„Co się odwlecze to nie uciecze” – zgodnie z tym powiedzeniem zrealizowałem dziś całkiem sympatyczną wycieczkę rowerową. Miała mieć miejsce wczoraj, ale w Sopotni Wielkiej, gdzie chciałem rozpocząć trasę, okazało się, że nie zabrałem z domu ciuchów na rower. A w dżinsach i koszuli raczej średnio się kręci, przynajmniej w górach ;).

Stąd też wczorajszą wycieczkę, przejechałem dziś :). Zacząłem w Sopotni Wielkiej, kawałek za rozpoczęciem niebieskiego szlaku na Rysiankę. Szlakiem tym jednak nie wjeżdżałem, gdyż należy on to tych „jednostronnych w dół” (no chyba że ktoś lubi nieść 3/4 szlaku rower 😉 ). Stokówką więc przyjemnie rozgrzałem się i podjechałem pod Romankę, skąd dość ostro w górę leśną drogą dostałem się na Halę Pawlusią. Wariant ten ma dla mnie ten plus, że w 98% jest wjeżdżalny.

Z Hali Pawlusiej już prosto na Rysiankę i dalej na Lipowską. Stąd zielonym szlakiem zjechałem na Halę Boraczą. Ów szlak jest esencją MTB w Beskidach – po równo dostarcza szybkich singli, technicznych przejazdów po kamieniach i korzeniach oraz wyjątkowych widoków na góry – wg mnie konieczny do odwiedzenia przez każdego minimum średnio doświadczonego rowerzystę.

Z Hali Boraczej wróciłem się na Lipowską, ale zdecydowanie przyjemniejszym do wjazdu wariantem, czyli przez Halę Redykalną, Bacmańską i Bieguńską. Przejazd tzw. pasmem halnym zawsze dostarcza sporej dawki endorfin. Rozległe panoramy, głównie na słowackie pasma gór, tworzą cudowny klimat, jakby zewsząd otaczały nas góry. A dziś dodatkowo wieczorne słońce oraz niesamowita przejrzystość czyniła te góry bliskimi jakby na wyciągnięcie ręki – niesamowite! Doprawdy – rzadko trafia się tak doskonała widoczność.

Na Lipowskiej robię szybkie foto lokalnego misia i udaję się na zjazd kolejnym interesującym szlakiem w okolicy – niebieskim do Złatnej. Długość tego szlaku jest wprost proporcjonalna do jego różnorodności. Wije się on długim trawersem, gdzie jedynie początek i koniec mocno opada. Niestety drwale na coraz większym odcinku go niszczą, poszerzając singiel na dwukołowy szlak. Oczywiście wciąż spora część wiedzie wąską ścieżką, kamiennymi trawersami z licznymi jarami do przejechania. Dodatkowo częściowo zarastające odcinki sugerują zachowanie większej czujności na zjeździe, by przypadkiem gałąź nie „porwała” kierownicy.

Złatna wita mnie chłodem w dolinie – wszak już prawie 19:00. Chciałem kupić coś do picia, ale 2 lokalne sklepy tylko do 18 czynne. Cóż, dobrze że po drodze w górę jest kilka potoków. A właśnie – w górę – trzeba mi wrócić do Sopotni. A najdogodniejsze przebicie wiedzie przez Rysiankę. Podjeżdżam więc czarnym szlakiem ponownie do schroniska. Jakoś dobrze mi się wjeżdżało, więc o pragnieniu zapomniałem. Dopiero w schronisku uzupełniłem płyny.

Godzina nie najpóźniejsza, 19.50, więc zamiast zjazdu przez Halę Pawlsuią, wybieram wariant na Trzy Kopce i dalej przez Polanę Stefanka dojeżdżam do stokówki i nią wracam do Sopotni. W dolinie już znacznie chłodniej, ledwo 8 stopni! Niby lato, ale takie zimnem doprawione. Cóż, trzeba się na to godzić, gdy chce się na szybko po pracy w góry pojechać. Ważne by rezerwowo czołówkę mieć ze sobą, bo to nigdy nie wiadomo, co kogo w górach spotka.

PS.
Wieczorne rowerowanie ma niepowtarzalną zaletę – puste szlaki i wyjątkowy nastrój stwarzany przez mające się ku zachodowi słońce – piękno nie do opisania!

Garść statystyk:
Długość: 44 km
Przewyższenie: 1760 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *