Jak co roku rezerwuję dla siebie w okresie wakacji co najmniej tydzień, by mieć przerwę w zleceniach przewodnicko-pilotażowych i przeznaczyć ten czas na oderwanie się od obowiązków (bądź co bądź przyjemnych). W tym czasie staram się zaplanować spędzenie czasu oczywiście na rowerze i najlepiej gdzieś w górach (a jakże!), nie zapominając przy tym o odwiedzeniu moich ukochanych Dolomitów. Tym razem czasu nie było tak dużo, bo tylko sześć pełnych dni, ale i tak dawało to możliwość spędzenia co najmniej kilku z nich na rowerze.

Im bliżej wyjazdu, tym częściej zaglądałem na różne serwisy pogodowe, by móc ów plan wcielić w życie. Niestety wszystkie powielały średnie perspektywy: codziennie deszcz i burze. Bardzo zależało mi, by zawitać w Dolomity, dodając może jedną lub dwie trasy wcześniej lub później. Od lat darzę te góry nieskrywaną sympatią więc i tym razem chciałem je odwiedzić, chociaż na kilka dni.

Rano – dzień przed wyjazdem – w głowie, i zresztą już też na Stravie – miałem przygotowany alternatywny wyjazd – w Karkonosze. Tu pewnie też bym fajnie pojeździł, miło spędził czas i w ogóle, ale jednak z tyłu głowy zawsze pozostałby niedosyt i tęsknota za Alpami. Dopiero zdecydowany wręcz nakaz mojej Oli: „jedź już w te Dolomity – na pewno jakoś to będzie!”, skłonił mnie do zaryzykowania wyjazdu właśnie do Włoch, z przekonaniem (i oszukiwaniem rzeczywistości), że najwyżej pojeżdżę sobie jakieś krótkie trasy, a większość dnia – gdzieś schowany – będę przeczekiwał deszcz i/lub przejeżdżał z doliny na dolinę, by w którejś w końcu znaleźć trochę słońca. No i jak żona już nakazała, a żon raczej powinno się słuchać, to kolejnego rana dopakowałem auto, i wyruszyłem ku  przygodzie.

Pierwszy dzień postanawiam przeznaczyć tylko na podróż. Nie mam ciśnienia (i zmiennika za kierownicą), by po nieprzespanej nocy „za kółkiem”, wsiadać jeszcze na rower i robić solidną rundę. Poza tym wcześniejsze dni miałem raczej dość aktywne, więc odpoczynek przed kilkudniową jazdą na rowerze był jak najbardziej wskazany.

Gdy dojechałem wieczorem do włoskiej Badii, akurat w okolicy zaczęła się burza , która wg

prognoz miała się wypadać przed ranem. Od tej pory postanowiłem zerkać tylko na jedną, i wg mnie bardzo sprawdzalną prognozę pogody: iLMeteo, dzięki której – jak się przekonacie czytając tę relację – z nikłych szans na jakąkolwiek ciekawszą przygodę rowerową, udało się przejechać dokładnie to, co zakładałem planując wyjazd.

#1: Sella Ronda: Valpalora, Falzarego, Pordoi, Sella i Gardena

Wstaję wcześnie rano – zerkam za okno – a tam przebija się błękit na niebie! Jest nieźle – myślę sobie. Zabieram się więc za śniadanie, ostatnie pakowanie, składanie roweru i przed ósmą jadę już w kierunku centrum La Villa, gdzie na rondzie skręcam w lewo, ku mojej pierwszej przełęczy tego wyjazdu –  Passo di Valparola (2168 m. n.p.m.).

W międzyczasie coś zaczyna kropić, oglądam się za siebie, a tam kłębi się dość ciemna chmura, która ewidentnie zmierza w moim kierunku. No cóż – pomyślałem, najwyżej gdzieś przeczekam nadchodzący opad. Zerkam jeszcze na radary opadowe, i faktycznie niewielka chmura nadciąga w moją stronę… ale za kilkanaście minut zatrzymała się „za grzbietem” i rozeszła się w niepamięć.

Rześki poranek w sam raz zachęca do jazdy w górę, ponieważ przyjemnie chłodzi. Trochę obwiałem się temperatur na górze, bo i ile w słońcu było dość przyjemnie, to w zacienionych miejscach, nie wspominając o pochmurnym niebie, było zimno.

Passo di Valparola udało się zdobyć w całkiem dobrym tempie (i wybornym nastroju po ustąpieniu zachmurzenia za plecami). Na górze kilka zdjęć, nieco czasu na chłonięcie widoków i ruszam na dół, w kierunku Passo Gardena (2121 m. n.p.m.). Szybkie foto, i by nie stygnąć, kontynuuję zjazd do Col di Lana, gdzie trawersując szczyt o tej samej nazwie, zmierzam ku Arabbie. W międzyczasie spotykam pierwszych rowerzystów, którzy dopiero rozpoczynają objazd Sella Ronda, a ja cieszę się, że najdłuższy podjazd mam już za sobą, a przede mną tylko coraz to mocniejsze estetycznie fragmenty tej przepięknej pętli.

Arabbie robię pierwszą przerwę, by coś zjeść z pobliskiego sklepu i uzupełnić wodę z kraniku w centrum miasta. Bez wątpienia tutaj już czuć ruch turystyczny i fakt, że jest się w miejscu, gdzie rowery dominują na ulicy. Poza szosami oczywiście sporo modeli górskich (głównie elektryki), które okupują lokalne trasy mtb.

Na podjeździe na Passo Pordoi (2239 m. n.p.m.) towarzyszy mi już znacznie więcej rowerzystów – sporo osób już wyjechało wcześniej z Canazei lub Corvary. Do góry jedzie się całkiem przyjemnie – ten podjazd jest ogólnie lubiany za ilość serpentyn oraz towarzyszące im widoki. Jest to z pewnością jeden z najbardziej atrakcyjnych odcinków Sella Ronda, co przekłada się na wzmożony ruch na drodze.

Po zdobyciu przełęczy, czeka mnie ciekawy zjazd w kierunku Canazei, który kończę na skrzyżowaniu, skręcając w prawo na kolejną przełęcz – Passo Sella (2218 m. n.p.m.). Na tym odcinku najbardziej wyjątkowo prezentują się urwiste ściany Dolomitów i przechodzące między nimi liczne żleby i półki skalne. Całość robi imponujące wrażenie.

Passo Sella jest dość niewielką przełęczą, gdzie miejsca na postój mało, ale za to zawsze jak tam jestem, z jednego z tarasów można dostrzec świstaki, które albo zajmują się konsumpcją trawy, zwiększając przy tym swoje krągłości, albo bawią się/walczą ze sobą. Niezależnie – podglądanie ich jest bardzo słodkie :).

Za przełęczą czeka mnie przejazd, który chyba najbliżej podjeżdża pod majestatyczne ściany Dolomitów. I dalej w kierunku kolejnego celu – ostatniej już przełęczy – jaką jest Passo Gardena (2121 m. n.p.m.) jest podobnie. Droga przyjemnie prowadzi raz szybszymi, raz spokojniejszymi odcinkami, by ostatnie kilometry wiodły już prosto na przełęcz. Jest ona chyba jest najatrakcyjnieszą pod względem wizualnym,  szczególnie spoglądając na wschód, przełęczą całej trasy Sella Ronda.

Teraz już wiem, że prognozowana pogoda idealnie się sprawdziła na dziś. Na radarach już w oddali widzę, że za kilka godzin nad moją głową zawita deszcz z burzą. Na szczęście mam jeszcze sporo czasu, a poza tym przede mną już tylko ostatni zjazd, więc komfortowo i niespiesznie pokonuję go, robiąc po drodze jeszcze kilka zdjęć i zatrzymując się w co ciekawszych miejscach, by ponapawać się widokami.

I tak po sześciu godzinach docieram do miejsca, z którego rozpocząłem wycieczkę. Sam nie mogłem do końca uwierzyć, że niemal bez żadnej kropli deszczu udało się całość przejechać, ponieważ jeszcze kilka dni wcześniej, prognozy zupełnie nie dawały temu szans. Przekonałem się do wyżej wspomnianej aplikacji pogodowej, i oczywiście do wczesnej pobudki, by mieć większy komfort czasowy na jazdę.

Obiad, kąpiel i inne przyjemności jeszcze upłynęły bez deszczu, ale ostatnim łykom popołudniowej kawy towarzyszyły już większe krople padające z nieba i zbliżające się coraz szybciej odgłosy nadchodzącej burzy. Mnie to już nie było straszne, ale żal mi się zrobiło szczególnie kolarzy, którzy jeszcze byli na trasie.

Już w aucie, w strugach deszczu, przejechałem przez dwie ostatnie przełęcze (Gardena i Sella), i swoją bazę na kolejne dwa dni przeniosłem w okolice Pozza di Fassa.

 

#2: Passo Fedaia & Passo San Pellegrino

Drugi dzień w Dolomitach chciałem spędzić robiąc pętlę wokół ich najwyższego szczytu – Marmolady (3343 m n.p.m.), czyli wjazd na dwie przełęcze: Passo Fedaia (2057 m n.p.m.) oraz Passo San Pellegrino (1918 m n.p.m.). Dwa lata temu jechałem tę pętle w stronę przeciwną niż ruch wskazówek zegarka, chcąc zmierzyć się z wymagającym podjazdem z Malga Ciapela, na pierwszą z wymienionych przełęczy. W tym roku postanowiłem zmienić kierunek, i po raz kolejny wjechać na Passo San Pellegrino, wiedząc, że ostanie sześć kilometrów jest także wybitnie upierdliwe, ponieważ średnie nachylenie nie schodzi z 12-14%.

Startując z Pozza di Fassa miałem przed sobą bardzo przyjemny kilkukilometrowy, rozgrzewkowy odcinek, który nawet za Canazei tylko lekko się wznosił – idealnie na początek trasy. Dalszy odcinek w sumie też nie był nadto trudny, dopiero przed kilkoma serpentynami dalej, zbliżył się do dwucyfrowych wartości, natomiast wciąż pozostał nietrudny. Mijane galerie i widoki na zbocza Marmolady dodawały klimatu temu fragmentowi trasy. Po dotarciu na przełęcz, podjechałem jeszcze powyżej zapory na kilka punktów widokowych, z których zdecydowanie lepiej prezentuje się otoczenie sztucznego zbiornika Lago di Fedaia.

Sesja foto, relacje i w drogę. Przede mną jeszcze spokojny, trawersujący wokół jeziora fragment trasy i po minięciu Rifugio Fedaia, niemal od razu zaczął się bardzo stromy, a co zatem idzie i szybki zjazd. Trzeba tu wyjątkowo uważać na umiejętne używanie hamulców, ponieważ nietrudno o ich przegrzanie czy poślizg kół. Niemal cały zjazd aż do Malga Ciapela jedzie się wybornie, acz cały czas ostrożnie. Następnie mijam jeden z tuneli i tuż za nim przejeżdżam mostem, który rozciąga się nad wyjątkowym wąwozem Serrai di Sottoguda.

Kolejne kilometry prowadzą doliną, nad którą dumnie króluje masyw Monte Civetta (3220 m n.p.m.). Po przejechaniu urokliwych uliczek Alleghe, gdzie zrobiłem krótką regeneracyjną przerwę, pojechałem dalej ku miejscowości Cencenighe Agordino, skąd w zasadzie od razu rozpoczął się podjazd pod drugą z przełęczy tego dnia – na Passo San Pellegrino. Pierwszy kilometr wiódł średnio wygodnym tunelem, gdzie jednak ruch choć niewielki, to jednak donośny, mocno uprzykrzał przejazd. Dalej już niby lepiej, lecz w wysoko już operującym słońcu, kolejne metry w górę przychodziły jakby trudniej. 

Minąwszy ostatnie zabudowania Falcade liczyłem na spokojniejszy podjazd, ale widać zmęczenie słońcem dało się już we znaki. Stąd też przez zasadniczym fragmentem trasy prowadzącym na drugą przełęcz, na szczęście w cieniu, zrobiłem krótki postój, by zebrać się w sobie, i pokonać najtrudniejszy podjazd tego dnia. Te kilka minut bardzo pomogło, i powoli – z nogi na nogę – udało się w miarę bezboleśnie wjechać na  Passo San Pellegrino.

Sama przełęcz – nie ma co ukrywać – nie jest nadto wyjątkowa, oczywiście jak na miarę Dolomitów, więc rzadziej jest wybierana przez rowerzystów. Mimo to właśnie dzięki temu jest znacznie spokojniej, a podjazdy (strome) i zjazdy (szybkie) dają sporo satysfakcji z ich pokonania.

Szybko docieram do Moeny, gdzie przejeżdżam przez jej centrum. Miasto jest bardzo sympatycznym włoskim ośrodkiem wypoczynku turystów, z niezwykle urokliwą częścią pieszą, gdzie w większości wyeliminowano ruch samochodów. Ukwiecone balkony, szereg kawiarenek i widoki ponad nimi tworzą bardzo miłą dla oka atmosferę.

Przede mną jeszcze kilka kilometrów niewielkiego podjazdu, i docieram na parking w Pozza di Fassa, skąd rozpoczynałem wycieczkę. Robię szybkie zakupy i jadę na miejsce noclegowe, gdzie w zasadzie do końca dnia będę już tylko wypoczywał w otoczeniu najpiękniejszych gór :).

Tego dnia, zgodnie z prognozami, nie mogło mnie nic złego spotkać, i faktycznie tak było. Za to kolejny dzień rysował się już w mniej przyjaznych kolorach…

 

#3: Passo di Pampeago & Passo di Costalunga

Kolejny dzień rowerowej przygody miał obejmować jedną z przełęczy, na którą Ola, kiedy z niej zjeżdżała kilka lat wcześniej, powiedziała, że nie wyobraża sobie podjazdu pod nią. Mowa o Passo di Pampeago (1983 m n.p.m). I w rzeczy samej dość stałe, równe, strome nachylenie nie czyni podjazdu z południowej strony zbyt zachęcającym. W dół – owszem – niemal w mgnieniu oka traci się wysokość.

Ale po kolei. Wieczorne sprawdzenie prognoz sugeruje wczesny start, ponieważ po południu wróżą poważny deszcz z burzami, a nad ranem jakieś małe opady, które widzi tylko jedna prognoza – już wiecie jaka. Ok, wstaję o 5. rano, zerkam na radar i prognozę, i ta – jakby ze szwajcarską precyzją – sprawdza się. Ok. 6.30 przechodzi niewielki opad, ale na tyle upierdliwy, że nie warto mi w ogóle było wstawać z łóżka. Kładę się więc spać dalej, i po kilku godzinach, gdy zerkam przez okno, powoli z nieba ustępują chmury, a z dolin zamglenia. Zbieram się więc na rower!

Tym razem wycieczkę zaczynam od zjazdu spod przełęczy Passo di Costalunga (1745 m n.p.m.), ponieważ w razie jakiegoś nieprzewidzianego opóźnienia w trasie i spotkanie się z deszczem, ten fragment trasy byłby mocno niebezpieczny. W Pozza di Fassa kieruję do Moeny i dalej mijając kompleks skoczni narciarskich w Predazzo, dojeżdżam do Tesero. Robię krótki rest połączony z małymi zakupami i robieniem zdjęć, i po kilkunastu minutach rozpoczynam podjazd.

Już początek prowadzący do Stavy nie jest łatwy, ale jedzie się akceptowalnie. I tak największa „przygoda” zaczyna się na skrzyżowaniu, gdzie w lewo można wjechać na niewielką przełączkę Passo di Pramadiccio (1431 m n.p.m.) i dalej na przykład na ciekawą przełęcz Passo Lavazè (1808 m n.p.m.), a w prawo właśnie stromo w górę na Passo di Pampeago. Uzupełniam więc płyty w poidełku i zabieram się do pracy. Słońce nie pomaga, a stałe, niemal 13% nachylenie tym bardziej. Mimo to powoli, acz skutecznie cały czas do przodu, żeby nie powiedzieć bardziej w górę niż w dal ;).

Do stacji narciarskiej jadę w zasadzie samotnie w górę, zresztą jadącego w dół też nikogo nie spotkałem. Krótki rest i drogą, którą w zimie prowadzą trasy narciarskie, zdobywam kolejne metry. Nachylenie już nieco przyjaźniejsze, a i otoczenie sprzyja skupieniu się na widokach, a nie jeździe :).

Po dotarciu na przełęcz – zasłużony jak mało kiedy radler – wchodzi wybornie! Czas na podziwianie widoków i ruszam dalej, zjeżdżając do Obereggen. Na początku droga ciekawie trawersuje tereny ośrodka narciarskiego, by po chwili coraz mocniej opadać w kierunku miejscowości. I jak myślałem, że podjazd/zjazd na/z Pampeago jest stromy, to szczerze – nie polecam do wjeżdżania odcinka Eggen – Obereggen – jest naprawdę wymagający! Cieszę się, że przyszło mi go zjeżdżać, a umiejętne korzystanie ze sprawnych hamulców, pozwoliło bezpiecznie zjechać.

W Nova Ponente postanawiam „dołożyć” sobie przyjemności i zamiast od razu skręcić w prawo w kierunku docelowej przełęczy Passo di Costalunga, postanawiam zjechać jeszcze kawałek, by móc podjechać ciekawie prezentującymi się serpentynami do San Valentino in Campo. Podjazd taki „w sam raz” – może to dziwnie zabrzmi, ale sprawił sporo przyjemności, szczególnie że już po pierwszym zakręcie zza drzew zaczęły się wyłaniać coraz to ciekawsze widoki. Droga ogólnie prowadzi do Planetarium Alto Adige, które jest niepozornie położone w tej małej miejscowości. Gdy opuszczam wieś, czeka na mnie mniej więcej trawersujący odcinek trasy, z kilkoma akcentami zarówno w dół jak i w górę, urozmaicony interesującymi widokami. 

Od miejscowości Nova Levante zaczynam już zasadniczy podjazd pod przełęcz Passo di Costalunga, która na szczęście nie jest jakimś specjalnie trudnym przedsięwzięciem, lecz mimo jednak podjazdem. Jedzie się więc nieźle, choć operujące słońce niespecjalnie pomaga. Rozglądam się wokół siebie – co raz spoglądając na góry, a co raz na chmury, czy aby na pewno zdążę przed prognozowanymi opadami. I udało się. Na przełęczy już wiem, że nic mi nie grozi, a ostatnie cztery kilometry delikatnego zjazdu są czystą, przyjemną i niesamowicie krajobrazową, formalnością.

Po raz kolejny dzięki sprawdzalnej prognozie udało się przejechać zaplanowaną trasę. Fakt, że wyjechałem kilka godzin później niż we wcześniejszych dniach, na pewno nie pomógł (operujące słońce =  wyższa temperatura), ale za to dał szansę (bardzo dobrze wykorzystaną) na przejazd wycieczki.

Rower do bagażnika, obiad, kawa i w drogę. Lokalnie już wykorzystałem pogodę na tyle, ile tylko to możliwe, a kolejne dni tutaj nie dawały już takiej szansy. Zresztą – co miałem zaplanowane – udało się przejechać, więc nie chciałem nadto naciągać pogody, by wciąż mieć ją w pamięci, jako dobrą. Przenoszę się więc ponad sto kilometrów dalej na zachód Włoch, by zmierzyć się po raz kolejny z jedną z najbardziej kultowych przełęczy.

 

#4: Pass Umbrail & Passo dello Stelvio

Wieczorem docieram w okolice Prato allo Stelvio. Noc jakoś niezbyt spokojnie upływa – nie wiem czy mają na to wpływ czekające emocje kolejnego dnia, czy zmęczenie pierwszych trzech dni. Spało się średnio, ale rano budzę się nawet w niezłej formie. Śniadanie, pakowanie i w drogę. Tak – dzisiejszym celem jest wjazd na StelvioPasso dello Stelvio (2758 m n.p.m.). I nie tak od razu. Rok wcześniej faktycznie zrobiłem tę pętle w odwrotnej kolejności, więc w tym przyszedł czas na zamianę – najpierw wjazd na Pass Umbrail (2503 m n.p.m.), a następnie na Stelvio

Pierwsze kilkanaście kilometrów jadę pod wiatr – nieźle się zaczyna – myślę sobie. Nie dość, że już zmęczenie kolejnego dnia zaczyna być odczuwalne w nogach, to tu jeszcze taki „niewidoczny” przeciwnik w trasie. Ale nic to, ciut wolniej, lecz jadę dalej. Jeszcze przed dotarciem do granicy ze Szwajcarią zaczynam odczuwać znaczny głód, i to pomimo zjedzenia nie tak dawno temu solidnego śniadania. Cóż, myślałem, że do Stelvio na tym dojadę, ale jak czuję – nie uda się. Zatrzymuję się więc w ostatnim sklepie po włoskiej stronie, bułka – banan – cola, i jedziemy dalej. Czuć poprawę, więc tylko we wsi Santa Maria Val Müstair dolewam wody do bidonu, i rozpoczynam właściwy podjazd. Kto jechał w którąś ze stron ten wie, że to nie bułka z masłem, ale nie ma też dramatu. Nie szaleję z prędkością, ponieważ celem jest wjazd, a nie bicie rekordów.

W międzyczasie ze słonecznego poranka (kiedy przypomniałem sobie, że zapomniałem się potraktować jakąś emulsją przeciwsłoneczną) robi się nieco pochmurne niebo. A miejscami nawet bardziej niż pochmurne. No cóż – przynamniej mnie dziś nie opali – myślę sobie. A jakby z tego coś miało wcześniej popadać, niż wcześniej zadeklarowane przez serwis meteo – okno pogodowe, będzie szybka możliwość odwrotu – tylko w dół ;).

I jadę sobie i jadę, zdobywam kolejne metry w górę, mijam znajome miejsca, poznaje okolice – pogoda cały czas stabilnie się trzyma. Po godzinie podjazdu zaczynają mnie mijać pierwsi zjeżdżający – z pewnością wcześniej startowali z włoskiego Bormio, wjeżdżając wpierw na Pass Umbrail, by potem od Prato allo Stelvio wjechać na Stelvio. A ja w towarzystwie dosłownie kilku kolarzy wjeżdżam coraz to wyżej. Widać, że ten wariant nie cieszy się dużą popularnością. Dla mnie nie ma to znaczenia, ponieważ i tak jechałem na Stelvio już z każdej ze stron, więc teraz wybieram sobie wariant, na który mam ochotę lub zmieniam względem poprzedniego.

Po przekroczeniu 2000 m n.p.m. drzewa ustępują bardziej surowemu klimatowi. Uroku miejscami dodają pasące się stada krów i słyszane w oddali świstaki. I tak metr za metrem zdobywam Pass Umbrail. Zdjęcie, batonik i jadę dalej. Czuć już znacznie chłód (wysokość), więc nie zatrzymuję się nadto długo, by nie ostygnąć. Po kilkuset metrach dojeżdżam do „autostrady” z Bormio, bo nie da się inaczej nazwać tej drogi przy tak dużym natężeniu zarówno ruchu rowerowego jak i motorowego/samochodowego. I przyznam szczerze, że jak mało kiedy, większym zagrożeniem na podjeździe nie byli zmotoryzowani, tylko zjeżdżające grupy rowerzystów-prosów (?), którzy za wszelką cenę chcieli bić rekordy prędkości na dość mocno zatłoczonej i krętej drodze.

Wjeżdżając na Stelvio było trochę ciężko się przebić w tłumie, ale jakoś nikt nikomu nie przeszkadzał i ruch naturalnie się odbywał. Podjechałem jeszcze na wyższy parking, by zrobić kilka zdjęć, odpocząć i ubrać się do zjazdu (jednak wysokość + zachmurzenie zrobiło swoje). W międzyczasie jeszcze zjadłem kultową bułkę z kiełbasą i kapustą, i zacząłem zjazd.

W górę jechało jeszcze mnóstwo osób, dziesiątki, jak nie setki. Ale całość jakoś płynnie się poruszała – jedni bili swoje PR-y, inni przekraczali granice swoich słabości, zdobywając najwyżej położoną drogową przełęcz w Europie. Kilkadziesiąt serpentyn jadąc w dół nie pozwala zbytnio się rozpędzić, a dokładając do tego niemal stałe wpatrywanie się w otoczenie i zapierające dech widoki – nie sposób było szybko jechać.

Dopiero po minięciu Trafoi rozpędzam się znacznie bardziej, i w kilkanaście minut docieram już do Prato allo Stelvio. Pakowanie roweru, podczas którego zaglądam za siebie i widzę ciemną chmurę, z której solidnie pada. Dokładnie tam, gdzie byłem jeszcze pół godziny wcześniej. Prognozy ponownie się sprawdziły – tego popołudnia nad Stelvio przechodzi jeszcze kilka opadów deszczu oraz burz. Żal mi się zrobiło tych kolarzy będących tam wyżej, bo wierzcie lub nie, ale jednostki z nich miały jakiekolwiek cieplejsze odzienie czy cokolwiek od deszczu. 

I znów się udało, zgodnie z danymi meteo. Piję kawę, delektuje się otaczającymi górami i zastanawiam się, jaki cel wybrać na kolejny dzień mojej rowerowej przygody. W międzyczasie sprawdzam jeszcze prognozy na cele położone mniej więcej wzdłuż trasy powrotnej do domu, i w zasadzie każda z potencjalnych miejscówek oferuje co najwyżej kilka (!) godzin wcześnie rano względnie stabilnej pogody. No cóż – ryzykuję. Dopakowuję auto i jadąc przez Passo di Resia (1507 m n.p.m.) opuszczam Włochy i przez austriacki Innsbruck dojeżdżam w okolice Kitzbühel.

 

#5: Kitzbüheler Horn Panoramastraße

Przyznaję- o istnieniu tej trasy/góry dowiedziałem się dopiero kilka tygodniu temu, dzięki koledze Kubie, który na początku lipca wziął udział (z powodzeniem!) w dość niezwykłym i bardzo wymagającym rajdzie rowerowym Three Peaks Bike Race. Jednym z celów tej trasy był wjazd właśnie na Kitzbüheler Horn (1996 m n.p.m.) tak zwaną Kitzbüheler Horn Panoramastraße. I jak się temu lepiej przyjrzałem, to… cyferki zaczęły robić wrażenie: na odcinku 10 kilometrów 1200 metrów w górę! Grubo! No cóż, miejscówka gdzieś zagnieździła się w głowie i czekała na próbę zmierzenia się z nią. Nie ukrywam, że czasem lubię takie „wycieczki”, na które żal przeznaczyć cały dzień, a idealnie nadają się właśnie na taki krótki (i szybki) strzał na koniec wyjazdu, jako swoisty przerywnik w podróży.

Okazja do przejechania nadarzyła się szybciej niż przypuszczałem. Jak przeliczyłem – w sam raz by spróbować zdążyć wstrzelić się w okno pogodowe (wieczorem w Kitzbühel jeszcze mocno padało).

Wzorem wcześniejszych dni – wstaję wcześnie. Zerkam na meteo, zerkam na radary i faktycznie  – mam okno do +/- godziny 10. Śniadanie, składam szybko rower, pakuję co niezbędne i ruszam. Nie od razu biorę się za podjazd, tylko daję sobie kilka kilometrów na rozgrzewkę. Krótki rest i zgodnie z segmentem na Stravie – zaczynam podjazd w jedynie słusznym miejscu. 

I od początku czuć, że łatwo nie będzie. Nie ma żadnej „rozgrzewki”, tylko od razu nachylenie dwucyfrowe, które w zasadzie tylko kilka razy na krótkich odcinkach spada do jednocyfrowej wartości (co później trzeba i tak „odrobić”, ponieważ są niekrótkie odcinki 14-16%, a bywają i nawet powyżej 18%). Słowem – jest srogo!

W zasadzie cały podjazd ma jedną niezaprzeczalną zaletę: jest widokowy :). Może nie są to Dolomity, lecz jednak Alpy, więc jest możliwość na czymś innym oko zawiesić, niż tylko przednie koło roweru ;). Zalet oczywiście ma więcej, ale te już musi już każdy sam znaleźć ;).

Ogólnie to trochę obawiałem się tego podjazdu, lecz pogoda (wczesny wyjazd = chłodny poranek) + dobre nastawienie i względna świeżość mocno pomogły w pokonaniu trasy. Oczywiście w oddali już od rana widać było zbliżające się chmury z deszczem (co potwierdzał radar), więc była także dodatkowa motywacja. Że już nie wspomnę o tym, że brałem nawet pod uwagę zjazd kolejką w razie szybszego załamania pogody, ponieważ nie wyobrażam sobie zjazdu rowerem po mokrej nawierzchni na tej trasie (asfalt bardzo dobry, ale stromość większości przejazdu wykracza poza przyjęte przeze mnie normy bezpieczeństwa mokrej drogi).

Finalnie – udało się. I to całkiem sprawnie wjechałem – na kilkanaście minut przez zakładanym czasem. Na górze zrobiłem tylko kilka zdjęć, krótki rest i założenie nogawek/rękawków/kamizelki i w dół. Podczas zjazdu widziałem już zbliżający się deszcz, który częściowo dopadł mnie już na ostatnich, na szczęście płaskich, kilometrach. Po dojechaniu do samochodu mocniej się rozlało i tak już w sumie przez całe popołudnie przechodziły przez okolice deszcze. Ale te śledziłem tylko na radarach, ponieważ ja byłem już w drodze powrotnej, zmierzając do domu.

 


I tak oto wyglądał mój „urlop”, który planowany tygodnie wcześniej, z perspektywy wygodnej kanapy, prezentował się znakomicie, lecz gdy zmierzył się z wybranymi prognozami pogody, skazany był na niepowodzenie. Sam do końca się dziwię, że mimo oczywistych nienajlepszych rokowań, udało się naprawdę dobrze spędzić te dni, realizując w zasadzie w pełni zaplanowane trasy (oczywiście było ich kilka więcej, lecz finalnie wybrane zostały te najlepiej wpisujące się w rzeczywiste warunki pogodowe, by zminimalizować zbędne przejazdy samochodem).

Chyba przyznacie – przygotowane zostały odpowiednio dobrze dobrane trasy, a dzięki temu mogłem w 100% wykorzystać te kilka dni na wycieczki rowerowe. I tu nie miałem celu, by jechać w nieznane mi góry czy trasy (na to jeszcze z pewnością przyjdzie czas niebawem). Chciałem po prostu dobrze się bawić na rowerze, przebywać pośród ulubionych gór i móc odpocząć od codziennej pracy, jedocześnie wzbogacając swe wspomnienia o kolejne doświadczenia.

PS.
I pamiętajcie panowie: słuchajcie się swoich żon – na pewno dobrze na tym wyjdziecie 🙂


Postaw kawę BeskidTrail!Podobał Ci się ten artykuł? Jeśli chcesz, by w przyszłości tak samo przyjemnie się je pisało, możesz postawić mi kawę :) » https://buycoffee.to/beskidtrail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *