Beskidzkie szlaki są miejscem, z których korzystają nie tylko piesi czy rowerzyści. Zmotoryzowani, którzy quadem, motorem czy autem 4×4 wjeżdżają w góry, często bardzo destrukcyjnie wpływają na ich stan, czyniąc wiele szkód w podłożu. Bez wątpienia okolice Jałowca czy Mędralowej są terenem działań wielu “wypraw”, podczas których niestety już i tak mocno eksploatowane leśne drogi czy ścieżki – poważnie zmieniają swój charakter. Stąd też planując wycieczkę np. na Jałowiec, warto wybrać raczej suchy dzień, najlepiej po kilku dniach pogody. Jest spora szansa, że nie utopi się w błocie :).

Dzisiejszą wycieczkę niemal co roku w zbliżonej formie staram się przejechać. I choć znam niemal każdy widok czy fragment szlaku w okolicy, to zawsze z przyjemnością, oczywiście w towarzystwie dobrej pogody, wybieram się na tę trasę.

Trasę zazwyczaj zaczynam w Koszarawie. Tak było i tym razem. Spod OSP wyruszam na Kalików Groń. Pierwsze dwa kilometry są dobre na rozgrzewkę, ponieważ zaraz po skręceniu w dolinę, zaczyna się stromszy podjazd, który szybko zmienia się w leśną drogę. Całość da się wjechać, dzięki czemu wygodnie, acz wymagająco, osiąga się grzbiet, którym po “złapaniu” zielonego szlaku, dojeżdżam na Mędralową Zachodnią. Po drodze jest kilka widokowych polan, które oferują nietuzinkowe widoki, głównie na Beskid Mały i Żywiecki.

Kawałek jadę czerwonym szlakiem, by za Mędralową odbić na jedną ze ścieżek rowerowych, których Słowacy jakoś nie są w stanie sensownie ukończyć. Na szczęście po stronie polskiej wszystko jest w jak najlepszym porządku, dzięki czemu zjazd Tabakowym jest wyjątkowo przyjemny. 

Po zjechaniu do Hali Barankowej, jadę dalej grzbietem Wełczonia, by zjechać kolejną, tym razem już mniej oficjalną trasą – Grzędą. Jest to bardzo wymagający zjazd, ale przy spokojnej jeździe, jest się w stanie go względnie bezpiecznie pokonać – nawet jadąc nim pierwszy raz. Mnie przejazd za każdym razem sprawia wiele satysfakcji :).

Z Zawoi ponownie wbijam się na grzbiet, tym razem sąsiedni – prowadzący na Jałowiec. Jest kilka możliwości wjazdu, ale mnie najbardziej przypadł do gustu wariant, którym także i dziś podjechałem. Całość w siodle, raczej nie ma trudności, poza rzecz jasna wysiłkiem w pokonaniu przewyższenia.

Od Przełęczy Kolędówki jadę już żółtym szlakiem, którym docieram na Jałowiec. Na kilometr przed wierzchołkiem jest jedyny fragment, gdzie (obiektywnie) trzeba podprowadzić rower. Na szczycie jest widokowa polana, która zachęca także do odpoczynku.

Posilam się nieco, robię kilka zdjęć i… wracam tym samym szlakiem. Ale tylko kilkaset metrów, ponieważ kolejny zjazd zaplanowałem niebieskim szlakiem do Zawoi Wełcza. Na pewno nie jest to jakiś wyjątkowy odcinek całej wycieczki, natomiast szczególnie w drugiej połowie zjazd jest co najmniej wymagający. Sporo na nim średniej wielkości kamieni, które można omijać lub przejeżdżać po nich. Na pewno wymagane są więcej niż podstawowe umiejętności zjazdowe, dobry wybór linii oraz umiejętność radzenia sobie z luźnymi kamieniami, które lubią odskoczyć spod koła. Nie jest to typowa beskidzka rąbanka, bo jednak daleko mu do niej, lecz na pewno nie jest to zjazd dla każdego (choć początek zachęca). Mnie się jednak podobało, ponieważ nie tylko wygodnymi singlami w górach się jeździ ;).

Z Zawoi Wełcza wjeżdżam doliną na Przełęcz Klekociny. Po drodze, czerpiąc wodę z jednego z potoków, zauważam salamandrę. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć ją jak pływa :).

Na przełęczy chwilę odpoczywam i jadę w kierunku Beskidka i Czerniawy Suchej. Podjazd jest ponownie dość wygodny, choć wymaga trochę siły. Na szczęście jest względnie sucho, a zastane kałuże czy raczej bagniska, da się sensownie ominąć.

Na Czerniawie widoki powoli zasłaniają pnące się z roku na rok świerki i jodły. Wąskie kadry można jeszcze gdzieś zobaczyć, lecz las na szczęście odradza się i krajobraz staję się mimo wszystko bardziej naturalny.

Po zjechaniu z Czerniawy, w sumie łatwym szlakiem, czeka mnie ostatni podjazd – na Lachów Groń. Na szlaku jest kilka kałuż i błotnisk, ale także i te da się sprawnie ominąć. Na pewno sprzyja temu fakt, że od kilku dni nie padało i  szlaki są w większości suche.

Lachów Groń to wierzchołek, który wyjątkowo sobie upodobałem. Niemal zawsze kończę nim wybraną wycieczkę, dzięki czemu załapuję się na wieczorny spektakl chylącego się ku zachodowi słońca. Doprawy z tego miejsca wygląda to zjawiskowo! Zdecydowanie polecam :).

Jako, że czeka mnie już tylko zjazd, i to całkiem spory, ubieram wiatrówkę, zaciągam buffa na uszy i żółtym szlakiem, prowadzącym do Koszarawy, mknę na dół. Odcinek ten głównie wiedzie po leśnej drodze, ale wcale to nie znaczy że jest jakoś łatwy. Może na pierwszy rzut oka wydawać się banalny, lecz z nabieraniem prędkości, szczególnie po minięciu hali z bacówką (po lewej), robi się coraz stromiej, a ostatnie dwa kilometry dodatkowo utrudnia rozmyte podłoże i luźne kamienie. Niemniej – zjazd jako taki jest ciekawy i dający sporo satysfakcji z pokonania go w całości.

 

Garść statystyk:  
Długość: 44 km
Przewyższenie: 1860 m
Trudność: 4/5

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *