Dzień 9

Solidnie wyspani, nie wstajemy tego dnia zbyt wcześnie. Wyjątkowo dobrze nam się spędza czas „na pokojach” Rumcajsówki. Niespiesznie jemy śniadanie, pijemy kawkę i zamieniamy kilka słów z gospodarzem. Przy okazji dogadujemy się, że możemy u niego na posesji zostawić auto, a wieczorem wziąć prysznic.

Beskid Sądecki dość często odwiedzamy, przeważnie na dwudniowe wycieczki, więc niewiele szlaków jest nam obcych. Mimo to wciąż udaje się znaleźć kilka ścieżek, które nie były przez nas przejechane rowerem. Tego dnia każde z nas planuje wycieczkę osobno, z kilkoma wspólnymi fragmentami. Mnie bardzo zależało na solidnym „wyjeżdżeniu się” na mtb, przy okazji odwiedzając kilka znajomych miejsc.

Ze Złockiego szlakiem rowerowym wyjechałem na grzbiet pomiędzy Jaworzyną Krynicką a Runkiem. Złapałem tam czerwony szlak i pojechałem właśnie w kierunku Runka, skąd niebieskim szlakiem zjechałem w kierunku Słotwin, by finalnie zielonym dojechać pod dolną stację na Jaworzynę. Ponownie wjechałem na górę, tym razem drogą dojazdową do schroniska i zdobyłem wierzchołek Jaworzyny Krynickiej. Ostatnio na rowerze byłem tu jakieś 13 lat temu… Bardzo chciało mi się tu być :).

Z Jaworzyny czerwonym szlakiem pomknąłem ponownie na Runek i dalej zrobiłem jedynie słuszny przejazd – na Halę Łabowską. Miejsce to jest mi wyjątkowo bliskie, ponieważ kilkanaście lat temu trochę tam pracowałem ;). Po wypiciu smacznej kawy i zjedzeniu chałwy, żółtym szlakiem przez Łaziska i pod Parchowatką, zjeżdżam w kierunku Łomnicy-Zdrój. Na wysokości osiedla Króle odbijam w lewo na lokalny szlak, który wiedzie do Wierchomli. Nigdy nim nie szedłem/jechałem, więc jest doskonała okazja na jego poznanie. Szlak w większości wiedzie świetną ścieżką, widokowymi polanami i urokliwym lasem. W zasadzie w całości da się go pokonać w siodle, poza jednym krótkim fragmentem. Zjazd do Wierchomli nie sposób zrobić „na raz”, ponieważ urokliwość okolicznych zboczy gór, doprawdy nie pozwala nie zatrzymać się choć na chwilę i nie zrobić jednego czy dwóch zdjęć.

W dolinie Wierchomli czuć już chłód zbliżającego się wieczoru. Uzupełniam zapasy picia w lokalnym sklepie i drogą rowerową wjeżdżam do bacówki nad Wierchomlą. Nisko położone słońce jednoznacznie daje znać o zbliżającym się mroku, więc rezygnuje z dłuższego przejazdu w kierunku Żegiestowa i niebieskim, a później żółtym szlakiem, zjeżdżam spod Jaworzynki do Szczawnika. Stąd już tylko kilka kilometrów asfaltem do Złockiego i podjazd do Rumcjasówki. Tam czeka już Ola, która również zaliczyła świetną wycieczkę. Myjemy siebie i rowery, a na kolację jemy zasłużone jak mało kiedy, pyszne placki po węgiersku, w poleconej knajpce w Złockiem. Jeszcze tego samego wieczoru jedziemy autem w okolice Czorszytyna, gdzie chcemy zabiwakować. Następnego dnia czekają nas kolejne atrakcje w siodle :).

Szymon

Część trasy ze Złockiego przez Runek do Krynicy mieliśmy z Szymonem wspólną, jednak on jechał szybciej. Ja delektowałam się sądecką jesienią :), ponadto chciałam przejechać dwa nowe szlaki. Po zjechaniu do Krynicy udałam się do Pijalni, gdzie uzupełniłam elektrolity wodą mineralną a kalorie całą czekoladą z orzechami laskowymi. Tak wzmocniona zdobyłam Górę Parkową chyba najbardziej terenowym i błotnistym wariantem, za to całość w siodle. Na górze złapałam niebieski szlak w stronę Powroźnika, który poza krótkim podejściem na początku, okazał się rowerowym strzałem w dziesiątkę!  W pewnym momencie, widząc jednak czekające mnie podejście na Bradowiec, skręciłam na stokówkę, którą zjechałam z powrotem do Krynicy. Stamtąd, tak jak Szymon, drogą dojazdową do schroniska, zdobyłam Jaworzynę Krynicką. Zjazd do Złockiego zielonym szlakiem również okazał się doskonałą decyzją – przejazd jest bardzo urozmaicony, a ostatnie kilometry po halach nad Złockiem niezwykle malownicze. Polecam 🙂

Ola


 

Dzień 10

Noc spędzamy śpiąc na jednej z polan nad Czorsztynem. Rano już niespecjalnie zależy nam na wysuszeniu namiotu, więc szybko zwijamy „obozowisko” i jedziemy do Szczawnicy. Parkując przy Biedronce, robimy zakupy na śniadanie i na trasę w góry. Tego dnia w planie mamy z Olą wspólny przejazd przez Pieniny. Jednak „wspólny” będzie dopiero od Przełędzy Obidza, na którą każde z nas dociera inną drogą. Ja koniecznie chciałem wjechać na Przehybę i Radziejową, z której wiedzie jeden z najlepszych zjazdów w Beskidzie Sądeckim. Ola, będąc już trochę bardziej zmęczona, na Obidzę dojeżdża przez Jaworki, czerwonym szlakiem.

Od Przełęczy Gromadzkiej do Przełęczy Rozdziele jedzie się wyjątkowo trudno, z powodu sporej ilości błota. Widać, że ubiegły tydzień naprawdę obfitował w spore opady. A dodatkowo stada pędzonych szlakiem owiec dopełniły „dzieła zniszczenia”. Zresztą dlaszy przejazd szlakiem w kierunku Wysokiej wcale nie był łatwiejszy. Niestety mokry i błotnisty szlak, dał się nam we znaki. Już nawet podejście pod Wysoką nie było takim dramatem, jak właśnie wcześniej zastane warunki.

Dopiero za Durbaszką, gdzie słońce mogło już wysuszyć część szlaku, jechało się lepiej. Jedynym pocieszeniem z przejechanego odcinka była wkraczająca już dużymi krokami jesień, której kolory wspaniale kontrastowały z białymi skałami Pienin.

Z Szafranówki zjeżdżamy w kierunku Palenicy i dalej ku granicy, aż do momentu, gdzie słowacki żółty szlak wiedzie do Leśnicy. Zjeżdżamy tym wariantem, ponieważ na koniec wycieczki chcieliśmy przejechać się przełomem Dunajca, który o tej porze roku prezentuje się zjawiskowo. Dojeżdżając do Szczawnicy, w planie mieliśmy jeszcze zahaczyć o lody, lecz temperatura i jakieś ogólne zmęczenie, zdecydowało że jedziemy od razu do auta. Przy Biedronce była myjnia samoobsługowa, więc myjemy mocno ubłocone rowery, doprowadzamy je do względnej czystości i ostatni już raz podczas tego urlopu – pakujemy je do auta. Zachód słońca dopada nas w Mszanie Dolnej, gdzie zatrzymujemy się na kolacji. Dalsza droga powrotna do domu przebiega bez problemowo, więc przed 21 dojeżdżamy do Żywca.

Ufff, to był solidny urlop. Trochę zagmatwany, trochę na szybko planowany, ale ważne że szczęśliwie zakończony. Udało się nam „co nieco” pojeździć na rowerach, zostawiając oczywiście nutkę niedosytu, do zrealizowania podczas kolejnego dłuższego wyjazdu.

Ola i Szymon

 

Zobacz także:
» Wakacje #1 – Montenegro MTB
» Wakacje #2 – Montenegro & Hungary ROAD

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *