Opowiem Wam swoją historię. Niekoniecznie historię całego życia, ale historię kilku ostatnich miesięcy, podczas których doświadczyłem wielu jakże skrajnych emocji związanych z uprawianymi przeze mnie sportami, a w zasadzie jednym – jazdą na rowerze.

Prolog:

Ola:
– Szymon, co Ty będziesz robił przez resztę roku (a był to koniec maja), jak już większość tras (domyślnie: w okolicy) objechałeś na mtb. Szosa to zupełnie inna jazda, inne wrażenia….
Ja:
– Tak, chyba prosta droga do wypadku i zrobienia sobie krzywdy.
Ola:
– … (brak słów)

Minęły dwa tygodnie, i stało się. A jak się stało, to już szerzej przeczytacie we wpisie Szosowanie w Beskidach.

Nie ukrywam, że szosa porwała mnie w swe objęcia, szczególnie dużo radości dostarczając na dłuższych, całodniowych trasach. Może nie robiłem przy tym dziesiątek segmentów czy KOM-ów, ale dała mi możliwość nowego spojrzenia na góry (w których bez wątpienia i tę dyscyplinę sobie upodobałem).

Minęły 2 miesiące, podczas których przejechałem kilka całkiem sympatycznych dłuższych tras i zaczęło się… Najpierw dziwne drętwienie okolic dłoni, które po chwili przechodziło. Potem lekkie przykurcze palców, które także po lekkim masażu czy prostowaniu – przechodziły. Ale do czasu. Po jednej z wycieczek, ściągając rękawiczkę, zauważyłem przykurcz małego palca; na tyle spory, że wzbudził mój żywy niepokój, tym bardziej że dolegliwość nie przechodziła z biegiem kolejnych dni.

Taki stan rzeczy w zasadzie mógł wziąć się też ze sporej ilości czasu spędzanego w pracy przy komputerze. Na początku diagnoz było wiele (diagnoz szukanych w czeluściach Internetu, oczywiście…).

Na początku: cieśń nadgarstka. Hmm, brzmiało przekonująco. Tylko coś objawy nie końca spasowały, bo palce nie te.

Idziemy dalej: przykurcz Dupuytrena. Brzmi już bardziej światowo, no i ta wymowa – jest dobrze ;). Idę więc z przypuszczeniem tej dolegliwości do pierwszego ortopedy. Oczywiście prywatnie (choć w Żywcu nawet terminy na NFZ sensowne są – 2-3 tygodnie czekania), by czym prędzej potwierdzić diagnozę i wdrożyć odpowiednie leczenie. Wizyta była całkiem przyzwoita, dość dobrze przeprowadzony wywiad, z kilkoma pytaniami czy aby jakiegoś uderzenia nie było w palec, czy podobne urazy. Mówię: nie pamiętam – krew się nie lała, złamania nie było, ale przypadkiem jakieś zahaczenie o drzewo na skiturach czy krzak na rowerze mógł mieć miejsce. No dobra, kobieta wypisała kilka recept, dała namiary na kolegów w okolicy co to robią takie a takie badania i… no właśnie nie wiedziałem co dalej. W sumie, trochę mnie uspokoiła, że będę żył, ale zostawiła diagnozę: „do kilku miesięcy zabieg, ponieważ będzie trzeba uwolnić pewne tkanki w dłoni”. Reasumując – prochy + fizjo lub ich brak – i tak doprowadzają mnie na stół.

Kolejna wizyta, już na NFZ. Miły i młody lekarz, bardzo sensowny i długi wywiad, dokładne obejrzenie dłoni, nawet zdjęcie RTG zrobił. I ponownie jakby na siłę chciał wydusić ze mnie zeznanie, że uderzyłem gdzieś palcem. I diagnoza: „rozdwojenie ścięgna prostownika”. Hmm, brzmi sensownie – sami przyznacie. Nim zdążyłem zapytać, co z tym dalej „robimy”, lekarz już umówił mnie na zabieg zszycia ścięgna. „I wie Pan, 4-6 miesięcy dłoń unieruchomiona, to się musi ładnie pozrastać”. No – to zabolało – bardzo. Głęboko, w samym dołku – myśl, że przez przynajmniej miesiąc, a jak znam życie to 2-3, włączając do tego rehabilitację, miałbym obejść się bez roweru… No pięknie, to się doigrałem. „Przez sport do kalectwa” – głosi ludowe porzekadło… ech.

Cóż, lekarz przekonał mnie do swojej diagnozy na tyle, że od razu w pracy szefa przygotowałem na moją przyszłą ograniczoną przydatność w pracy. W domu Ola niemal od razu zasugerowała, bym czym prędzej stał się leworęczny, by ułatwić mi życie. No tak, a co zastąpi rower?

Minął tydzień, w czasie którego miałem nosić szynę, która miała za zadanie rozprostować mój palec oraz nieco rozluźniłć ścięgno, by po zabiegu od razu szwów nie pozrywać. Przychodzę do gabinetu, mija chwila, wchodzi lekarz i patrzy na palec. „Oj nie – palec wciąż za bardzo przykurczony, nie możemy robić zabiegu. Proszę przyjść za tydzień. I pamiętać o szynie!”. No… jakby powiedzieć… bywa. Trzy głębokie wdechy, i czekamy kolejny tydzień.

Wieczorem rozmawiamy sobie z Olą, w zasadzie to ona od razu to sugerowała, że może by to zobaczył jakiś rehabilitant czy fizjoterapeuta, by lepiej ten palec do zabiegu przygotować (tak, cały czas byłem przeświadczony i konieczności tego rozwiązania). Szybka burza mózgów, do kogo by tu uderzyć. Przypomniała nam się koleżanka, Ewelina Zbijowska (trener personalny oraz Instruktor Rekreacji Ruchowej), która tego roku doświadczyła poważnego urazu kolana podczas biegania i trafiła w ręce fizjoterapeutów, którzy z sukcesem doprowadzili ją do pełnego zdrowia w czasie 2 miesięcy, bez konieczności operacji, gdzie zwyczajni lekarze dawali jej blisko rok do umiarkowanego zdrowia.

Szybki telefon, wymiana kontaktów i już następnego dnia jestem umówiony na wizytę. Widać tak miało się stać, by tamtego dnia nie iść na stół i wspomóc się jeszcze jedną diagnozą.

Jako, że lepszej rekomendacji niż tej, jaką otrzymałem od Eweliny nie mogłem mieć, to nie mogąc się doczekać wizyty – już cieszyłem się na nią, że może jednak będzie jakieś trzecie rozwiązanie mojego urazu.

Przyjeżdżam na miejsce – centrum Bielska-Białej, obszerny parking, wyremontowany duży dom. By wejść do środka trzeba zgłosić się na domofonie – od razu ktoś w recepcji otwiera. Miłe powitanie, kilka ciepłych słów połączonych z propozycją kawy. Najpierw wypełnienie dokumentów, kilka kartek, ale jakże dobrze to się robi siedząc na wygodnej kanapie. Hmmm, ciekaw byłem co będzie dalej. Ok, oddałem papiery i od razu Dominik, szef ośrodka – wziął mnie do gabinetu. Niemalże od razu zjawili się Kuba i Sebastian, którzy słuchali historii mojej „choroby” i wcześniejsze diagnozy. Jednocześnie niemal cały czas to na lewo, to na prawo ruszali ręką, dłonią, palcami – niemalże każdy z nich osobna musiał samodzielnie przeprowadzić wywiad, jednocześnie łącząc poszczególne fakty w konkretną diagnozę.

I cóż mi dolega – zapytacie. Ależ proszę: ucisk nerwu łokciowego i pośrodkowego.
A jak to się stało? Zbyt długie i jednostajne trzymanie kierownicy szosy + drgania/dobicia, spowodowały uraz nerwu przechodzącego przez nadgarstek, upośledzając tym samym pracę części dłoni i palców. Późniejsza wizyta u ortopedy w tym ośrodku, połączona z badaniem USG, w 100% potwierdziła tę diagnozę. W międzyczasie byłem już na kilku sesjach zabiegowych, gdzie głównie Kuba (przydzielony mi osobisty fizjoterapeuta 🙂 ), odpowiednio zajmował się mną, by powoli doprowadzać dłoń do sprawności.

Oczywiście jeszcze długa droga przede mną, ale co ważne, widać już światełko w tunelu :). I zapytanie teraz gdzie to w Bielsku-Białej jest taki ośrodek – ależ proszę – już odpowiadam:
OrtoMedSport, Bielsko – Biała, ul. Kazimierza Wielkiego 26.

Zapytacie, czy warto? Zdecydowanie. Pełen profesjonalizm w podejściu do pacjenta. Zaangażowanie, na początku przede wszystkim w postawieniu odpowiedniej diagnozy, a następnie w przebieg rehabilitacji. Kompleksowe przygotowanie i wyposażenie do najnowocześniejszych zabiegów fizjoterapeutycznych bez wątpienia wyróżnia ten ośrodek na tle innych. Że już nie wspomnę o przyjaznej atmosferze, gdzie człowiek czuje się faktycznie traktowany z należytą uwagą, wszak niejednokrotnie nie tylko ciało, ale i psychika wymaga odbudowy i postawienia do pionu.

Nie muszę chyba już nawet dodawać, że OrtoMedSport specjalizuje się typowo w urazach sportowych, gdzie lecząc z powodzeniem wiele osób zawodowo uprawiających różne dyscypliny, mają szeroki zakres wiedzy dotyczący funkcjonowania ludzkiego organizmu. Wiedzą, gdzie i jak szukać przyczyn urazu oraz co najważniejsze – jak przywrócić pełną sprawność.

Przyznaję – tekst zawiera lokowanie produktu – ale jak tu nie wspomnieć o osobach, które nie tylko mnie, ale i wielu osobom, którym bliskie jest aktywne życie, pomagają odzyskać sprawność fizyczną, by móc dalej robić to, co kochają.

Epilog
Jeśli przypadkiem i Tobie przytrafi się jakiś uraz, który utrudnia lub pozbawia Cię możliwości robienia tego, co dla Ciebie najważniejsze – koniecznie skontaktuj się z OrtoMedSport. Jestem przekonany, że już po pierwszej wizycie nabierzecie przekonania o słuszności podjętej decyzji ;).

ps.
oczywiście nikomu źle nie życzę, nie mniej jak wiemy: „Shit happens”

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *