cel. Świetny, nośny, szybki i bezpieczny śnieg. Poza jednym fragmentem, gdzie przez kilka metrów musieliśmy przejść przez wystające kamienie, by przebić się na sąsiednie pole śnieżne, zjazd był doprawdy wyborny!
I tak w zasadzie już na sam dół doliny, w bardzo dobrych warunkach śniegowych dotarliśmy do jej zakończenia, zwieńczonego szeroką połacią śnieżną. Na końcu tylko pozostało nam pokonanie krótkiego wytopionego fragmentu alpejskiej łąki, by ponownie zapiąć narty i lawirując po częściowo przepadającym śniegu, bezpiecznie dotrzeć drogą podejściową na parking.
Bez wątpienia pod względem zjazdowym, ale krajobrazowym, była to najlepsza i najpiękniejsza wycieczka, jaką zrobiliśmy podczas pobytu w dolinie Val Martello! Idealne zakończenie kilkudniowego pobytu, dzięki któremu dość dobrze udało nam się poznać potencjał okolicy, który doprawdy jest niemały.
Na parkingu pozostało nam się przepakować do czekającej nas drogi powrotnej, ale oczywiście wcześniej jeszcze dzieliliśmy się wrażeniami z trwającego wciąż dnia i wspaniałej wycieczki skiturowej, która stała się naszym udziałem.
Uwaga:
Załączony przebieg tras był optymalnym wyborem w danym dniu przejścia. Jeśli zamierzasz skorzystać z tracku/gps, miej na uwadze aktualne warunki lawinowo-śniegowe (zagrożenie lawinowe, ilość/jakość śniegu, itp.) i dostosuj swoje przejście do nich.
Podobał Ci się ten artykuł? Jeśli chcesz, by w przyszłości tak samo przyjemnie się je pisało, możesz postawić mi kawę :)
» https://buycoffee.to/beskidtrail


