Odkąd rower szosowy zagościł w moim niedługim życiu, zacząłem odkrywać nowe możliwości wycieczek, w bliższej i dalszej okolicy. Oczywiście mieszkając w górach, albo będąc bardziej precyzyjnym, otoczony górami, stwarza mi to nieco większe możliwości związane z ciekawymi trasami. Niemniej zawsze fajnie jest wyskoczyć nieco poza swoją piaskownicę i zmierzyć się z trasami, które w szerokiej grupie zapalonych szosowców, uważane są za klasyki. Mam tu oczywiście na myśli klasyki podjazdowe, ponieważ wyjątkowo i ja także je sobie upodobałem (zapewne ma to związek z faktem, że w górach, na rowerze mtb, cenię sobie na równo możliwość podjechania trudnej trasy jak i zjazdu nią).

Korzystając z zaproszenia Marcina na przejazd szosowy na Podhalu (i okolicy), nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji – wiadomo – w grupie zawsze raźniej i przyjemniej :). Co prawda mentalnie nie do końca byłem przekonany co do możliwości przejechania przeze mnie trasy (dzień wcześniej trochę za bardzo dołożyłem sobie na mtb, a dwa, że temperatura miała oscylować na granicy mojego komfortu szosowego 😉 ).

Do końca nie przeanalizowałem trasy zaplanowanej przez Marcina. Wiedziałem skąd start, mniej więcej że zdobywamy coś w okolicach Zębu, potem Przełęcz Łapszanka i na deser (w środku trasu) Przełęcz Knurowską. Oczywiście wymienione rejony znam dość dobrze, więc liczyłem na sensowne podjazdy, zdając sobie sprawę, że dwa i pół tysiąca wzniesień nie bierze się z jazdy po płaskim. Natomiast pomiędzy tymi miejscami trafiło się kilka innych ciekawych perełek, np. sławny wszem i wobec podjazd z Gliczarowa z 24% ścianką. Nooo, i to było wyzwanie – o dziwo przejechane w nie najgorszym stylu ;).

Całość przebiegu trasy nie ma co opisywać, bo wiadomo – można zobaczyć ją na mapie. Pogoda tego dnia dopisała (no, może brakło kilku stopni Celcjsusza 😉 ). Widoki jakie towarzyszyły nam przez większość przejazdu – zdecydowanie uprzyjemniały trudy jej pokonania. Męska, pięcioosobowa grupa fajnie się zgrała. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie – mocny podjazd, szybki zjazd, proste odcinki – słowem – wszystko :).

Tras na Podhalu chyba nikomu nie trzeba rekomendować – można doprawdy solidnie się ujeździć – tylko kwestia wyboru gdzie i jak. Dodatkowo krajobraz urozmaicony wznoszącymi się niczym mur Tatrami, dodaje klimatu niemal każdej „przejażdżce rowerowej”. A jeśli trafimy jeszcze tu w okresie wiosenno-letnio-jesiennym, będziemy dodatkowo urzeczeni malowniczym krajobrazem i wspaniałą malowniczością gór.

Garść statystyk:
Długość: 163 km
Przewyższenie: 2500 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *