Od Cieszyńskiego Fortuna Biegu w kwietniu długo przyszło mi czekać na kolejny start. Gdy dowiedziałam się, że udało mi się wygrać pakiet startowy w Baran Trail Race, który miał odbyć się we wrześniu, miałam nadzieję dobrze się do niego przygotować. Niestety, komplikacje zdrowotne trochę pokrzyżowały mi plany. Jeszcze na początku lipca, po operacji, ledwo byłam w stanie pójść na spacer po żywieckim parku i w zasadzie aktywność tego lata ograniczona była do kilku wycieczek pieszych i paru przebieżek w emeryckim tempie. No, jeszcze ze trzy wycieczki rowerowe. Na domiar złego w tygodniu poprzedzającym start dostałam koszmarnego uczulenia i solidnie zastanawiałam się, czy wziąć udział w biegu.

W końcu jednak, z zapasem maści i plastrów pojawiłam się w Hali Widowiskowo-Sportowej w Węgierskiej Górce, gdzie znajdowało się biuro zawodów. Po sprawnym odebraniu pakietu startowego (opaska z logo Baran Trail Race od firmy Machiko Sportswear, baton energetyczny, próbki suplementów, opaski odblaskowe i parę ulotek) udałam się na miejsce startu – bulwary nad Sołą.
Patrząc na wyszpejonych biegaczy czułam się trochę nieswojo, mając w dodatku świadomość nie najlepszej kondycji.

Punktualnie o 10 ruszyliśmy, od początku mając „pod górkę”, bo pierwsze kilometry trasy to podejście czerwonym szlakiem na Glinne (jakieś 600m przewyższenia). Na szczęście moja część stawki nie szarżowała i trochę idąc, trochę biegnąc tam, gdzie nachylenie było mniejsze, po jakichś 50 minutach zameldowaliśmy się na szczycie. Wiatr chciał urwać głowę, ale przy wysokiej temperaturze tego dnia był wybawieniem. Na siodełku pomiędzy Glinnem a Halą Radziechowską zlokalizowany był pierwszy bufet (bakalie, czekolada, arbuzy, banany i woda). Posiliwszy się tymi pysznościami, ruszyłam dalej w stronę Hali. Sznur kolorowo ubranych biegaczy, rozciągnięty na szlaku przecinającym Halę był bardzo malowniczy!

Udało mi się wpaść w rytm i spokojnym truchtem, tasując się z kilkoma biegaczkami leciałam dalej w stronę Magurki Wiślańskiej. Po drodze bordowe niemal borówczyska i piaskowcowe skały wyglądały naprawdę pięknie i wielu zawodników zatrzymywało się by podziwiać widoki i robić zdjęcia. Zero napinki!

Sprawnie udaje mi się zbiec z Magurki – teraz przede mną niezbyt strome podejście/podbieg na najwyższy szczyt trasy, czyli Baranią Górę. Na wąskim szlaku trudno wyprzedzać, wykorzystuję więc okazję i posilam się w marszu. Dzięki temu na szczycie nie muszę się już zatrzymywać i od razu zaczynam zbieg w stronę Fajkówki. Napotkani turyści żywo nas dopingują, jest też paru fotografów. Mało brakowało, żebym skręciła nogę, bo uśmiechając się do zdjęcia wpadłam do jakiegoś rowu ;). Staram się nieco bardziej skoncentrować i udaje mi się nawet wyprzedzić kilka osób – chyba nie idzie mi to tak najgorzej! Na czarnym szlaku warunki niezłe, jest stosunkowo sucho, ale na dole czuję już mięśnie ud.

Na Fajkówce drugi bufet, na którym uzupełniam wodę i łapię banana i zielonym szlakiem cisnę dalej. Trochę w górę, trochę po płaskim przez malowniczy przysiółek Bugaj, aż w końcu docieram do ostatniego, za to solidnego podejścia na Przełęcz Siodełko pod Czerwieńską Grapą. Żwawo maszerując, bo o biegu ani myślę 🙂 uzupełniam wodę, chwytam kilka dorodnych jeżyn a nawet wyprzedzam kilku panów. Na zbiegu jeden zawodnik, chcąc ustąpić mi miejsca, wpada do rowu i dostaje skurczu – wybacz 😉 Mam nadzieję, że panowie z OrtoMedSport Cię rozmasowali ;).

Zatrzymuję się tylko na chwilę, by wyjąć paprochy z buta i siłą woli, bo mięśnie co krok informują, że mogłabym już skończyć tę nierówną walkę, zbiegam cienistą doliną w stronę Hotelu Zacisze, jednego ze sponsorów imprezy. Znów udaje mi się dogonić parę osób – pozdro dla pana z koszulką Runmageddon! Ostatni kilometr Cesarką jest nieco ciężki, ale jakoś udaje mi się go przetruchtać. I znów punkt widokowy nad Sołą, ostatni zbieg, przyspieszam kroku i na ostatnią prostą wybiegam ze wspomnianym Panem Runmageddon. Rzucam hasło, żeby przyspieszyć, w końcu publiki dużo, pan niestety szybko mnie odstawia ale do mety już tylko kilkadziesiąt metrów. Cała szczęśliwa przebiegam pod balonem, medal na szyję, uścisk dłoni i gratulacje od organizatora i idę po zasłużone piwo z browaru Pilsweizer Grybów.

Czas 3:30 na dystansie 25 kilometrów, nawet nie marzyłam o takim 🙂

Na koniec prysznic, pyszny makaron z mięsnym sosem (była też opcja wege) i dekoracja. Niesamowite, najszybszy zawodnik ma czas 2h 4min! Na koniec jeszcze losowanie nagród, niestety tym razem nie miałam szczęścia ale i tak największą satysfakcję mam z tego, że mimo różnych komplikacji udało się wystartować i dobiec do mety. Już wiadomo, że za rok kolejna edycja Baran Trail Race – gorąco rekomenduję start w tej świetnej imprezie!

1 komentarz do wpisu: “Baran Trail Race – wrażenia z I edycji biegu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *