Bardzo współczuję wszystkim, którzy nie mogli dziś wybrać się w góry. Warunki do jazdy – idealne! I pewnie długo przyjdzie nam poczekać na podobne temperatury. Nie mogłam zatem spędzić tego dnia inaczej, niż na solidnym MTB.

Ponieważ noc spędzałam pod Boraczą, nie kombinowałam zanadto z trasą i postanowiłam ponownie odwiedzić pasmo Lipowskiej i Rysianki. Ułatwiłam sobie zadanie, do schroniska podjeżdżając asfaltem – Szymon pewnie nie skalałby się tym rozwiązaniem ;). Mimo porannych godzin, w okolicach schroniska kłębił się już tłum ludzi. Nic dziwnego – cudowne, bezchmurne niebo i temperatura pozwalająca jechać „na krótko” chyba pół Śląska wygoniło w góry. Tym razem nie zatrzymywałam się i pojechałam dalej w stronę Redykalnego Wierchu – początkowo zielonym, a później czarnym szlakiem (choć w odniesieniu do tego ostatniego słowo pojechałam jest pewnym nadużyciem ;)).

Za Redykalnym stosunek pchania do jazdy zmienił się na korzyść tego drugiego, toteż na Rysiankę dojechałam bez postojów. Tam również pracownicy mieli już co robić :). Choć drożdżówki z jagodami kusiły, pozostałam przy własnym prowiancie. Niestety moja ofiarność nie pomogła i Szymon, który również dotarł tu jakiś czas później, nie załapał się już na ten przysmak.

Między Rysianką a Tanecznikiem czekało mnie kilka małych wypychów, ale ten największy miał dopiero nastąpić. Wisienką na torcie dzisiejszego tripa miała być bowiem wizyta na Pilsku, a zdobycie go wiąże się z pchaniem/noszeniem – co kto woli, niezależnie od wybranego szlaku. Żeby uniknąć błota przed Halą Miziową, wybrałam podejście niebieskim szlakiem (który w odwrotnym kierunku może dać sporo satysfakcji z jazdy). Cóż, jakby to powiedział Szymon, przynajmniej szybko zdobyłam wysokość, choć wymagało to nieco wysiłku. Gdy dotarłam do czarnego szlaku stromizna nieco zelżała, ale nadal o jeździe nie było mowy. W zasadzie aż do polskiego wierzchołka dotarłam spacerem.

Odcinek do słowackiego szczytu Pilska dał nieco pokręcić i sam peak udało się zdobyć w siodle ;). Z widokiem na Tatry, osłonięta od wiatru kosówką, mogłam napawać się satysfakcją ;). Sam zjazd na Miziową poszedł… no jakoś poszedł ;). W każdym razie, zadowolona z siebie zdekoncentrowałam się i ostatni (mam nadzieję 😉 ) szlif tego sezonu zdobyłam chwilę później prawie na płaskim, na zielonym szlaku przed Halą Górową.

Na szczęście tym razem obyło się bez pomocy GOPRu, więc pojechałam dalej w stronę Przełęczy Przysłopy. Na tym odcinku ciężko było koncentrować się na drodze, bo jesienne krajobrazy skutecznie absorbowały uwagę. Co prawda buki już zrzuciły liście, które jeszcze tydzień temu złotoczerwonymi plamami odznaczały się na tle świerków, ale pożółkłe trawy w połączeniu z błękitnym niebem i szarymi pniami tworzyły doprawdy urokliwe połączenie. Nieustannie towarzyszył mi też widok majestatycznej Babiej Góry, a miejscami również Tatr.

Sielankę przerwał zjazd zejście na rzeczoną Przełęcz Przysłopy – jar z kamieniami przysypanymi liśćmi zdecydowanie nie jest moim ulubionym rodzajem zjazdu. Liczyłam, że żółty szlak do Krzyżowej wynagrodzi mi tych kilka chwil spaceru, ale niestety nie mogę go polecić. Zaczyna się obiecująco, a potem już tylko beskidzka rąbanka a na koniec ześlizg wzdłuż potoku.

Żeby osłodzić sobie to rozczarowanie zajrzałam jeszcze na najlepszej żywieckiej lodziarni, która w ten weekend również kończyła sezon. Polecam zajrzeć na wiosnę ;).

Garść statystyk:
Długość: 47 km
Przewyższenie: 1350 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *