Oj, nie – dziś nie będę się nadto rozpisywał. Ostatnio za dużo treści publikuje a i tak czeka mnie jeszcze do skończenia zaległa relacja z ponadtygodniowego urlopu (która pewnie zostanie napisana przy okazji kompletnej pluchy za oknem). A tymczasem korzystam z pogody i odwiedzam kolejne miejscówki w Beskidach.

Jak już pisałem kiedyś, rzadko odwiedzam rowerem zachodnią część Beskidu Śląskiego. Na szczęście po ostatniej wizycie (Pętla na Ustroniem i Wisłą) przekonałem się, że dojazd w okolice Ustronia czy Wisły za sprawą ekspresówki S1 jest bardzo sprawny. Dzięki temu pozwoliłem sobie drugi raz (sic!) przejechać jedną z ciekawszych pętli, jakie można wykręcić z Ustronia. A przebieg trasy w zasadzie jest dość oczywisty, ponieważ biegnie dwoma grzbietami, po lewej i prawej stronie Wisły i Ustronia.

Wycieczkę rozpoczynam w Ustroniu, parkując auto koło Biedronki przy obwodnicy. Jako że równie ważne dla mnie jest samodzielne wjechanie/zdobycie wysokości jak i zjazd, to na Czantorię zdobywam o własnych siłach. Tym razem próbuje nowego wariantu podjazdu z Czech. Najpierw jadę szlakiem rowerowym trawersującym północne stoki Małej Czantorii, a potem kieruję ku granicy z Czechami, gdzie łapię czerwony szlak, prowadzący pod Wielką Czantorię.

Ów szlak, nieznany mi do tej pory, okazał się świetną ścieżką wjazdową pod Czantorię. Przez ponad kilometr wije się soczystym singlem, by po czasie przejść w szerszą ścieżkę, czasem zahaczającą o starą drogę szutrową. Rewelacyjny przejazd! A zjazd tym szlakiem, szczególnie dolny odcinek – to musi być niezła perełka!

Gdy czerwony szlak wywiódł mnie do pierwszego górskiego osiedla składającego z kilku zabudowań, skręciłem w lewo, kierując się za drogą szutrową, bezpośrednio w kierunku Czantorii. Droga choć łatwa, to miejscami mocno stroma!

Dojeżdżam do Chaty na Czantorii – czeskiego schroniska/bufetu. Serwuje sobie kofolę – obowiązkowy dla mnie napój, gdy odwiedzam to miejsce. Dalej już wygodnym szlakiem wjeżdżam na Wielką Czantorię. Turystów mało, jak to w tygodniu, więc nie przeszkadzamy sobie na szlaku.

Z Czantorii na początku wymagającym zjazdem, dojeżdżam czerwonym szlakiem na Przełęcz Beskidek. Ten odcinek jest kolejnym wg mnie zjazdem koniecznym do zjechania na rowerze (oczywiście przy odpowiednich umiejętnościach). Późniejszy odcinek szlaku aż do Stożka jest sympatyczną drogą szutrową, co jakiś czas wzbogaconą o bardziej kamienno-korzenne fragmenty, dające okazję bardziej się zmęczyć.

Stożek zdobywam objeżdżając do od wschodu, wariantem jednej z tras zawodów mtb. Całość da się wjechać, a nie trzeba przenosić rowerów, gdy wybierze się wariant stricte szlakowy.

Przy schronisku robię postój, kilka sms-ów, zdjęcia, jakieś karmienie kota i dalej w drogę. Cały czas czerwonym szlakiem jadę na Kyrkawicę i Kiczory. Ten fragment z pewnością ucieszy osoby lubiące bawić się równowagą na rowerze, pokonując mniejsze i większe kamienie i/lub skały, od których jeży się na tym szlaku. Kolejny odcinek to znów wymagający zjazd, który niemal po każdych opadach może wyglądać inaczej. Co prawda pewne „schody” będą podobne, ale co poza nimi, to różnie bywa ;).

Z Przełęczy Łączecko szutrem objeżdżam Beskid i za szlakiem wjeżdżam na grzbiet, którym docieram do Przełęczy Kubalonka. Tu ponownie na początku przejazdu sporo zabawy z lawirowaniem rowerem pomiędzy kamieniami a skałami, a później także i błotem. Dla mnie super fragment – bardzo go lubię ilekroć nim jadę, ponieważ daje sporo frajdy z przejazdu poszczególnych sekcji.

Z Kubalonki zjeżdżam przez Kozińce do Wisły Nowa Osada. Ale, ale – ów zjazd, gdy tylko łączy się z czarnym szlakiem, jest kolejną tego dnia perełką! Na początku singiel pośród omszonych drzew a na końcu syto w dół – dla dobrych hamulców ;).

W mieście uzupełniam wodę, coś podjadam i myślami jestem już na kolejnym podjeździe. Podjeździe, który kilka lat temu wraz z Olą odkryliśmy, chcąc się wbić na grzbiet Gościejowa. Z doliny do przysiółka Grapa wiedzie drogą z płyt, w sporej części całkiem stromo. Po połączeniu z zielonym szlakiem nieco łagodnieje i zmienia się w szuter i kamienną ścieżkę. Szlak nie przekonał mnie do wjazdu, więc sprawdzonym wcześniej wariantem, przy pomocy starych leśnych dróżek, dojeżdżam pod Czupel a następnie przyjemnym singlem ponownie łączę się z zielonym szlakiem. Potem już bez większych emocji na Smerekowiec i Trzy Kopce Wiślańskie.

Zmieniam kolor szlaku na niebieski, który w zasadzie będzie mi już towarzyszył aż po Równicę – ostatni cel tego dnia. Z Trzech Kopców szybko zjeżdżam pod Świniorkę, którą pomimo dającego się już odczuć zmęczenia, dobrze się wjeżdża. Podbudowało mnie to, ponieważ w głowie mam podjazd z Przełęczy Beskidek na Równicę, który w kilku miejscach jest dość stromy (tj. jeszcze do wjechania, ale raz że bardziej „na świeżo” a dwa, bez liści pod kołami, które zasłaniają luźne kamienie). Tymczasem jadę dalej. Pod Orłową także jest dobrze – całość wjechana :). Po drodze kolory jesieni ponownie chciały mnie „uwięzić”, opóźniając przejazd – doprawdy przepiękną jesień mamy tego roku.

Po zjeździe z Orłowej, melduje się na Przełęczy Beskidek. Podjazd nie wygląda źle. Robię zdjęcia i zaczynam wjazd. Idzie nieźle. I w zasadzie całość poszła przyzwoicie. Ufff – niemoc z minionego weekendu chyba ustąpiła. Zdobywam więc Równicę, odbijając z niebieskiego szlaku, i leśną ścieżką wjeżdżam na szczyt. Na górze picie, jakieś jedzienie, dycham chwilę i przymierzam się do zjazdu. A ten przede mną nie byle jaki!

Ze szczytu pod schronisko jest dość sympatycznie. Natomiast na czerwonym szlaku, który prowadzi do Ustronia przez dolinę potoku Gościeradowiec, jest jeden bardzo syty fragment. Może nie bardzo długi, ale należący do tych, że jak się rozpocznie nim zjazd, to można go jedynie skończyć po jego przejechaniu. Innej możliwości nie ma. No chyba że ktoś się wywróci, co też nie gwarantuje zatrzymania się ;). Niżej już lepiej. Szybko, ale bezpiecznie.

W Ustroniu już znacznie więcej turystów i wczasowiczów, jak to przystało na miejscowość wypoczynkowo-uzdrowiskową. Mnie pozostaje już tylko przebić się przez centrum i podjechać do parkingu. 7 godzin w trasie, trochę kilometrów i podjazdów w nogach – to był kolejny dobry dzień!

Garść statystyk:
Długość: 59 km
Przewyższenie: 2400 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *