Cresta Bianca (2 932 m n.p.m.) pierwotnie była rezerwowym celem, przygotowanym raczej na koniec wyjazdu, gdy jeszcze pogoda i siły „puszczą”. Jednak korzystne warunki śniegowe zachęciły nas do zmiany tych planów i tym samym czwartego dnia, stawiliśmy się na parkingu u wylotu doliny Pra del Vecia, skąd rozpoczyna się i kończy tura na tę górę.

Turę rozpoczęliśmy tuż po siódmej. Udało się nam nawet być jedną z pierwszych ekip zdobywających dziś tę górę. Z racji przypadającej soboty, tego dnia trasa cieszyła się sporą popularnością, (ok. 40 osób tego dnia ją zdobyło). Początek tury wiódł dość krętym szlakiem, nieco ponad dnem doliny. Zarówno podczas podejścia jak i zjazdu, trzeba było wykazać się dobrym opanowaniem nart. Dopiero po ok. 500 metrach podejścia, dolina się rozszerzyła i można było dość wygodnie zakosami zdobywać jej kolejne piętra.

Po dwóch godzinach zrobiliśmy pierwszy odpoczynek, jednocześnie pierwszy raz zobaczyliśmy cel naszej wycieczki. Szczyt jak i jego otoczenie imponująco prezentowały się tego dnia! Dobrze było widać szlak podejścia oraz ostatnie metry, które trzeba było pokonać bez nart.

Na wierzchołek dotarliśmy w niespełna 4 godziny od wyruszenia z parkingu – dobry czas udało się nam wykręcić (choć przyznam, że minęło nas kilka osób, a nasze tempo jak sami przyznaliśmy, nie było nadto szybkie). Nawet nie wiem jak, ale na górze spędziliśmy blisko godzinę. Napawaliśmy się wspaniałymi panoramami, które doprawdy oczarowały nas. Swego rodzaju ciekawostką były chmury, które co wyższe skalne wierzchołki dzieliły na dwie części.

Zjazd z Cresta Bianca ponownie jak dzień wcześniej, górą był dość twardy, ale przyjemny. Natomiast nieco niżej ponownie dostąpiliśmy „zaszczytu” puchowego zjazdu po rozległych połaciach górnej części doliny. Że już nie wspomnę, że kilka pobliskich zboczy wciąż było nietkniętych nartą… Dolny odcinek jak wcześniej wspomniałem, był dość wymagający. Wyjeżdżone ślady, wąskie przejazdy i lawirowanie pomiędzy skałami i drzewami jak krawędzią doliny wymagały od nas sporego skupienia. Na szczęście udało się bez przykrych zdarzeń zjechać do auta. No, właściwie to jedno zdarzenie miało miejsce, lecz na początku zjazdu w puchu. Przy sporej prędkości, gdzie pokrywa śnieżna sięgała blisko dwóch metrów, najechałem na ukryty pod śniegiem kamień – idealnie wystrzelił mnie z nart, jednocześnie pozostawiając głęboką rysę (do rdzenia).


Dzień 5

Na przedostatni dzień wyjazdu ponownie wybraliśmy grupę Dolomiti di Sesto. Co prawda poranek przywitał nas zachmurzonym niebem, ale prognozy były korzystne więc pojechaliśmy do Sesto a następnie wgłąb doliny Fiscalina, gdzie przy Ristoro Piano Fiscalina zostawiliśmy auto. Początek wycieczki wiódł doskonale przygotowaną trasa do narciarstwa biegowego. Po niedługim czasie odbiliśmy w lewo, w wąską odnogę doliny prowadzącą do schroniska Zsigmondy-Comici. Po dotarciu pod charakterystyczny szczyt La Lista zrobiliśmy sobie odpoczynek w promieniach słońca, a następnie odbiliśmy w prawo (lewa odnoga prowadzi przez wąski i stromy żleb na wybitny szczyt grupy Sesto – Monte Popera). Tutaj słonko zaczęło dawać się nam we znaki, a w okolicach schronisk Zsigmondy co niektórzy uczestnicy wycieczki zdecydowali się nawet na pierwsze w tym roku opalanie topless ;).

Po krótkim odpoczynku, łagodnie i powoli (temperatura w zacisznej dolinie była naprawdę wysoka) wznosiliśmy się ku przełączce między Croda Fiscalina Mezzo i Est. Pod drodze podziwialiśmy możliwości, jakie dolina daje do jazdy nawet początkującym skiturowcom – jej zbocza przy puchu muszą dawać mnóstwo frajdy! Cały czas towarzyszył nam widok na wybitny i fotogeniczny szczyt Cima Dodici. Za przełęczą trafiliśmy na wycieczkę, która podchodziła od strony doliny Sasso Vecchio, więc na szczycie nie byliśmy sami – na szczęście jest on dość rozległy ;). Przy okazji udało się spytać lokalnego przewodnika o możliwość (i stopień trudności) zjazdu na drugą stronę, w kierunku jeziora Lago dei Piani. Ponieważ miało być przyjemniej i szerzej, zdecydowaliśmy się na tę opcję, zdecydowanie ciekawszą pod kątem krajobrazowym i narciarskim.

Po zjechaniu pod przełęcz Forcella Pian di Cengio jednogłośnie stwierdziliśmy, że warto przefoczyć się i podejść na przełęcz by zakosztować dłuższego zjazdu – śnieg był naprawdę przyjemny! Zjazd z progu doliny zrobiliśmy według trasy zaproponowanej przez Alpenverein, trawersując strome zbocze w kierunku Fiscaliny. Północną stroną doliny Sasso Vecchio też prowadzi przyjemny zjazd, ale nasz wariant pozwolił nacieszyć się resztkami puchu ;). Dolne partie doliny, niestety rozjeżdżone, nie były zbyt przyjemne, za to dojazd do auta trasą biegówkową był bardzo wygodny! Tym samym udało się zrealizować 200% planu, bo zakładaliśmy raczej zjazd droga podejścia, co też byłoby przyjemne, jednak pętla ciekawsza była zarówno pod kątem krajobrazowym, jak i zjazdowym.


Dzień 6

Ostatniego dnia wyjazdu zaplanowaliśmy nieco krótszą wycieczkę w grupie Dolomiti di Braies. Poranek ponownie powitał nas bezchmurnym niebem, a parking przy Lago di Braies solidnym mrozem ;). Po zamarzniętym jeziorze (sądząc po zdjęciach, latem to bardzo malownicze miejsce, z pewnością dobry cel na solidną wycieczkę szosową!) przeszliśmy do podnóży Giavo Grande, który był celem dzisiejszej tury. Po drodze mogliśmy podziwiać długi żleb, będący opcją zjazdu ze szczytu w stronę jeziora. Łagodnie wznosząc się (za wyjątkiem całkiem stromego przewężenia Buco del Giavo) dotarliśmy na grzbiet między Giavo Grande a Giavo Piccolo, w okolice stacji meteorologicznej. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, napawając się wyjątkowo oryginalnymi widokami krasowej doliny, nad którą górowały szczyty Croda del Beco, Monte Muro i inne nienazwane wzniesienia. Zgodnie stwierdziliśmy, że można by tu rozbić namiot i przez tydzień rozjeżdżać prawie nietknięte połacie śniegu!

W drodze na szczyt spotkaliśmy rozmownego skiturowca, który zachęcił nas do zjazdu wspomnianym żlebem, zamiast drogą podejścia (opisał nachylenie jako 25-30 stopni, jak się później okazało, trochę się machnął 😉 ). Na górze tym razem byliśmy sami, nie licząc zabawnych czarnych ptaszysk, najwyraźniej oswojonych z widokiem turystów. W spokoju kontemplowaliśmy widoki zdobytych wcześniej szczytów i przełęczy. W oddali widać było charakterystyczne Tre Cime di Lavaredo, Tofany, Marmoladę a blisko nas Picco di Vallandro, który odpuściliśmy na rzecz Grande Giavo. Szymon zachęcony miękkim śniegiem zrobił sobie dodatkowo krótki zjazd ze szczytu, a później już razem ruszyliśmy w drogę powrotną. Nastromienie górnej części żlebu nieco mnie zaskoczyło, na szczęście warunki były przyjemne, nawet jakieś puchowe miejsca udało się znaleźć. Za to dolna część doliny, która zdążyła już stwardnieć, chyba wszystkich wymęczyła. Poza tym, prawie 1000m ciągłego zjazdu nieczęsto zdarza się robić, to i wprawy nie ma ;). Jeszcze tylko ostatni odcinek „łyżwowania” po zamarzniętym jeziorze i meldujemy się z powrotem przy hotelu Lago di Braies.

Tak oto w skrócie wyglądał nasz pobyt w Dolomitach. Wraz z Bolkiem i Przemkiem udało nam się fantastycznie spędzić czas pośród wyjątkowych gór. Dolomity zaoferowały nam przez te sześć dni to, co mają najpiękniejszego. Jako, że był to już mój trzeci wyjazd skiturowy w te góry, wiedziałem trochę czego mogę się po nich spodziewać. Lecz mimo to po raz kolejny zaskoczyły mnie swoim urokiem, cudownymi widokami i wyjątkową atmosferą.

Dzięki doskonałej pogodzie, jaką zastaliśmy na miejscu, udało nam się zrealizować z naddatkiem zaplanowane trasy. Ponadto warunki lawinowe, które w komunikatach przez cały okres trwania wyjazdu dawały mocną trójkę, zdeterminowały nas do szukania i realizacji bezpieczniejszych tras (w ich wyborze nie byliśmy sami, widząc jaką popularnością cieszyły się wśród lokalnych skiturowców wybrane trasy). Z pewnością ponownie tu zawitamy, zarówno latem jak i zimą, poznając kolejne rejony tych pięknych gór (nota bene do tej pory nie wiem, czy bardziej podobają mi się one latem czy zimą :).

Zobacz także:
» Skiturowe Dolomity #1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *