Dzień 4

Czwarty dzień naszego pobytu w Plavie miał być wisienką na torcie naszych tegorocznych tras MTB w Czarnogórze. Wcześniej obejrzane zdjęcia z trasy, mocno nas zmotywowały do obrania za cel tych gór, podczas urlopu. Budzik ustawiony na 7, by możliwie dużo czasu mieć na planowaną wycieczkę.

Gdy otworzyliśmy namiot, pierwszym uderzeniem był przeraźliwy chłód, jaki nas ogarnął. Hmm, nie patrząc jeszcze na niebo pomyślałem od razu, że noc była bezchmurna (wszak tak wróżyli na dziś) i stąd chłodniejszy poranek. Gdy jednak podniosłem głowę i zobaczyłem… góry oblane chmurami, mina mi zrzedła. Ale nie, nie – nie może tak być. To na pewno tylko poranne zachmurzenie, które wraz każdą minutą wstającego dnia, gdzieniegdzie prześwitującego już słońca, przyniesie piękny dzień. Ok, jemy śniadanie, szybka kawa, pakowanie plecaków i… zaczyna pokropywać. Przestaje, znów zaczyna. Nie, nie może tak być! Patrzę na radary z chmurami – nie wygląda to dobrze. I jeszcze ta temperatura – 7 stopni na wysokości 900 m n.p.m., to na 2100 gdzie mamy się udać będzie poniżej zera! I jeszcze byśmy to przeskoczyli jakoś, wszak zdarzały się wyjazdy przy niższych temperaturach, ale perspektywa całodniowej wycieczki pośród chmur, na trasie której widoki są dominującym aspektem wycieczki – nie – na to nie mogliśmy sobie pozwolić.

W międzyczasie w głowie już klaruje się nowy harmonogram urlopu, który bierze pod uwagę ponowne zawitanie do Plavu, ale już w drodze powrotnej, oczywiście przy sprzyjających warunkach pogodowych. Cóż, pomimo przygotowanych i złożonych rowerów, trzeba ponownie je rozłożyć i włożyć do auta. Zapada decyzja – przyspieszamy drugą część urlopu i jedziemy nad morze, rozgrzać się i zakosztować szosowych przejazdów po nadmorskich kurortach Czarnogóry :).

Przed dwunastą opuszczamy gościny camping w Plavie i przez Andrejewicę, Kolasin i Podgoricę, dojeżdżamy do Tivatu. Trasę od Kolasina w kierunku południowym przejeżdżamy każdorazowo podczas naszego pobytu w Czarnogórze. Głęboki i dziki kanion rzeki Moracy, wzdłuż którego położona jest droga, robi na nas zawsze spore wrażenie.

Z racji mocno ograniczonej (nie wiemy do końca dlaczego) ilości campingów na wybrzeżu, wcześniej sprawdzamy te aktualnie czynne i postanawiamy zameldować się na campingu Lovcen w Lepetane. Wybór miejsca o tyle dla nas optymalny, że będzie dobrym punktem startowym do jutrzejszej wycieczki, a jeszcze tego dnia podjechaliśmy szosą pobliskiego Tivatu, którego marina kilka lat temu zrobiła ogromne wrażenie. Postanowiliśmy sprawdzić, jak się sprawy mają obecnie i… jest tylko lepiej :). Jachtów w marinie wciąż sporo – doprawdy jest na czym oko zawiesić a samo nabrzeże wciąż robi wrażenie – zdecydowanie polecamy odwiedzić to miejsce.


 

Dzień 5
Wyjeżdżając na urlop, wiedzieliśmy że w kraju w tym czasie w użyciu bardziej przydadzą się kajaki niż rowery. Spore opady deszczu, które przez niemal tydzień kłębiły się nad Polską, na szczęście na riwierze czarnogórskiej nie były dla nas zagrożeniem. Stąd wyjeżdżając z Plavu wiedzieliśmy, że na wybrzeżu możemy liczyć na sprawdzoną pogodę. I w zasadzie, częściowo, nie zawiedliśmy się. Jedynie wrześniowe temperatury trochę nas wychłodziły. Jeśli na rowerze górskim, na którym wolniej się jeździ, temperatura nie odgrywa aż takiej roli, o tyle na szosie jest już inaczej. Stąd tez pomimo słonecznych dni, w cieniu dawało się odczuć nieprzyjemny chłód. A był on potęgowany wraz ze wzrostem wysokości. Zapytacie: „jakiej wysokości? Przecież jesteście nad morzem!”. No właśnie – kolejnego dnia naszego urlopu w planie mieliśmy przejazd pętli szosowej do pierwszej, historycznej stolicy Czarnogóry – Cetinje. I tu jeśli spojrzycie na mapę, dostrzeżecie, że droga z Tivatu czy Kotoru, pięknie wznosi się wieloma serpentynami na wysokość prawie 1000 m n.p.m. A to i tak nie cały podjazd, jaki czekał nas tego dnia. Otóż chcieliśmy jeszcze wjechać na Jezersky Vrch, gdzie znajduje się Mauzoleum Piotra II Petrowicia-Niegosza – ostatniego władyki Czarnogóry.

I znów będąc kilka lat temu w okolicy, na jednej z serpentyn zawróciliśmy samochód, którym wjeżdżaliśmy w masyw gór Lovćen, ponieważ zbliżająca się burza, nie pozwoliła by nam w spokoju napawać się widokami ze szczytu. A teraz – przy prawie idealnej pogodzie, niemal grzechem byłoby nie skorzystać i nie wjechać na górę. Swoją drogą jednym z celów wyjazdu urlopowego, jaki chciałem zrealizować, było pokonanie przynajmniej jednej z alpejskich przełęczy. Myślę, że 26 serpentyn połączonych z 1600 metrami podjazdu oraz widokami na skaliste góry, może rekompensować brak słowa „Alpy” w lokalizacji dzisiejszej wycieczki.

Tym samym dosłownie z poziomu morza zdobywamy kolejne metry w górę. Asfalt w zasadzie dobrej klasy pozwala wygodnie wjeżdżać. A jako że początek i koniec trasy wieść będzie tym samym odcinkiem, mamy okazje zaznajomić się z każdą z 26 serpentyn :). Po wjechaniu na przełęcz na wysokość 980 m n.p.m., jednocześnie przekraczamy granicę Parku Narodowego Lovćen.

Z przełęczy odbijamy w prawo na wschód, kierując się już właściwy cel naszej wycieczki – Jezerski Vrch. Droga już znacznie węższa, choć jakość asfaltu nie spada. Za to pojawiają się znacznie stromsze odcinki, wymagające od nas lepszej kondycji. Tej na szczęście nie brakuje, i swoim tempem zdobywamy wierzchołek. Do samego mauzoleum nie wchodzimy, ponieważ nie bardzo jest gdzie zostawić rowery, a poza tym spora ilość turystów też do tego nie zachęca. Natomiast z tarasu widokowego i tak rozpościera się rozległa panoram w zasadzie na wszystkie góry Czarnogóry. Widoczność tego dnia pozwalała nam dostrzec na północy szczyty gór Durmitor (z najwyższym szczyem Czarnogóry – Bobotov Kuk 2523 m n.p.m), poprzez nieco bliżej położony Maganik, Bjelasicę czy Prokletije. Cieszy nas wyjątkowo także fakt, że w zasadzie we wszystkich wspomnianych widocznych pasmach już byliśmy :).

Po krótkim odpoczynku czeka nas teraz kilkadziesiąt kilometrów zjazdu do Cetinje. Ubieramy się we wszytko co mamy ciepłego, czyli długą bieliznę na ręce i kamizelki i w zasadzie za ciepło nam nie jest. Dobrze, że słońce rozgrzało już dzień, ponieważ wciąż znajdujemy się na sporej wysokości, a Cetinje położna jest na 650-700 m n.p.m. czyli w zasadzie też w górach.

Przez Cetnije przejeżdżamy kilka razy rowerem, raz szukając dobrego miejsca na obiad a dwa, chcąc zobaczyć, co poza monastyrem Narodzenia Matki Bożej miasto może zaoferować turystom. I w zasadzie niewiele. Owszem, można dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, odpocząć i posiedzieć ze znajomymi pod jedną z kilkudziesięciu paralek lokali gastronomicznych i w zasadzie tyle. Owszem, na miejscu można opowiedzieć o historii miejsca i kraju, ale nie ma tam żadnych porywających wizualnie czy architektonicznie atrakcji. Niemniej, będąc w gdzieś w okolicy, myślę że warto tu przyjechać i przespacerować się miejskim deptakiem, wejść do parku czy też zwiedzić monastyr.

Posileni smacznym obiadem, wyjeżdżamy z miasta kierując się na zachód. Powrót zaplanowaliśmy nieco inną trasą, która dopiero na przełęczy powyżej Kotoru połączymy się z drogą, którą wjeżdżaliśmy. Przez wsie Dubowik i Kopito dojeżdżamy na płaskowyż, położony po drugiej stronie masywu Lovćen. Na trasie spotyka nas spora niespodzianka, ponieważ z prawie 30 km prowadzących do przełęczy, blisko 10 jest w remoncie. Ale to takim remoncie, gdzie ruch prowadzony jest po szutrowej drodze. Oj, wycierpiały się nasze rowery, oj wycierpiały. I tylko w duchu modliliśmy się, by nie złapać gumy czy innej krzywdy. Na szczęście nasze szosy po raz kolejny pokazały „gravelowy” charakter i udało się bez nieprzyjemnych konsekwencji przejechać remontowane odcinki. Jedynie wydłużyło nam to o prawie godzinę przejazd trasy. Dobrze zatem, że rano wcześniej wyruszyliśmy, by mieć właśnie drobny zapas na tego typu nieprzewidziane przygody.

Kilka minut przed 16 meldujemy się na przełęczy, skąd czeka nas już w większości tylko zjazd. Perspektywa ta napełnia nas wielka radością, tym bardziej, że gdy rano wjeżdżaliśmy, kilka okolicznych szczytów było zasłoniętych przez chmury, a teraz niemal krystaliczna przejrzystość cudownie pokazuje niebywałą perspektywę gór wystających dosłownie prosto z morza. Boka Kotorska (czyli zatoka) z tej perspektywy prezentuje się wyjątkowo! I o takim widoku także marzyliśmy podczas naszego urlopu :).

Serpentyny pokonujemy niespiesznie, ciesząc się ciepłym dniem, radością jazdy ba szosie i rozległymi widokami. Ostatni odcinek trasy nieco zmieniamy, ponieważ wiedzie już zacienionym (czyli chłodnym) wybrzeżem Boki Kotorskiej i zjeżdżamy do Tivatu, skąd główną adriatycką drogą tzw. Jadranką, dojeżdżamy na camping.

Radość i satysfakcja nie do opisania. Szczególnie, że nawet nie myśleliśmy jeszcze w ubiegłym roku czy nawet na początku tego, że szosowo uda nam się przejechać najpiękniejszą trasę w Czarnogórze. Cudownie!

Tego dnia chcemy jeszcze przejechać do Baru, gdzie również mamy wcześniej sprawdzony czynny camping. Zwijamy rowery do auta, na szybko coś jemy i ruszamy w trasę. Dość późna godzina powoduje, że droga jest mniej zapchana, i przejazd przebiega nam bardzo sprawnie. Na miejsce dojeżdżamy o 21. Wspomniany campnig wita nas otwartą bramą i kilkoma włączonymi światłami, natomiast obsługi/recepcji brak. 3 namioty sugerują, że ktoś obiekt na pewno jest czynny, więc wyszukujemy dogodne miejsce na rozbicie się i przyrządzamy solidną kolację. No dobra – ja zajmuję się namiotem, a Ola kolacją. Ten podział obowiązków dobrze się sprawdza :). A jak się nazywa camping gdzie wylądowaliśmy? Proszę bardzo: Bartula My Olive Garden camp. Doprawdy wyjątkowe to miejsce i choć położone kilka kilometrów od centrum Baru – cieszy się sporą popularnością. Bardzo sympatyczna i życzliwa obsługa, ogólny wystrój i otoczenie miejsca + ciekawe usytuowanie na terasach gaju oliwnego czyni to miejsce bardzo urzekającym. Zdecydowanie polecamy odwiedzenie tego campingu!


 

Dzień 6

Głównym powodem pobytu w Barze był zamiar przejechania rowerami do Ulcinja – miasta, gdzie według przewodników daje się odczuć wschodni charakter Bałkanów. Architektura i ludzie mają tworzyć klimat odmienny, od tego do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie Środkowej czy Zachodniej. Nawet tej Europie nasyconej pamiątkami jej bogatej historii.

Z Baru wyjeżdżamy lokalnymi drogami w kierunku granicy z Albanią. Po drodze mijamy wiele gajów oliwnych, gdzie jeszcze małe gospodarstwa trudnią się przetwórstwem oliwek. Na nas jednak większe wrażenie zrobiły dziko rosnące drzewa figowe z bardzo dorodnymi i smacznymi owocami, tymi ciemnymi. Należy się tu wyjaśnienie, że dojrzałe owoce są zarówno zielono-żółte jak i granatowe. Ich gotowość do spożycia mierzy się miękkością po ściśnięciu oraz lekkim białym nalotem. W smaku wg nas znacznie lepsze są właśnie te ciemne, które zdecydowanie lepiej oddają charakter tego owocu :).

Kilka figowców skutecznie zatrzymało  nas na niemałym popasie ;). Mieliśmy na to czas, ponieważ dzisiejsza wycieczka była przewidziana jako krótsza przejażdżka. Lokalne drogi okazały się równie dobre jak główne, więc nasze szosy sprawnie pokonywały kolejne kilometry. Po prawie 20 kilometrach wjechaliśmy na niewielkie wzniesienie, skąd rozpościerała się już panorama gór Albanii – i to całkiem blisko – wszak granica przebiegała kilkanaście kilometrów dalej.

Dalszy przejazd wiódł już co prawda krajową drogą, prowadzącą z albańskiej Szkodry do Ujcinja, lecz poza sezonem ruch nie był duży i bez problemów można było jechać. A z racji zdobycia wcześniej wzniesienia, czekało nas sporo przyjemnego zjazdu, prowadzącego przez kilka kilometrów niewielkim kanionem. Po wyjechaniu z niego, od razu zrobiło się „płasko” i zaczęły pojawiać się większe osiedla, a później już przedmieścia Ulcinja.

Wjazd do miasta jak każdy inny. Chcieliśmy znaleźć ten „wschodni” klimat i przejechaliśmy całe centrum, aż do nabrzeża. Stare miasto, może i stare, ale poza dominującym niewielkim zespołem twierdzy obronnej oraz kilkoma ładnymi uliczkami, w zasadzie niczym nas nie zachwyciło. Spodziewaliśmy się znacznie więcej. A rzeczywistość okazała się niczym nie wyróżniającym się zlepkiem nadmorskich kilkupiętrowych domów ze straganami na główniejszych uliczkach. Ot, kiczowato to wyglądało. Potraktowaliśmy więc tę wizytę jako odbębnienie tej miejscówki, i raczej prędko do niej nie zawitamy.

Na drogę powrotną wybraliśmy przejazd wzdłuż wybrzeża w kierunku Baru. Droga wygodna i szeroka, ze sporą ilością miejsca dla rowerzystów, niemniej ruch na niej panujący odbiegał od ideału. I o ile sam przejazd otwartym terenem był akceptowalny, tak pokonanie trzech tuneli (nieoświetlonych) okazało się nie lada wyzwaniem. Szczególnie drugi tunel, w zasadzie najdłuższy – trzystu metrowy – w pewnym momencie w trakcie przejazdu zrobiło się całkowicie ciemno, co w połączeniu z nadjeżdżającą ciężarówką sprawiło, że widziałem się już pod jej kołami, z co najmniej połamanymi nogami… Oj, nie – nigdy więcej takich przeżyć. Wierzcie mi, że czułem się wtedy jedną nogą już na drugim świecie…

Po tych „doznaniach” trochę zajęło nam dojście do siebie, więc ostatni tunel po prostu przeszliśmy z Olą po niewielkim krawężniku. Oczywiście maksymalnie oświetleni.

Do Baru dojechaliśmy po godzinie od wyjazdu z Ulcinja. Od razu skierowaliśmy się na camping. Trochę czułem niedosyt przejechanej trasy i chciałem nawet jeszcze coś dokręcić po okolicy, lecz wygrała chęć chociaż chwilowego potaplania się w Adriatyku oraz wieczorny spacer nad położone nieopodal kampingu wodospady/oczka wodne, gdzie w słoneczne i ciepłe dni można fajnie się wykąpać. W większym jeziorku zaskoczył nas widok ogromnego kraba, który nie wiadomo, skąd się tam znalazł. Sądząc po gabarytach, było mu tam jednak całkiem dobrze.

Po powrocie na kemping przebieramy się, a Szymon zabiera swoje wodne „zabawki” z nadzieją na kąpiel. Udajemy się na plażę miejską w Barze, auto zostawiając na bezpłatnym parkingu przy boisku. O ile po promenadzie przechadzało się sporo ludzi, tak na kąpiel zbyt wielu śmiałków nie było…w zasadzie jeden pan, który dodał animuszu Szymonowi. Temperatura przekraczała co prawda 20 stopni, a woda była ciepła, ale z przyjemnością to chyba niewiele miało wspólnego ;). Adriatyk został jednak „zaliczony” i mogliśmy się udać po prowiant na miłe spędzenie wieczoru. Wino pite w ciepłą noc na hamaku rozwieszonym między figowcem a oliwką smakowało najlepiej na świecie! W dodatku przyjechała tam para Polaków, których dwa dni wcześniej spotkaliśmy na kempingu w Lepetane. Z nimi i holenderskim małżeństwem gawędziliśmy do późna w nocy; w końcu jednak trzeba było udać się na spoczynek, bo kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną kolejną piękną trasę.


 

Dzień 7

W nocy postraszył nas (i nasze schnące pranie) krótkotrwały deszcz, nie spodziewaliśmy się jednak, że jest to prognostyk nadchodzącego załamania pogody…W końcu wszystkie prognozy wróżyły piękną, słoneczną aurę na nadchodzący dzień. A jednak! Rano obudził nas rzęsisty deszcz uderzający o namiot. Zaczęliśmy wertować internety w poszukiwaniu obrazów radarowych, które pokazałyby, jak rozległy jest ten deszczowy front, ale akurat Czarnogóra nie jest w ich zasięgu. Jak niepyszni udaliśmy się więc na śniadanie, a dziewczyna opiekująca się kempingiem ostatecznie nas dobiła twierdząc, że według miejscowych słota potrwa tydzień. Cóż było robić…wykorzystując chwilową przerwę w ulewie spakowaliśmy dobytek i pożegnaliśmy się z kempingiem. Na odchodne otrzymaliśmy jeszcze poczęstunek z domowej roboty lemoniady z granata i słoiczek marynowanych grzybów z masywu Lovcen. Ja dodatkowo spakowałam do auta kilka dojrzałych owoców pigwy i granat :).

Pełni nadziei przejechaliśmy tunelem do Vukovaru myśląc, że deszczowe chmury zatrzymały się na nadmorskich wzniesieniach i uda się zobaczyć Jezioro Szkoderskie z perspektywy siodełka. Nic z tego! Lało całą drogę przez Czarnogórę, Serbię i jeszcze kawałek Węgier. W Serbii wypatrzyliśmy jednak ciekawy region – Góry Zlatiborskie, który zauroczył nas na tyle, że będziemy chcieli tam wrócić na dłużej – oczywiście z rowerami górskimi.

Dzień 8

Tymczasem jednak przenosimy się na Węgry, gdzie wymarzyło mi się odwiedzić dobrze znany z wyśmienitego wina region Tokaju. Po noclegu na dziko gdzieś w polach za Felsőzsolca parkujemy auto przy domku-transformatorze i wyciągamy szosówki. Z tego miejsca do miasta Tokaj prowadzi prawdziwie „europejska” droga rowerowa, która jednak szybko się kończy. 

W samym Tokaju po sezonie ruch nikły; miasteczko choć urokliwe i zadbane jest dość senne i opustoszałe, na szczęście informacja turystyczna działa. Dostajemy tam mapę a ja kilkukrotnie upewniam się, czy na szczyt góry Tokaj prowadzi asfaltowa droga.

Zaplanowana trasa prowadzi nas bocznymi drogami dobrej jakości; co krok mijamy liczne tutaj pincészet, czyli winiarnie, a powyżej nich, na wzgórzach możemy podziwiać rozległe winnice. Jedziemy dość szybko mając wiatr w plecy, by po około 20 kilometrach skręcić w lewo w stronę większych, zalesionych pagórów. W pewnej chwili widzę znak, który rozszyfrowuję jako drogowskaz do zamku. Zbaczamy by go zobaczyć; po przejechaniu kilku kilometrów okazuje się jednak, że jest to obiekt zamknięty (znajduje się tam hotel), jedziemy więc dalej do średniowiecznego miasteczka Erdőbénye. Znajduje się tam kilka tablic informacyjnych, niestety w żadnym ludzkim języku, ruszamy więc w dalszą drogę. Mijamy winnicę, w której właśnie odbywają się zbiory, Szymon sprawdza tam jakość surowca na wino:). Po dość długim, jak na węgierskie warunki podjeździe, który kończy się w urokliwym, dębowym zagajniku, zaczynamy zjazd. Oj, co to był za zjazd…lepiej by było, gdybyśmy wzięli fulle.

Kolejne kilometry to przejazd przez małe, niczym nie wyróżniające się miasteczka, z wyjątkiem Abaújszántó, gdzie znajduje się zespół interesujących piwniczek na wino. Podczas gdy Szymon robi zdjęcia, kilkaset metrów dalej ja zajadam się słodziutkimi winogronami :). Możemy ruszać dalej – jedziemy do Tarcal, skąd zaczyna się droga na naszą „wisienkę na torcie”, którą miała być góra Tokaj (512 m n.p.m.). Na górę prowadzi dość wymagający (w dużej mierze za sprawą fatalnego asfaltu) podjazd. Już się zastanawiam, jak będę tędy zjeżdżać… Docieramy w końcu do niewielkiego placyku przed wieżą przekaźnikową RTV, która znajduje się na szczycie…i poza tym, nic tam nie ma. Nie ukrywam, że byłam mocno rozczarowana-zarówno fatalnym dojazdem, jak i brakiem jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej w takim, bądź co bądź, symbolicznym miejscu. Pamiątkowa fotka i spadamy. W Tarcal muszę stanąć, by rozmasować zdrętwiałe po zjeździe stopy i dłonie. Przed odjazdem z Węgier zbieramy jeszcze parę kilo orzechów włoskich spod drzewka przy transformatorze; na osłodę zabieram jeszcze dwie dynie. Rano miałam ochotę jeszcze kupić kilka butelek wina, ale ostatecznie, nieco rozczarowana całokształtem wycieczki, odpuszczam zakupy.

Jako że udało nam się o sensownej godzinie skończyć wycieczkę, postanawiamy tego dnia jeszcze przez Słowację wrócić do Polski. Bynajmniej nie do Żywca, kończąc urlop, a w Beskid Sądecki, konkretnie do Złockiego, skąd chcieliśmy następnego ponownie dosiąść naszych rowerów, tyle że górskich.

Ostatnią „atrakcją” tego dnia było znalezienie noclegu. Spodziewaliśmy się szybkiego załatwienia tematu, biorąc pod uwagę typowo wypoczynkowo-turystyczny charakter miejscowości. I oczywiście jakieś noclegi były, lecz nie na jedną noc, „bo to się nie opłaca”. Nawet argument własnego śpiwora nie przemawiał. Dość mocno już zdesperowani chwytaliśmy się każdej deski ratunku, wyszukując na szybko jakieś pola namiotowe. Oli udało się trafić na namiary na Pensjonat Rumcjasówka, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Nawet późna pora (było już po 22), nie zniechęciła gospodarza do przyjęcia nas. Miejsce okazało się bardzo sympatycznym domem, przy którym znajduje się pole namiotowe. Właściciel, bardzo życzliwy starszy pan, zrobił na nas jak najlepsze wrażenie. Miejsce bardzo polecamy, zarówno na nocleg w pokojach lub pod namiotem. Dużym bonusem jest możliwość wymycia rowerów przy pomocy węża ogrodowego oraz niezależnie do korzystania z noclegu – skorzystanie z prysznica (automat – 2 zł/4 min).

 

Zobacz także:
» Wakacje #1 – Montenegro MTB
» Wakacje #3 – Polska MTB

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *