Są takie miejsca na mapie polskich gór, które nie oferują może spektakularnych widoków, szlaków najeżonych trudnościami i są nieco po macoszemu traktowane przez “prawdziwych endurowców”, jednak od czasu do czasu warto się w nie wybrać. Dla mnie takim terenem jest Beskid Makowski, w którym 15 lat temu stawiałam pierwsze kroki w jeździe MTB, stąd też darzę jego ścieżki wyjątkowym sentymentem. 

Ostatni dzień przed deszczowym frontem chcieliśmy oczywiście z Szymonem spędzić w górach. Zależało mi na niezbyt długiej i niezbyt trudnej trasie, bo dzień krótki, a pod wieczór można było już spodziewać się załamania pogody. Przy okazji, do nawigacji, służyła nam papierowa mapa – starsza niż moja znajomość z Szymonem. Wyciągając ją na szlaku, czułam się jak jakiś turystyczny dinozaur ;).

Szybką rozgrzewkę po starcie w Suchej Beskidzkiej zapewnił nam podjazd na Makowską Polanę, do niebieskiego szlaku za Mioduszyną. Tu pożegnaliśmy się z asfaltem i wjechaliśmy na leśne drogi. Jak to w Makowskim, po drodze mnóstwo kałuż, ale większość da się bokami objechać – niestety zajmuje to więcej czasu. Mi przy okazji takiego objazdu przytrafił się strzał w piszczel konarem, który odbił spod koła. Bolało jak jasna … ale chyba nic nie pękło, więc po chwili pojechaliśmy dalej. Praktycznie do samej Koskowej Góry szlak był w 100% przejezdny, choć momentami trzeba było się nieco wysilić. Za to piękna jesień i co chwila otwierające się po bokach polany z widokami na Beskid Żywiecki i Makowski dodawały animuszu.

Na Koskowej Górze  z niemałą radością powitałam jeżynowo-borówkowy paśnik, którym skrupulatnie się zajęliśmy ;). Pogoda sprzyjała, temperatura jak na październik sympatyczna – dałoby się jechać “na krótko”. Jednak po dłuższej chwili by nadto nie ostygnąć, ruszyliśmy w dalsza trasę żółtym szlakiem, by jeszcze przed Praszywką odbić na nieznakowany zjazd na Przełęcz Szklarską. Akurat w okolicy odbywało się polowanie, na całe szczęście dzień wcześniej wydepilowałam nogi – była szansa, że mnie myśliwi nie pomylą z sarną ;).

Zjazd okazał się strzałem w 10 –  mnie w paru miejscach połączenie kamieni i nachylenia zmusiło do zejścia z roweru, ale Szymon miał satysfakcję z pokonania całości w siodle. Za to malownicze okolice Skorutówki obojgu nam przypadły do gustu. Dalszy przejazd czerwonym szlakiem do Palczy to technicznie prosta, leśno-polna droga, za to bardzo malownicza, wśród pól, bukowych lasów i kolorowych o tej porze roku zagajników.

W Palczy nieco nadłożyliśmy drogi, by uzupełnić zapasy, co wyszło nam na dobre, bo bez problemu bezszlakowym wariantem wbiliśmy się na grzbiet Chełmu. Po drodze Szymon zaniepokoił się, bo na zupełnie prostym odcinku zostałam bardzo z tyłu. Rozwiązaniem zagadki okazał się przyjazny, dorodny, czarno-biały kotek polujący w trawie, po sierści i gabarytach sądząc była to już jego “winter edition” ;). Ponieważ nasz wspólnotowy kot ostatnio nas olewa, stołując się u sąsiadek, nie omieszkałam chwilę nacieszyć się futrzakiem. 

Na Chełmie co prawda byłam jakieś dwa miesiące wcześniej, ale spiesząc się na pociąg skróciłam trasę. Tym razem zależało mi, by zbadać lepszą drogę zjazdu niż asfaltem wzdłuż czerwonego szlaku. Za przysiółkiem Bałdyse (którego okolice również obfitują w piękne widoki, zwłaszcza na zbiornik w Świnnej) odbiliśmy na grzbietową drogę. Po cichu liczyliśmy na niespodziankę na miarę “Grzędy” na Wełczoniu w Zawoi, niestety była to po prostu leśna droga, choć sympatyczna. Zawsze to jednak lepsze niż wytracanie wysokości asfaltem.

Żeby nieco uatrakcyjnić sobie powrót do samochodu, zamiast główną drogą, przejechaliśmy szlakiem rowerowym stokami Mioduszyny. Na koniec jeszcze myjnia i bardzo przyzwoita pizza w Suchej Beskidzkiej (restauracja Verona, na plus cienkie ciasto i duży wybór oliw smakowych).

Teraz deszczowe dni nam niestraszne, choć liczymy, że słota nie potrwa zbyt długo :).

Garść statystyk:
Długość: 51 km
Przewyższenie: 1300 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *