Epizod wiosny końcem marca, jaki miał miejsce w tym roku, finalnie okazał się jedynie kilkudniowym ociepleniem. Owszem, można było sporo i fajnie pojeździć na rowerze, a i skiturowiec znalazł doskonałe firny wysoko w Tatrach.

Chcieliśmy z Olą wybrać się na kilkudniowy wyjazd, by nieco się rozkręcić rowerowo a i przy okazji poznać nowe tereny. Potencjalnych celów było kilka, ale im bardziej zbliżał się planowany termin wyjazdu, tym bardziej w wybranych rejonach psuła się pogoda. Cóż, polskie miejscówki, podczas długiego weekendu majowego, były dla nas przegrane.

Wstępnie wybraliśmy tez kilka zagranicznych alternatyw, by jedną z nich finalnie wybrać w razie niepogody w kraju. Tym samym, śledząc niemalże z dokładnością godzinową prognozy pogody, za cel majówki w tym roku wybraliśmy południe Europy. Co prawda pierwszego dnia, po nocnej podróży, piątek rano przywitał nas na granicy austriacko-słoweńskiej rzewnym deszczem. Wiedzieliśmy jednak, że za kilka godzin strefa opadów ma się przenieść bardziej na północ, tworząc idealnie nad nami okno pogodowe.

Wyruszając już w czwartkowy wieczór, na piątek zaplanowaliśmy odwiedzenie największej udostępnionej turystom jaskini – Postojna na Słowenii. Bez dwóch zdań miejsce zachwyciło nas swoją urodą. Wizyta w jaskini miała dodatkowo za cel zobaczenie czegoś nowego, przy okazji chroniąc się od deszczu. Od deszczu udało się schronić, ale lejąca się woda ze stropów mimo to trochę nas zmoczyła. Po blisko dwugodzinnym zwiedzaniu, po wyjściu z jaskini, zgodnie z prognozami zobaczyliśmy upragnione słońce :). Doprawdy nie ma to jak sprawdzone serwisy pogodowe!

Długo się nie zastanawiając, zwijamy się z parkingu w Postojnej i podjeżdżamy kilkanaście kilometrów, by rozpocząć docelową formę aktywności, jaką zaplanowaliśmy podczas tego wyjazdu. Wypakowujemy więc rowery, w międzyczasie temperatura z chłodnych 7 stopni, wzrasta do gorących 18 :). I nawet myślimy, by jakimś kremem przeciwsłonecznym się posmarować… szok :).

Za cel tego dnia, jako rozgrzewkowy, wybraliśmy górę, którą kilkakrotnie widzieliśmy wracając z urlopów – Nanos. Bardzo charakterystyczny szczyt, na którym znajduje się wieża przekaźnikowa RTV/GSM, a dodatkowo piętrzy się ponad głęboką doliną, ku której od południa opadają bardzo strome zbocza. 1262m n.p.m. może nie robi szału, ale należy pamiętać, że startuje się ledwo z wysokości ok. 200 m n.p.m., więc jest co wjechać.

Początkowo droga wiedzie asfaltem, ale okolica oferuje całkiem sporo niedługich singli czy łączników szlaków, które już warto odwiedzić. Myślę, że w sam raz na dzień zabawy jak znalazł. My jednak mieliśmy tylko kilka godzin, by zdobyć górę, więc najprostszym wariantem wjeżdżamy na nią, a w drodze powrotnej wybieramy nieco bardziej widokowy zjazd.

Podjazd i zjazd robią spore wrażenie, głównie estetyczne. Nam tego dnia dodatkowo uroku i emocji dodał zbliżający się front opadowy, który w oddali już straszył deszczem. Idealnie jak zjechaliśmy do auta, spakowaliśmy się – zaczęło kropić.

Tego dnia czekał nas jeszcze przejazd nad wybrzeże chorwackie do Starigradu-Paklenica, gdzie docelowo mieliśmy spędzić majówkę. Na kwaterę, z powodu korków na przejściu granicznym, dojechaliśmy dopiero przed północą. Prawie nieprzespana wcześniejsza noc + zmęczenie wycieczką rowerową oraz długą podróżą, od razu zmogło nas do snu.


Dzień #2

Poranek w Chorwacji wita nas słońcem – czyli tym, po co tu przyjechaliśmy. Temperatura tego dnia była jeszcze wczesnowiosenna, nawet jak na miejscowe warunki – ledwo 12 stopni. Na szczęście w słońcu temperatura odczuwalna była znacznie przyjemniejsza :).

Tego dnia chcieliśmy odespać podróż, więc z góry założyliśmy sobie krótszą wycieczkę, rozpoczynającą się bezpośrednio ze Starigradu. Korzystając podczas całego pobytu na Chorwacji ze świetnego serwisu ZadarBikeMagic, poświęconemu MTB w okolicy Zadaru, pierwszego dnia wybraliśmy wycieczkę na Veliko Rujno.

Start z poziomu morza robi wrażenie. Wysokość zdobywa się bardzo szybko tj. zależnie od szybkości wjazdu ;), ale nastromienie kilku fragmentów trasy robi wrażenie, a przez ponad 7 km za bardzo nie ma gdzie odpocząć na rowerze. Droga stale wznosi się z nachyleniem minimum 15 %.

Po prawie 2 godzinach dojeżdżamy do lokalnego parkingu, gdzie co wygodniejsi mogą skrócić sobie wycieczkę i stąd ją rozpocząć lub udać się na pieszy szlak. My jedziemy dalej, przyjemną i widokową szutrową drogą. Rozległe widoki na pobliskie morze są niebywałym przeżyciem, tak innym od naszych rodzimych Beskidów. Choć tu muszę wspomnieć o pewnej analogii np. z podjazdem na Skrzyczne i widokiem na Jezioro Żywieckie. Tak, tak – wiem, inna skala… ;).

Do niewielkiej osady na płaskowyżu Veliko Rujno dojeżdżamy po niespełna 3 godzinach. W zasadzie nigdzie nam się nie spieszyło, i dalej nie spieszy, więc na spokojnie objeżdżamy sobie ten teren. W międzyczasie podczas przejazdu, mijało nas kilkunastu biegaczy, biorących udział w biegu terenowym Paklenica Trail na dystansie 43 km, tzw. Canyons Red.

Zjazd nie przedstawiał w zasadzie większych trudności, jedynie trzeba było uważać na nie przegrzanie hamulców ;). Natomiast popołudniowe słońce doskonale wyeksponowało uroki tego zakątka wybrzeża, nadając mu wyjątkowy koloryt. A wspomnieć muszę, że jeszcze nie przepalona słońcem trawa, soczyste kolory wiosny dodatkowo wzmogły pozytywne odczucia z przejazdu.

Nad Starigradem znajdujemy jeszcze krótki singiel, którym zjeżdżamy do miasta. Odwiedzamy centrum, delektując się pustkami na nabrzeżu i ciszą oraz spokojem, której w lecie z pewnością się tu nie uświadczy.

 

Zobacz także:
» Chorwacka majówka – część 2.
» Chorwacka majówka – część 3.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *