… to się lubi co się ma :). Oj, tak – dzisiejsza sobota, przynajmniej mi, czasowo nie pozwoliła na dłuższą wycieczkę. Do południa w pracy, podczas której za oknem przeszło kilka solidnych opadów deszczu, choć trochę odsunęło moje myśli od całodziennej trasy na rower. Natomiast już dzień wcześniej, wiedząc że po 14-tej ma się już całkiem rozchmurzyć, zaplanowałem sobie, że przejadę najbardziej standardowy standard, jaki można zrobić w Beskidzie Śląskim, mieszkając w Żywcu.

Z Lipowej-Ostre wyjechałem stokówką prowadzącą z Doliny Zimnika na Skrzyczne. Po drodze trochę jeszcze pokropiło, dwa razy solidnie się zachmurzyło, chcąc pewnie ostatnich rowerzystów i turystów czym prędzej wygonić z gór. Na podjeździe minąłem kilku z nich, którzy pewnie już swoje tego dnia w górach przejechali.

Na Skrzycznem poza sporą grupą turystów – byłem sam na rowerze, lecz było widać sporo śladów na piasku czy błocie, że tego dnia nie ja sam wybrałem to miejsce na wycieczkę. W schronisku nabrałem tylko trochę wody do bidonu i ruszyłem w kierunku Malinowskiej Skały. Szlak wyjątkowo obfitował w solidne błoto i kałuże, które na domiar złego, zostały rozjeżdżone przez motory. Prawie na całej długości szerokiej ścieżki, która prowadzi grzbietem na Małe Skrzyczne i dalej na Malinowską Skałę – czy to środkiem, czy bokiem, płynęła woda. Nie zależało mi nadto, by od razu się przemoczyć, więc trochę walki było by ominąć ile się da. Finalnie i tak tył byłem przemoczony, ale przynajmniej trochę suchego się uchowało.

Na Malinowskiej Skale spotkałem dwójkę rowerzystów (z Bielska?), którzy trochę bawili się w sesje zdjęciową (pozdrawiam 🙂 ). Akurat i mnie w tym miejscu wyszło ciekawie słońce, więc i ja zrobiłem kilka dodatkowych zdjęć. I choć mam już ich z tego miejsca co najmniej kilkadziesiąt, to zdjęcia na okolice zawsze wychodzą ciekawie (nawet gdy nic nie widać -> Mgliste Magurki i Skrzyczne).

Czasu tego dnia nie miałem wiele, więc z Malinowskiej Skały, żółtym szlakiem zjechałem z powrotem do Doliny Zimnika. Przy okazji odwiedziłem prawie rok niejechany przeze mnie szlak. Była okazja do przypomnienia, czy też właściwie weryfikacji, na ile go jeszcze pamiętałem. Od ostatniego przejazdu w zasadzie niewiele się zmienił. Wciąż na podjazd z powodu stosunkowo dużej ilości luźnych kamieni (na górze) i stromszych odcinków usianych patykami i gałęźmi, średnio się nadaje. Z kolei zjazdowo całkiem sympatycznie. W wielu miejscach można śmiało puścić klamki, a w pozostałych przyjemnie lawiruje się pomiędzy kamieniami a różnej wielkości gałęziami. Celowo zrobiłem kilka zdjęć więcej, by w przyszłości było komu co pokazać, jak ten szlak wygląda.

Po dwóch godzinach od wyruszenia, melduje się z powrotem na parkingu. Jeszcze tylko mycie roweru, który nie tyle co z błota, co z lepkiego piasku, trzeba by opłukać. A więc szczotka w rękę i do potoku. W kilka minut rower czyściuteńki i gotowy na kolejne trasy.

Garść statystyk:
Długość: 24 km
Przewyższenie: 810 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.