Sobotni wyjazd w Beskidy Kysuckie pozostał już pamięci. Lecz weekendu nie można było tak zakończyć, by tylko w jeden dzień kręcić w górach, szczególnie że według prognoz miały to być ostatnie tak ciepłe i słoneczne dni tego roku. A już na pewno wysysające z liści całą gamę jesiennych barw, które swoim rozmachem urzekłyby niejednego malkontenta.

Wszelakie prognozy już od kilku dni złowrogo zapowiadały nadchodzący front – opady i znaczne obniżenie temperatury – słowem – typowa jesienna słota. Jeszcze w sobotni wieczór usiłowałem wykalkulować, ile będę miał czasu, by maksymalnie długo być w górach a nie zmoknąć zanadto. Jakoś mi wyszło, że ok. godziny 17 zacznie padać…

Wycieczkę rozpocząłem w Sopotni Wielkiej, powyżej pętli PKS. Wygodną stokówką wjechałem pod wschodnie stoki Romanki, by później leśną drogą przez Halę Łyśniowką, Przełęcz Pawlusią dostać się na Rysiankę. Ten fragment na początku jest dość wymagający, by później przejść w łatwiejszą dróżkę, lecz ze sporym nachyleniem. Lecz im wyżej się wznosimy, tym motywacja do dalszej walki z podjazdem rośnie, ponieważ wyłaniają się coraz rozleglejsze widoki.

Rysianka i schronisko tamże, to miejsce dla mnie i Oli niemal kultowe. W zimie, na skiturach, odwiedzamy je częściej niż latem. Warunki śniegowe są niespotykanie lepsze niż w sąsiednich pasmach, a dodatkowo bardzo smaczna kuchnia, z wiecznie jednakowo wyśmienitą zupą pomidorową, czyni je bardzo gościnnym miejscem. Co prawda tylko tego lata odwiedziłem to miejsce kilkanaście razy na rowerze, niejednokrotnie 2x w ciągu wycieczki, ale taki już urok tego miejsca i możliwości prowadzenia tras w okolicy.

Zrobiwszy sobie kilkanaście minut odpoczynku, ruszyłem w dalszą drogę w kierunku Trzech Kopców. Dalej niebieskim szlakiem, wzdłuż granicy państwa, pojechałem na Krawców Wierch. Przejeżdżany przeze mnie fragment jest jedną z nielicznych ostoi naturalnie dzikiego szlaku granicznego. Co prawda quadowcy i leśnicy zaczęli już w niego ingerować, ale wciąż spora jego część pozostaje naprawdę świetnym trailem.

Bacówka na Krawcowym Wierchu to takie moje miejsce w górach. Szczególne poprzez swe położenie, z dala od ruchliwych szlaków i wyjątkowe, za przyczyną gospodarzy prowadzących ten obiekt z sercem. Myślę, że przekona się o tym każdy, kto choć raz spędzi w nim noc i zakosztuje pyszności serwowanych przez kuchnię. A wieczorem wyjdzie na halę, spojrzy na zachodzące słońce i przyzna, że znajduje się w otoczeniu nieokiełznanej przyrody, w majestacie gór…

Z Hali Krawculi zjeżdżam dalej granicą na Przełęcz Glinka Ujsolska i dalej granicą jadę w kierunku Jaworzyny. Mniej więcej w połowie tego fragmentu chcę znaleźć odbicie, by dostać się na niżej położone stokówki, którymi zamierzam wrócić do Glinki. Po dwóch nieudanych próbach przebicia się, udaje się trafić na sensowny, choć stromy zjazd. Później już bardzo wygodną leśną drogą dojeżdżam nieco powyżej pętli PKS w Glince. Na miejscu kupuje kilka kabanosów i kolejną stokówką wjeżdżam na Glinkę. W zasadzie zależało mi by maksymalnie wygodnie dostać się do sąsiedniej doliny Złatnej, a że nie chciałem jechać asfaltem, to wybrałem przebicie się przez grzbiet. O ile wjazd był prawie bezbolesny, o tyle zjazd nie końca mi wyszedł. Miałem kilka podejść do niego, ale żaden nie kończył się czymś przyzwoitym. Koniec końców przebijałem się z Kubiesówki mocno zakrzaczonym lasem, gdzie zapewniam Was – na pewno do tej pory nie widziano rowerzysty. Koniec zjazdu to już zabawa po dnie potoku, ale uff, udało się. Mocno wymęczył mnie ten zjazd a miał być etapem, gdzie nieco odpocznę.

W Złatnej jak na złość pozamykane były już wszystkie (trzy) sklepiki i nie udało mi się kupić nic sensownego do picia. No cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz to mi się zdarza. Wjeżdżam więc niebieskim szlakiem w nadziei na szybkie dotarcie do jednego ze strumyków, które go przecinają. Dopiero po pół godzinie trafia mi się wątły ciek, ale lepsze to niż nic. Po kolejnych kilkunastu minutach jazdy trafiają się bardziej wydajne potoki. A niebieskim szlakiem dawno nie jechałem. W zasadzie tę wycieczkę układałem między innymi pod niego, by móc nim wjechać. I cieszę się, że po kilku latach wciąż prezentuje się całkiem dobrze. Co prawda drwale nieco poszerzyli widoki z niego, ale za to nie zniszczyli w większości jego przejezdności. Szlak wije się kilkoma kilometrami po południowych stokach Lipowskiej i na wielu fragmentach wymaga większej precyzji od rowerzysty, dzięki czemu warto nim i w górę i w dół raz na czas się przejechać, by poćwiczyć technikę.

Dojeżdżając na grzbiet wyjątkowo zatrzymuje się przy schronisku na Hali Lipowskiej. Tutaj stawiam sam sobie colę, dojadam kabanosa i zbieram siły na zjazd. Jest 16.50. Odnoszę kilka śmieci do kosza w schronisku, odwracam się i… zaczyna padać. Pamiętacie jaką godzinę wskazałem na początek opadów? Tak – punktualnie o 17-tej zaczęło kropić, a później już padać. Mnie został już tylko przejazd przez Rysiankę i zjazd do Sopotni niebieskim szlakiem. Przyznaję się bez bicia, że pierwszy raz jechałem nim na rowerze. Stąd też bardzo zależało mi, by nim zjechać. Wiedziałem, że mogę szybciej dostać się na dół, jedną z przecinek a potem stokówką, lecz ów niebieski szlak był dla mnie ważniejszy. Górny odcinek jest jeszcze przejezdny dobrym tempem i przy lepszej technice rowerzysty, na pewno jest w nim moc. Mnie jeszcze się podobał. Z kolei druga, dolna część, pomimo fajnego początku, dalej okazała się dla mnie mało przystępna. Może zmęczenie, może mokre warunki i presja czasu spowodowały średnie wrażenia z jego przejazdu. Niemniej niekoniecznie będzie mi się chciało powtarzać ten fragment w niedalekiej przyszłości. Teraz przynajmniej wiem, jak ów szlak prezentuje się z perspektywy rowerzysty.

Do auta dojeżdżam po 30 minutach startu z Lipowskiej – nie najgorszy wynik – przyznacie. Na dole opad przeszedł tymczasowo w mżawkę, więc po rozkręceniu roweru, nieco go przemyłem w lokalnym potoku i z poczuciem dobrze zagospodarowanego weekendu, mogłem tymczasowo rower odstawić na stojak. Ale tylko TYMCZASOWO 🙂

Garść statystyk:
Długość: 57 km
Przewyższenie: 2480 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *