W sobotni wieczór długo rozmyślałem, gdzie pojechać na rower następnego dnia. Dodatkowo mając w perspektywie aż 3 wolne dni, myśli w głowie skierowane były ku dalekim horyzontom. Oczywiście cały czas musiałem liczyć się z trudnymi warunkami w górach (czytaj: błoto, woda  i grząsko), ponieważ nie tylko w moich okolicach padało, ale i w promieniu 400 km w zasadzie było podobnie. Dodatkowo musiałem liczyć się ze stosunkowo niską temperaturą oraz porywistym wiatrem, który nawet na krótkiej przejażdżce w Beskidzie Małym dzień wcześniej, dał mi się we znaki.

Wybór w końcu został podjęty i padło na Beskid Sądecki. Bywałem w nim już wielokrotnie, co nie znaczy że nie mam tam szlaków, którymi jeszcze nie jechałem. W całym paśmie jest kilka szlaków, które z przyjemnością powtarzam, ponieważ ich uroda i przyjemność z przejazdu jest tego warta.

Niedzielną przygodę rozpoczynam w Nawojowej. Temperatura startowa nie zachęca: -2 st. Cóż, powiedziało się A, trzeba i powiedzieć B. Przyznaję, nieco zwlekam z wyjazdem, licząc że chociaż o kilka stopni wzrośnie temperatura. Z drugiej strony nie mogę sobie zanadto pozwolić na odwlekanie startu, bo szybko kończący się dzień może uniemożliwić mi komfortowy przejazd trasy. Pocieszeniem jest fakt, że będę od razu szybko piął się w górę, więc i rześki poranek będzie mniej dokuczliwy.

Zaraz po wjechaniu pierwszych 150 metrów, do Popardowej Niżnej, gdzie łapię żółty szlak, znajduje się ponad kłębiącymi się w dolinach chmurami. Od razu robi się cieplej, szczególnie że słońce tego dnia dobrze rozgrzewało. Niestety wraz z wysokością mocno wzmagał się wiatr i w otwartym terenie, ale i niejednokrotnie w lesie, mocno wychładzał. Nie dało się rozsądnie ubrać, bo za dużo warstw od razu przegrzewało, a za mało wychładzało, szczególnie że warunki co chwila się zmieniały.

Żółty szlak, którym jechałem, okazał się nieprawdopodobnie fantastyczną trasą, w większości leśną a i miejscami singlową. Tylko kilka fragmentów było mocniej tkniętych przez leśników, ale nie odebrało to pozytywnego odbioru z jego przejazdu. W zasadzie 95% długości szlaku jest do przejechania, w górę i w dół, a podejść z rowerem trzeba jedynie na Kozie Żebro i Czerszlę (tu stromość podejścia w 100% porównywalna z Lackową!).

Po dwóch godzinach dojeżdżam do niebieskiego szlaku, którym zjeżdżam do Kamiannej. Przy cerkwi św. Paraskwy, w ogrzewających promieniach słońca, robię sobie krótką przerwę, nieco schnę i przede wszystkim grzeję się. Trasę w kierunku Przełęczy Huta kontynuuje już nie szlakiem, a drogą leśną, ponieważ ilość błota i opóźnienie z tego wynikające, mogłyby mi skutecznie uniemożliwić zrealizowanie zaplanowanej trasy. Poza tym trzeba sobie coś na później zostawić. A nie ukrywam, że nie skłonny jestem tak łatwo odpuszczać przejechania wcześniej przygotowanej trasy.

Na Przełęczy Huta w karczmie rozgrzewam się gorącą herbatą. Czas jest nie najgorszy, więc jadę dalej w kierunku głównego grzbietu Beskidu Sądeckiego. Najpierw krótki fragment niebieskiego, potem żółty i znów niebieski szlak wyprowadza mnie na Runek. Po drodze w kilku miejscach błoto spowalnia wjazd, ale póki dało się przez nie jechać, a nie iść – nie było najgorzej. W sumie tylko 2 razy musiałem przejść kilkanaście metrów – koła skutecznie były wchłaniane przez podłoże :).

Wiedziałem, że jak dostanę się na Runek, to będę już prawie w domu. Szlak na Halę Łabowską znam co najmniej dobrze, a każdorazowy nim przejazd dostarcza dużej ilości endorfin (tak, to jest jeden z tych szlaków, dla których uwielbiam wracać w Beskid Sądecki). Poza tym z tego grzbietu wiedzie kilka leśnych ścieżek czy dróg, którymi da się zjechać w dolinę Kamienicy Nawojowskiej. Jedzie się mi więc znakomicie. Początkowy zjazd jest spełnieniem rowerzysty mtb – szybki trail o niewygórowanych trudnościach. Później w kierunku Holi, interwałowo góra-dół. Ostatnie 2 km to już więcej w górę, ale szlak pozwala na swobodną jazdę. Na Halę Łabowską docieram kilka minut po 16-tej, w niespełna 40 minut od wyruszenia z Runka (po drodze oczywiście robiąc kilka zdjęć). W schronisku zamawiam sobie żurek i delektuje się widokiem zza okna, nota bene na przejechany przeze mnie dziś do południa grzbiet.

Nie mogąc sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek, przed 17-tą wyruszam w dalszą drogę. Jako że czas mimo wszystko mam nie najgorszy, zamiast zjazdu do Łabowej, decyduje się na przejazd na Halę Pisaną. Po drodze dopada mnie potwornie zabłocony i rozjeżdżony fragment szlaku. Co prawda pewna jego część zawsze obfituje w tego typu atrakcje, ale po deszczowym tygodniu są one mocno spotęgowane. Przed Halą Pisaną odbijam na żółty szlak i zjeżdżam nim do Frycowej. O dziwo to pierwszy mój kontakt z tym szlakiem i od razu wybitnie przypadł mi do gustu. Fantastyczny do zjazdu – w lesie kilka singli, parę technicznych fragmentów + duża ilość flow! Czegóż chcieć więcej – idealne zakończenie całodniowej wycieczki. Tylko żałuję, że nie miałem lepszego światła do zdjęć, bo uroda tego szlaku i widoków z niego jest swoistą esencją Beskidu Sądeckiego.

Do auta docieram przed 18-tą. Po drodze chciałem jeszcze znaleźć jakąś myjnię, by opłukać rower z błota. Wyjątkowo nie chciało mi się myć go w potoku, bo na samą myśl o niskiej temperaturze wody, aż ciarki po plecach przechodziły. Miałem już dość na wskroś przenikającego chłodu wiejącego wiatru.

Jako podsumowanie napiszę, że przejechana trasa, nawet pomimo niedogodności, była tegorocznym nr 1 pod względem estetyczno-trailowym. Polecam każdemu ten przejazd, nawet dzieląc go na krótsze fragmenty. Będziecie nim zachwyceni 🙂

* Cytat pochodzi ze skeczu KMN: https://www.youtube.com/watch?v=4arBeIKJWzQ

Garść statystyk:
Długość: 71 km
Przewyższenie: 2360 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *