Połowa listopada… + 15 stopni w dolinach… brak śniegu w górach… to nie może być sen! A jak nie sen, to trzeba znów wyciągnąć rower, choć już przygotowany po trochu do snu zimowego ;).

Pomysł na weekendowy trip w Beskidzie Żywieckim powstał dość spontanicznie, gdyż w czwartek wieczorem zebrał się mocny kolektyw, w ilości trzech osób, który zapragnął spędzić 2 dni w górach, z noclegiem w jednym ze schronisk. Wstępnie wrzuciłem pomysł, by powtórzyć przejazd sprzed dwóch lat, który finalnie posłużył nam za luźną bazę docelowego planu.

Jako że dzień już krótki, a warunki w górach na szlakach niekoniecznie należały do tych idealnych (przypomnę, że jeszcze kilka dni wcześniej spadło do 25 cm śniegu w wyższych partiach Beskidów), trzeba było wybrać nie za długą trasę, lecz obfitującą w dobre odcinki (a mam tu na myśli takie, po których da się efektywnie podjechać oraz sensownie zjechać). Tym samym wybór zawęził się do jednego rejonu: Worek Raczański + Pasmo Lipowskiej. Rzecz jasna połączone z noclegiem w jednym z najbardziej klimatycznych schronisk – w Bacówce PTTK na Krawcowym Wierchu.

Pierwszego dnia, zgodnie z planem, spotkaliśmy się mocną, siedmioosobową ekipą w Rycerce Górnej-Kolonia, skąd żółtym szlakiem wjechaliśmy na Wielką Raczę, a dalej już czerwonym w kierunku Przegibka i Rycerzowej.

W międzyczasie trzy osoby z naszej grupy odłączyły się na Przegibku, więc w dalszą część trasy udaliśmy się niczym czterej muszkieterowie, stanąwszy do nierównej walki z zastanymi warunkami pod kołami ;).

Na szlaku generalnie było typowo jesienne – mokro i błotniście. Śmiało mogę pokusić się też o stwierdzenie, że przez oba dni moglibyśmy dorzucić kolejnych kilka kilometrów na liczniku, jeśli liczyłoby się do dystansu ujeżdżanie i buksowanie kół. Stąd też tempo przelotowe nie było najszybsze. Nie ma też co ukrywać, że staraliśmy się minimalizować odpoczynki, w zasadzie do… trzech (Wielka Racza, Rycerzowa, Glinka), by nadto nie stygnąć oraz starać się dojechać do schroniska bez pomocy wiezionych ze sobą lampek/czołówek (co ostatecznie się udało).

Dalszy przejazd z Rycerzowej niby był zaplanowany, lecz finalnie nieco go zmodyfikowaliśmy, zdobywając jeszcze Muńcuł, chcąc zjechać wszem wobec znanym i lubianym zielonym szlakiem do Ujsół. Chodziły słuchy, że w dolnej części młodnik pochłonął już singiel, lecz zgodnie stwierdziliśmy, że jest niezmienny od kilku lat i wciąż „rower się zmieści” :).

Z Ujsół asfaltem dojechaliśmy do Glinki, gdzie na końcu wsi wbiliśmy się na szutrówkę, którą dojechaliśmy do żółtego szlaku wiodącego do Bacówki PTTK na Krawcowym Wierchu. W schronisku trafiliśmy na Jesienne Bacowanie DAV – sekcji Katowickiej, dzięki czemu mieliśmy dodatkowe atrakcje tego wieczoru :). Na miejscu udało się też nieco umyć rowery, by wiezione błoto nie zbetonowało zanadto napędów.

Drugiego dnia z Krawcowego Wierchu, po smacznym śniadaniu i kawie, ruszyliśmy niebieskim granicznym szlakiem na Trzy Kopce, a dalej czerwonym na Rysiankę. Jak już tu się jest, to w zasadzie ma się do wyboru 3 zjazdy (w kierunku zachodnim): niebieskim do Złatnej, zielonym z Lipowskiej na Halę Boraczą i… podjazd na Romankę i zjazd niebieskim na Słowiankę. Chyba nie muszę pisać, który wariant wybraliśmy ;).

Wjazd na Romankę, co zawsze podkreślam, należy do moich TOP5 w kategorii „satysfakcja z wjazdu”, stąd też zawsze z przyjemnością przejeżdżam żółtym szlakiem. Zresztą w obu kierunkach jest świetny! Gorąco polecam!

No i co? Jesteśmy na Romance – skoro powiedziało się A, trzeba i powiedzieć B. Przyszło nam zmierzyć się z niebieskim szlakiem. Nie ukrywam, że miałem spore obawy co do przyjemności i bezpiecznego zjazdu tym szlakiem (przypomnę: ogólnie na szlakach było mokro i ślisko!). A tu jak się okazało, większość zjazdu charakteryzowała się dobrymi warunkami, stosunkowo suchą nawierzchnią i ogólnie grip wyjątkowo nam sprzyjał. Bez dwóch zdań, był to najlepszy, ale i najtrudniejszy zjazd tego weekendu.

Ze Słowianki czarnym szlakiem zjechaliśmy do Żabnicy-Skałka (fajny, szybki przelot – można złapać przyjemny flow), by dalej wjechać na Halę Boraczą, skąd lokalnym singlem dostaliśmy się na Zapolankę. Chwilę jechaliśmy żółtym szlakiem, by na Kręcichwostach odbić na grzbiet prowadzący przez Compel do Rajczy.

Generalnie przejazd tym ostatnim fragmentem, poza rewelacyjną jazdą – szybką i mega skoczną, dostarczył nam tego dnia niesamowitych doznań estetycznych. Trafiliśmy idealnie na ostatnie promienie chylącego się ku zachodowi słońca. Klimat tych kilkunastu minut zjazdu + ogólny mega flow na grzbiecie był piękną nagrodą na koniec dobrego tripu.

I co? W prognozach jakoś zimy wciąż nie widać. Pewnie za kilka dni znów będzie „trzeba” wyruszyć na beskidzki szlak :).

Garść statystyk (dzień 1):
Długość: 40 km
Przewyższenie: 1750 m
Trudność: 3/5

 


Garść statystyk (dzień 2):
Długość: 37 km
Przewyższenie: 1300 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *