Każdy powód jest dobry, by wsiąść na rower, i pojechać w góry. A jeśli nawet tego powodu nie ma, to i tak warto spędzić czas poza domem. I nawet wtedy, gdy warunki pogodowe niekoniecznie sprzyjają ;).

Chcąc wykorzystać jeszcze względnie dobre warunki do jazdy, czyli minimalną ilość śniegu i zmrożone podłoże, postanowiłem wybrać się na jedną z moich ulubionych, krótszych tras. Przy okazji chciałem przetestować nowe opony Maxxisa: Assegai (przód) i Minion DHF II (tył). I od razu napiszę, że zastane warunki, nie dały jeszcze możliwości w pełni poczuć “mocy” tego zestawu. Na to pewnie przyjdzie poczekać do wiosny, lecz póki co opony i tak zostaną ze mną, i będę z nich w miarę możliwości korzystał, ponieważ zapowiadają się obiecująco.

Wycieczkę rozpocząłem w Sopotni Wielkiej, skąd stokówką dojechałem do zielonego szlaku, który przez Halę Górową prowadzi na Halę Miziową. Nie miałem potrzeby wstępować do schroniska, więc od razu wjechałem na czerwony szlak, którym pojadę aż na Rysiankę.

Wraz ze wzrastającą wysokością, delikatnie zwiększała się pokrywa śnieżna, która tego dnia oscylowała gdzieś między 3-7 cm. Do tego oczywiście zmrożone podłoże w wielu miejscach pomagało suchym (i czystym) kołem przejechać przez liczne na tej trasie błotniska. Nie sposób też pominąć kilku “ślizgawek”, które się porobiły tam, gdzie latem płynie woda. Cóż, atrakcji nie brakowało, a trakcja (pomimo dobrych opon), niejednokrotnie schodziła na drugi plan ;).

Według prognoz dzień miał być w większości słoneczny. I w zasadzie był, tylko nie w górach. Po przyjemnym poranku, wiatr zaczął coraz mocniej wiać, nad grzbietem granicznym zaczęły zbierać się chmury, które jakby nie było, też urozmaiciły trasę – wszak ileż można patrzeć na te same widoki ;). Przynajmniej można było skupić się jeździe, względnie podejściu.

W schronisku na Hali Rysianka rozgrzałem się nieco ciepłą herbatą. Wiedząc, że przede mną trochę zjazdu, i w raczej otwartym terenie, ubrałem wiatrówkę, by poczuć choć trochę więcej komfortu na dalszej trasie.

Po zjechaniu na Halę Pawlusią, gdzie pochmurne niebo i porywisty nie zachęcał do jakiegoś postoju, nawet na zdjęcie, od razu zacząłem podjazd na Romankę. Skrywszy się już za barierą drzew, mogłem spokojnie chociaż na chwilę się zatrzymać.

Szczyt Romanki w zasadzie nie obfituje w żadne widoki – jedynie na szlakach za i przed nim można w pogodne dni cieszyć oko nietuzinkowymi krajobrazami. Stąd też zaraz po zdobyciu szczytu, zacząłem zjazd niebieskim szlakiem, w kierunku Kotarnicy.

Niby niewielka ilość śniegu pod kołami, ale skutecznie w wielu miejscach utrudniała zjazd, czyniąc go co najmniej o jeden poziom trudniejszym. Można było za to doskonale poćwiczyć wybór najmniej narażonej na uślizgi linii oraz pobawić się w balans ciało/rower, ratując się przed upadkiem.

Względnie przyjemny zjazd był z Kotarnicy do przecięcia stokówki. Tj. nie żebym narzekał na pierwszy odcinek z Romanki – uważam, że są to też dobre okoliczności do ćwiczeń, które mogą się przydać nawet w lecie.

Czarny szlak, po minięciu stokówki, zmienia zdecydowanie charakter. Może nie jest to typowa “beskidzka rąbanka”, lecz na pewno do łatwych nie należy. O ile w suchych warunkach, można znaleźć na nim przyczepność, i dobrać linię, o tyle w śniegu czy po mokrych kamieniach należy bardziej zaufać zawieszeniu roweru (i swoim umiejętnościom/szczęściu 😉 ).

Ostatni fragment tego szlaku jest prostszy technicznie, lecz z kolei robi się nieco stromiej, a miejscami i węziej. Mimo to przyjemność i satysfakcja ze zjazdu jest przednia :). 

Opisany trudny odcinek można ominąć, skręcając w prawo na stokówkę, którą bez problemu też dojedzie się do Sopotni Wielkiej.

PS.
Opisaną trasę przejechałem także niemal równo rok wcześniej, w warunkach nieco lepszych:
» Szybka pętla nad Sopotnią Wielką

Garść statystyk:
Długość: 27 km
Przewyższenie: 1350 m
Trudność: 3/5

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *