Odpisując Robertowi na jego zapytanie o trasę prowadzącą na Wielką Raczę połączoną ze zjazdem z Muńcoła, puściłem trochę wodzę pomysłowości, chcąc urozmaicić mu wycieczkę. Pisząc kolejne słowa opisujące trasę, samemu zachciało mi się zrealizować ten pomysł. Termin, w którym Robert zamierzał przejechać tę trasę, ze względu na warunki pogodowe (raptem kilka godzin po ulewnych opadach), wg mnie niekoniecznie nadawał się na pokonanie całości. Spoglądając jednak na prognozy, kolejne dni zapowiadały się ciepłe i słoneczne – w sam raz by wysuszyć szlaki i móc w pełni cieszyć się z przejazdu całej trasy.

Umawiamy się więc z Robertem na czwartek. Środek tygodnia dobrze nadaje się na wypady rowerowe, ponieważ większość popularniejszych szlaków jest pustych od pieszych turystów. Spotykamy się w Żywcu i autem podjeżdżamy do Rycerki Dolnej. Stąd już rowerami podjeżdżamy do Rycerki Górnej i żółtym szlakiem zdobywamy (pierwszy raz) Wielką Raczę. Na szczycie krótki odpoczynek, napawanie się rozległymi widokami i kilka chwil później przygotowujemy się do zjazdu. A ten decydujemy się zrobić czerwonym szlakiem w kierunku Zwardonia.

Początek wiedzie kamiennisto-korzennym szlakiem, który co jakiś czas przechodzi w nieco wygodniejszy singiel. Kolejna część szlaku trawersuje Wielki Przysłop, prowadząc wąską ścieżką, z której roztacza się widok na południowy-wschód (trzeba zdecydować się, czy jechać, czy oglądać 😉 ).

Po minięciu Małego Przysłopu rozpoczynamy podjazd pod Magurę i Kiczorę. Kosztuje on trochę wysiłku, ale gdy tylko jest siła w nodze – wszystko można wjechać ;). Kolejny krótki odpoczynek, tym razem połączony z drugim śniadaniem.

Z Kikuli robimy „wariant”, który dodatkowo zachęcił mnie do jazdy właśnie tam i teraz. Zjeżdżamy żółtym szlakiem do słowackiej Oszczadnicy. Bardzo fajny szlak – szybki, widokowy, miejscami nieźle rozmyty (szczególnie końcówka). Kiedyś schodziłem nim, lecz jego charakter jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu. A na rowerze to już co innego – dostarczył sporo przyjemności z jego pokonania.

Oszczadnicę szybko opuszczamy, tylko kilka kilometrów pokonując po asfalcie. Wjeżdżamy w pierwszą dolinę, która prowadzi pod kompleks wyciągów pod Wielką Raczę. Następnie wbijamy się w leśną drogę, której znalezienie trochę się obawiałem (łącznie z jej stanem). Na szczęście ścieżka okazała się wjeżdżalna i tym samym wjechaliśmy nią, łącząc się z zielonym szlakiem prowadzącym do Chaty na Raczy.

Na górze obowiązkowo dla mnie kofola. Jest to napój, który ze wszech miar uwielbiam, i gdy tylko mam okazję – wypijam. A ciepły dzień na rowerze dodatkowo wzmógł apetyt na nią :).

W dalszą trasę ruszamy w kierunku granicy, czyli ponownie wjeżdżamy na Wielką Raczę. Po niespełna pół godzinie zdobywamy wierzchołek. Fajnie tak dwa razy jednego dnia, różnymi trasami, zdobyć rowerem tę samą górę :).

Przed nami jedna z perełek zjazdowych tego dnia czyli przejazd czerwonym szlakiem granicznym w kierunku Przegibka. Bardzo lubię ten szlak za to, że jest tak bardzo urozmaicony. A dla osób, które jadą nim pierwszy raz – często nieprzewidywalny – niemal co kilka metrów zmienia się jego charakter. Do Hali Śrubita praktycznie ciągły zjazd wyzwala solidną dawkę endorfin. I tu ważna uwaga: nie polecam przejazdu tym szlakiem po deszczu czy w większym błocie. Traci on naprawdę wiele w obiorze przez rowerzystę, a miejscami mocno niebezpiecznie utrudnia szybki „przelot” przez wybrane odcinki.

Za Halą Śrubita wjeżdżamy na trawers, który po kilkunastu minutach i minięciu Abramowa, podjeżdża pod granicę. Robimy tu mały „teleport” przechodząc kilkanaście metrów pomiędzy krzakami, by dostać się bezpośrednio na słowacki niebieski szlak graniczny. Wiedzie on praktycznie w całości wjeżdżalną ścieżką, nota bene mocno już zapomnianą, i wyprowadza na wierzchołek Jaworzyny. Wybrany wariant pozwala ominąć trudną sekcję korzenną, jaka znajduje się na czerwonym szlaku. W drugim kierunku – do pokonania, ale jako podjazd – już niekoniecznie.

Kilkadziesiąt metrów za Jaworzyną dojeżdżamy do czerwonego szlaku i nim to już dalej jedziemy na Przełęcz Przegibek. Po drodze zaliczamy jeszcze jeden niewielki, acz wymagający podjazd i po odbiciu od granicy – dojeżdżamy na przełęcz.

Zahaczamy na chwilę o schronisko, uzupełniając zapasy wody. Trochę się posilamy i wracamy z powrotem na czerwony szlak, którym zamierzamy dojechać do bacówki na Rycerzową.

Trawersujący podjazd pod Banię zawsze dostarcza mi satysfakcji z podjechania, a kolejny podjazd pod Majów jest wyznacznikiem dla mnie formy. Oba zaliczone, oba w niezłym stylu. Przepraszam za trochę prywaty, ale oba te podjazdy są dla mnie miarą samą dla mnie (przynajmniej w tym miejscu). Robert ma trochę inne podejście do podjazdów, traktując je jako środek do dostania się na górę by zjechać. Ja jednak także lubię to, co można i mogę wjechać, ot tak rozumiem klasyczne mtb.

Czerwony szlak na Rycerzową prowadzi sympatyczną ścieżką, urozmaiconą licznymi korzeniami i kamieniami, które znacznie przyjemnie pokonuje się mają fulla. Często tamtędy przejeżdżam, ale mając od kilku lat rower z pełną amortyzacją – wiele szlaków odkrywam na nowo.

Na wierzchołek Rycerzowej nie wjeżdżamy, ponieważ pokonanie ścianki skalnej i dalszy podjazd bez większych widoków nie jest na teraz naszym celem. Wybieramy jedynie słuszny wariant przejazdu szlakiem narciarskim, który po kilku minutach dołącza do niebieskiego szlaku prowadzącego na Przełęcz Halną, położoną pomiędzy Wielką a Małą Rycerzową.

W bacówce ponownie uzupełniamy płyny, tym razem nieco bogatsze w elektrolity – w końcu już trochę zasłużyliśmy na to ;).

Po wjechaniu na Małą Rycerzową, czeka nas fantastyczny zjazd na Przełęcz Kotarz. Mnie tylko widoki z hali nieco zatrzymują, by zrobić kilka zdjęć i staram się dogonić Roberta. Jednak Regina Gianta lepiej „połyka” beskidzkie szlaki niż mój Trance, więc mnie pozostaje jedynie gonić kolegę ;).

Przełęcz Kotarz wita nas ścianą, którą jeszcze w ubiegłym roku udało się mi wjechać. Teraz niestety zwózka drewna skutecznie rozwaliła sensowny wjazd, więc pozostało piesze pokonanie tego kilkusetmetrowego odcinka. Na wypłaszczeniu można już było wsiąść na rower i „w siodle” pokonać cały wjazd na Muńcuł. Nie wiem do końca skąd na koniec tej wycieczki znalazłem siły na pokonanie tego fragmentu, ale widać myśl o czekającym zjeździe była dobrym motywatorem :).

Na Muńcole czekam chwilę na Roberta. Odpoczywamy trochę, starając się jednak nie przedłużać pobytu na górze, by nie ostygnąć zanadto. Przed nami nagroda za cały dzień włóczenia się po szlakach Worka Raczańskiego – perła wśród pereł czyli niekończący się zjazd zielonym szlakiem do Ujsół.

Górna część szlaku powala widokami, nieco niżej sekcje kamienne wymagają dodatkowego skupienia. Chwilowy odpoczynek dla ridera na Szczytkówce pozwala nieco ostudzić emocje wywołane górnym odcinkiem, ale już po chwili wpadamy na wyjątkowy singiel: zarastający wąska ścieżka, najeżona niespodziewanymi schodkami, korzeniami i zewsząd zahaczającymi o rowerzystę krzakami, wymaga po raz kolejny więcej niż wzmożonej uwagi. Za to satysfakcja z pokonania szlaku – bezcenna! Bez dwóch zdań jest to jeden z najlepszych zjazdów w Beskidach. Blisko pięciokilometrowy zjazd wywołuje ogrom endorfin, i tylko od techniki i szybkości rowerzysty zależy ich ilość :).

Po zjeździe do Ujsół czeka nas już „tylko” asfaltowe przebicie się do Rajczy i kilkunastominutowy podjazd do zaparkowanego w Rycerce samochodu. Mycie rowerów, bardziej z kurzu niż błota, doprowadzanie siebie jako tako do ładu, by auta nadto nie zbrudzić. Klasyczne czynności. A w głowie same dobre myśli i już pierwsze wspomnienia – nie ma co – kolejny świetny trip przejechany :).

Garść statystyk:
Długość: 70 km
Przewyższenie: 2540 m
Trudność: 4/5

7 komentarze do wpisu: “Pętelka w Worku Raczańskim

    1. @paga, myślałem o tym, lecz podawany czas będzie za bardzo subiektywny. Często na przejazd mam mało czasu, więc trochę mocniej kręcę, ale na całodniowe wycieczki przeznaczam właśnie cały dzień, bez większej napinki. Oczywiście kontroluje czas przejazdu i w razie konieczności modyfikuje (choć zdarza się to niezwykle rzadko – po prostu wiem na co danego dnia mogę sobie pozwolić).
      Uważam, że podanie czasu przejazdu może wpłynąć na błędną decyzję, w jedną lub drugą stronę.
      Podaje „suche” dane odnośnie przejechanych kilometrów i przewyższenia, co w połączeniu z trudnością bardziej będzie wiarygodne dla poszczególnego rowerzysty.
      Poza tym są wycieczki, które np. samodzielnie jadąc przejechałbym o X% szybciej, a w towarzystwie X% wolniej (lub na odwrót 😉 ). Stąd jak widzisz, nie do końca będzie to miarodajne.
      Jeśli jeździsz trochę na rowerze, to znasz już swoje możliwości kilometrowo-podjazdowe, to możesz je odnieść do moich danych i porównać.

      Pozdrawiam

      ps.
      Pomocą przy identyfikacji czasu przejazdu mogą być numery zdjęć, które zaczynają się od daty, a potem godzina. Po najechaniu na miniaturkę, w dolnym pasku przeglądarki pojawia nazwa pliku. Póki co tego nie zmieniam, m. in. dla siebie, by znać czasy przejazdu między odcinkami.

  1. Dzięki za odpowiedź 🙂 będę sugerował się datownikiem ze zdjęć no i zaglądał tu częściej… 🙂
    Fajnie prowadzisz te relacje, brak teraz takich osób, a te co robiły, pewnie z braku czasu, nie prowadzą już podobnych blogów – myślę o osobach związanych z Endurotrophy, Emtb, Enduro69 itp. Trochę szkoda, ale rozumiem pęd życia i obowiązki dotykają wszystkich…

    pozdrawiam

  2. Hej,
    Świetna traska 🙂 Mam prośbę wielką… Czy mógłbyś podrzucić ślad gpx? Bardzo chętnie wybiorę się w te okolice na wycieczkę Twoim szlakiem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *