Dwudniowy wyjazd w Beskid Sądecki i Pieniny z racji dwóch różnych pasm górskich, choć położonych obok siebie, pozwolę podzielić na dwa wpisy. Oczywiście oba dni spędzone były na rowerach górskich, ale jednak specyfika miejsc, w których „działaliśmy”, zdecydowanie skłoniła nas do rozróżnienia ich na na naszej stronie.

Zależało nam z Olą, by w końcu odwiedzić Lechnica Singletrails. Natomiast nie chcieliśmy na nie przeznaczać całego dnia, będąc na „świeżo”, stąd pierwszego dnia naszego wyjazdu postanowiliśmy odwiedzić Beskid Sądecki. Co jakiś czas odwiedzamy to pasmo, ponieważ ma do zaoferowania naprawdę ogrom możliwości dla rowerzystów, szczególnie w górach :). Tym razem zależało nam, by zwiedzić, tj. zjechać i wjechać nowymi ścieżkami, których przynajmniej jedno z nas wcześniej nie znało. Wskutek tych założeń, powstała całkiem niezła trasa ;).

Zasadniczo wszystko niby układało się jak zawsze pomyślnie, od momentu spakowania, przyjazdu itd, aż do czasu. I hurtem napiszę o tym, bo takiej kolejki przeciwności, nie mieliśmy jeszcze nigdy! Ale po kolei:
– Olę zaraz na pierwszym kilometrze dopadła kobieca przypadłość (kilka dni przed terminem),
– po pierwszym wjechaniu na główny grzbiet, okazało się, że zapomniałem torebki podsiodłowej, w której miałem wszystkie potrzebne narzędzia (zestaw kluczy, łatki, smar, dętka, itp).,
– Ola na pierwszym zjeździe złapała gumę (a mieliśmy tylko 2 dętki, bez łatek… ),
– po pierwszym zjeździe rozkręciło mi się jarzmo przy siodełku (przypominam: nie miałem kluczy),
– mieliśmy jedną czołówkę na dwie osoby,
– na biwaku, po rozbiciu namiotu, okazało się, że jeden z dwóch śpiworów został w domu.
Także jak widzicie, przy takim splocie zdarzeń, dzień doprawdy dostarczył nam sporo dodatkowych emocji ;). Na szczęście udało się sprostać tym przeciwnościom :).

Szczegółowy przebieg trasy pierwszego dnia można zobaczyć na mapce poniżej i/lub pobrać plik gpx.

Wycieczkę rozpoczęliśmy w Szczawnicy, skąd rowerowym szlakiem wjechaliśmy na Przehybę. Temperatura w dolinie wynosiła ledwo 5 stopni, ale na szczęście niedługo po ruszeniu z parkingu, wyjechaliśmy z cienia, i promienie słońca zaczęły nas ogrzewać (swoją drogą podjazd też nieźle nas rozgrzał). W połowie pojazdu zostaliśmy „zaatakowani” przez stado owiec, które schodziło z gór. Tak wielkiej ilości tych zwierząt nie widzieliśmy do tej pory nigdy – ponad 1500 sztuk szło, szło i szło i końca widać nie było!

Po dotarciu na Przehybę, na pierwszy ogień zjazdowy, wybieramy niebieski szlak do Rytra. Zjeżdżamy nim aż do szutrówki w dolinie. Generalnie szlak bardzo interesujący i zróżnicowany – w wielu miejscach wymaga sporej uwagi i umiejętności o rowerzysty. Kilka stromych fragmentów, ale są i odcinki gdzie można się „puścić”. Nam zjazd utrudniały jesienne liście, ponieważ dodatkowo musieliśmy uważać na ewentualne niespodzianki pod nimi.

Drugi podjazd tego dnia, z doliny Roztoka Wielka wjeżdżamy szlakiem narciarskim przez Halę Konieczna. Początek całkiem znośny, ale po kilometrze droga dobrze się wystramia i praktycznie do samej hali nastromienie trzyma, dopiero powyżej niej, odpuszcza. Bez wątpienia jest to wymagający podjazd. Ubite szutrowe podłoże pomaga trzymać koło, ale kąt/nachylenie miejscami podrywa kierownicę do góry ;). Ale da się wjechać ;).

Dostawszy się ponownie na Przehybę, drugim szlakiem do zjazdu jakim wybieramy, jest żółty do Przysietnicy. Nie wiem jak w skrócie opisać ten szlak, ale przez pierwsze blisko 4 kilometry to singiel, singiel i jeszcze raz singiel. Na poszczególnych fragmentach różniący się trudnością, podłożem i szybkością przejazdu, ale jest doskonały! Druga część szlaku, choć już szersza, to wiedzie prawie nie uczęszczaną (a przez to nie zniszczoną) wąską drogą leśną. Można na tym odcinku pobawić się z szybkością i zwinnością ;).

Trzeci podjazd wjeżdżamy doliną Przysietnicy. Przez połowę doliny poprowadzony jest asfalt, co wcale nam nie przeszkadza, zważywszy, że musimy ponownie wzbić się ponad 600 metrów w górę. Droga oczywiście całkiem bystro pnie się, a po 3 kilometrach przechodzi w szuter i miejscami gorszą drogę leśną. Ogólnie kolejny bardzo męczący podjazd, szczególnie że nie możemy sobie pozwolić na wolniejsze podjeżdżanie, z racji krótkiego już dnia.

Na Przehybę docieramy punktualnie o 17. Szybko przebieramy się w nieco cieplejsze ubranie, szybki baton i łyk wody. Przed nami ostatni, nie tak wymagający jak wcześniejsze, zjazd. Przez Pieniążną i Stary Wierch chcemy dostać się do Szlachtowej a potem do Szczawnicy. Początek zjazdu jest dość wymagający, ponieważ wiedzie przez kamienistą, rozmytą leśną drogę. Nie każdy lubi takie zjazdy, ale w Beskidach niestety jest ich coraz więcej. Po Kilometrze podłoże szlaku rowerowego przechodzi już w nieco przyjaźniejsze, i można szybciej jechać. Oczywiście bukowe liście w ogromnej ilości miejscami mocno utrudniają przejazd, ale kto nie ryzykuje… ten zjeżdża po ciemku ;). Po kolejnych 2 kilometrach szlak wyjeżdża z lasu na polany i… przestajemy jechać. Nie da się, po prostu nie da się! Naszym oczom ukazuje się przewspaniały spektakl zachodzącego słońca pomiędzy Tatrami a Trzema Koronami w Pieninach. Magia światła i urokliwość miejsca czynią ten czas bardzo wyjątkowym. Niestety nie możemy sobie pozwolić na długie napawanie się tą chwilą, ponieważ bliski koniec dnia zmusza nas do dalszego zjazdu w dolinę. Po halach nad Szlachtową mkniemy także z nieskrywaną przyjemnością i przy szarówce dojeżdżamy na leśny parking w Szczawnicy, w dolinie Sopotnickiego Potoku.

Przy wodospadzie Zaskalnik znajdujemy dobre miejsce na rozbicie namiotu. Przy świetle czołówki choć trochę staramy się umyć w (bardzo) orzeźwiającym potoku, a w nagrodę za dzielność, rozgrzewamy się przy wieczornym ognisku. Nad głowami gwiazdy nie wróżą ciepłej nocy, ale cóż – jakoś udaje się ułożyć do snu i przespać noc. Wszak jutro czeka kolejny dzień pełen przygód :).

Garść statystyk:
Długość: 55 km
Przewyższenie: 2200 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *