Czasem w głowie człowieka rodzą się pomysły, które dla jednych są nieosiągalne, dla innych zbędne a dla pozostałych takie, że nie warto sobie zawracać gitary.

Planując jedną z wycieczek rowerowych, pomyślałem sobie, czy byłaby możliwość przejechania na rowerze, rzecz oczywista mtb, w terenie, jednego z Beskidów. Ale nie tylko wjechać na najwyższy szczyt czy przejechać najdłuższy dystans lecz zdobyć możliwie wiele wybitniejszych i znaczących wierzchołków, łącząc je w logiczną całość.

Od pomysłu do realizacji upłynęło kilka tygodni, ponieważ pomimo wstępnie zaplanowanej trasy, brakowało okazji oraz odrobiny motywacji do zrealizowania trasy (wszak wiedziałem, że czeka mnie nie łatwe zadanie).

Koniec lata, gdzie już chłodne ranki i wieczory, był odpowiednim terminem na podjęcie próby. Dzień wolny przypadł na prawie środek tygodnia (czwartek), więc tłumów i kibiców raczej się nie spodziewałem ;).

Trasa przejazdu pokrótce przedstawiała się następująco:
Żywiec – Skrzyczne – Szczyrk – Klimczok – Błatnia – Zebrzydka – Górki Małe – Równica – Ustroń – Czantoria – Stożek – Kubalonka – Karolówka – Kamesznica – Żywiec.

Uważny czytelnik znający trochę Beskid Śląski zauważy brak jednego szczytu, który w zasadzie był w zasięgu ręki, tfu, koła, ale o nim poniżej.

Wjazd na Skrzyczne z Żywca doliną Zimnika to w zasadzie formalność. Bez zbędnych emocji. Zjazd do Szczyrku pozwolił nieco z podjazdowego potu obeschnąć. Później wspinaczka na Klimczok okazała się o tyle wygodna, że posłużyłem się w jej dolnym fragmencie nową drogą leśną, omijającą niewygodne i strome płyty na zielonym szlaku. Później już standardowo szlakiem na Siodło pod Klimczokiem i od strony Szyndzielni wjazd na szczyt.
Dalszy przejazd na Błatnią to sama przyjemność. Przy schronisku zachciało mi się zahaczyć jeszcze o jeden szczycik – Zebrzydkę. Zupełnie zbędny zważywszy na wybitność czy założenie przejazdu, ale dusza eksploratora chciała znaleźć/przejechać łącznik z Zebrzydki do Górek. Niby nic, ale zawsze poznane nowe 3 km trasy ;).
Decyzja o tym bonusie spowodowała późniejszą nerwówkę z czasem i finalnie brak możliwości wjechania na Baranią Górę :(.

W Górkach robię nieco dłuższy rest, ponieważ czeka mnie jeden z dwóch trudniejszych podjazdów, jakie czekały mnie na trasie.
Pierwszy – żółtym szlakiem na Równicę. Oj, dał popalić po łydach i udach ;). Wjechane, ale sił kosztował więcej niż zakładałem. Późniejszy zjazd ze szczytu, z powodu trudności na górnym odcinku szlaku czerwonego do Ustronia (wypłukany szlak, luźne kamienie), nie pozwolił wiele odpocząć.
W mieście pozwoliłem sobie na kawkę (Żabka sprawdza się tu idealnie – tanio i szybko 😉 ).

Cóż, ledwo co zjechałem, a już czeka mnie drugi trudny wjazd. Ogromnym pocieszeniem i motywacją do jego pokonania był fakt, że to ostatni tak długi i trudny podjazd, jaki mi pozostał.
Do wyboru miałem nieco dłuższy wariant od zachodniej strony Małej Czantorii albo doliną Poniwca. Wybrałem drugi wariant, licząc, że droga obok wyciągu okaże się przyjaźniejsza niż przed laty. Niestety. Zmęczenie, a może i bardziej presja uciekającego czasu (wszak dnia nie da się naciągnąć w nieskończoność), utrudniły ów podjazd i musiałem początek podprowadzić. Dopiero późniejszy fragment był lżejszy i pozwolił na jazdę.
Przy Chacie Ćantoryja serwuje sobie Kofolę (dla mnie obowiązkowy napój podczas pobytu w tym miejscu). Dojadam batona i ruszam dalej. Czantoria i zjazd z niej już lepiej wychodzi, choć coraz częściej w głowie myśl: „Szymon – jedź ostrożnie, wszak kawał trasy już za tobą, a przed niewiele mniej”.
Soszów i Cieślar niemal z rozpędu biorę. Wszak to jeden z najprzyjemniejszych przejazdów w okolicy, szczególnie przy braku turystów na szlaku.
Stożek zdobywam już z myślą, że definitywnie nie uda mi się wjechać na Baranią Górę, ponieważ zmęczenie i słabe światło może na koniec źle się skończyć. Postanawiam więc dociągnąć grzbietem ile się da. Szlakiem niebieskim, a potem czerwonym jadę na Przełęcz Kubalonka, a potem przez Pietraszonkę i dalej czarnym na Karolówkę. Tu podjeżdżam jeszcze w okolice Przysłopu, i leśną drogą docieram do południowo-wschodnich stokówek Baraniej Góry. Nimi dostaje się do Kamesznicy i drogą przez Milówkę i Cisiec dojeżdżam do domu, do Żywca.

Uff, siadam w pokoju, żeby nie powiedzieć kładę się na podłodze. Nogi jeszcze pracują, mięśnie powoli zmniejszają skurcze. O dziwo czuje się wyjątkowo dobrze. Tylko sine usta zdradzają zmęczenie.
Ola w międzyczasie przygotowała smaczny (zresztą jak zawsze!) obiad – w końcu jem coś na ciepło. W głowie kłębią się setki myśli, a pośród nich niebywała radość i satysfakcja z przejechanej trasy i co najważniejsze – bez żadnych przykrych zdarzeń.

Cieszę się, że rozsądnie zrezygnowałem z wjazdu na Baranią Górę, bo wiem, że zjazd mógł już skończyć się jakimś przykrym wypadkiem (zmęczenie+słabe światło). Oczywiście rozsądnym może nie było przejechanie tej trasy – tu zdania są podzielone ;), ale póki ma się siły i chęci, to ten raz czy dwa razy w roku można sobie pozwolić na tego typu wycieczki.

Nie ukrywam, że zaraz po przyjeździe do domu, powiedziałem, że nie będę planował podobnych wyryp, ale już po niedługiej chwili zachciało mi się ponownie przejechać tę trasę, przy czym rezerwując sobie na nią dłuższy dzień, bo jednak tego brakło mi najbardziej. Czy się uda – czas pokaże. Póki co ponad 130 km, blisko 4500 metrów przewyższenia i 11h w siodle w terenie jest wynikiem, który bardzo mile wspominam.

Garść statystyk:
Długość: 134 km
Przewyższenie: 4250 m
Trudność: 5/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *