Myjąc wczoraj rower po przejechaniu trasy z Mędralową i Jałowcem na czele, wiedziałem, że i dziś będzie wymagał kąpieli. Choć gdyby nie ostatni odcinek dzisiejszej wycieczki, to kto wie… Ale po kolei.

Ciepły i słoneczny poranek w połączeniu z wolnym dniem od etatowej pracy nie mógł być inaczej wykorzystany jak na rowerową wycieczkę. Dalekich wojaży z racji krótkiego dnia, nie ma co planować. Poza tym chciałem nieco nadrobić zaległości przejazdowe, tj. przejechać się kilkoma szlakami w przeciwnym niż zazwyczaj kierunku.

Startuję z Żywca przed dziesiątą, a co – przejazd planowanej trasy nie powinien zająć więcej niż 6 h. Przez Rychwałd i Łękawicę robię rozgrzewkę i sprawdzam sam siebie, ile będę jeszcze mógł wykrzesać sił ;). Pierwsze podjazdy za mną, więc wbijam się na nieszlakowy wariant, którym przez Przykrzycę zdobywam Łysinę. Leśna droga/ścieżka, którą kilka lat temu odkryłem, jest dwukierunkowa, tj. świetna do dobrego zjazdu, gdzie szybkość decyduje o trudności. Z kolei podjazd nią, co tu dużo pisać, wymaga dobrej „nogi”. Ale da się, zapewniam ;).
Na Łysinie łapię zielony szlak, którym przez Gibasy dojeżdżam do połączenia szlaków na Anuli. Całość trasy do tej pory całkiem przejezdna, bez specjalnych trudności błotnych (a przynajmniej nie większych niż zazwyczaj).

Na Anuli zmieniam kolor szlaku na czerwony i w zasadzie zaczynam powrót. Przez Łamaną Skałę i Potrójną dojeżdżam do Przełęczy Kocierskiej. Trasa podobnie jak wcześniej, poza odcinkiem pod Łamaną Skałą, sucha i przejezdna. Za przełęczą już więcej błota, lecz do przejechania bez schodzenia z roweru. Tu jednak motory i quady zrobiły swoje :/.

Kocierz zdobywam po krótkim podejściu, ponieważ za Przełęczą Szeroką odcinek szlaku jest niewjazdowy (za to drugą stronę jest sporo zabawy na zjeździe 🙂 ). Na wierzchołku robię krótki odpoczynek, obserwując jak ciekawa chmura/mgła (nie smog!) wkroczyła w doliny. Specyficzny efekt, a znawcy mówią, że to masa wilgotnego powietrza z frontem.

Z Kocierza zjeżdżam na Przełęcz Przysłop Cisowy i skręcam w lewo na niebieski szlak, który wiedzie grzbietem i zdobywam Jaworzynę. Poniżej wierzchołka, za Kościelcem, zostawiam niebieski szlak i żółtym zjeżdżam do Oczkowa. Szlak ten jest miejscami bardzo wymagający, a przy obecnej aurze, gdzie liście skutecznie przykrywają trudności w postaci luźnych kamieni i korzeni, staje się jeszcze bardziej wymagającym. Niemniej warto nim raz na jakiś czas zjechać, ponieważ poza w/w fragmentami, jest także sporo szybkich „przelotów”, dla których dodatkowo lubię ten szlak.

I jak na wstępie wspomniałem, prawie nie musiałbym dziś myć roweru, aż do przejazdu dolnego odcinka żółtego szlaku, na którym leśnicy prowadzą zwózkę drewna, tym samym czyniąc szlak mocno grząskim. No, nie na tyle, że jechać się nie da, ale sterowność roweru jest mocno zachwiana :).

Z Wilczego Jaru już asfaltem wracam przez Oczków do Żywca, przy okazji zahaczając o myjnię, bo wstyd na dzielni pokazać się tak uwal.. ubłoconym rowerem ;).

Garść statystyk:
Długość: 52 km
Przewyższenie: 1580 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *