Trwa piękna, złota polska jesień. Szymon na całego korzysta z jej uroków, a ja? W weekend praca w schronisku, ale w poniedziałek spytałam kadrowej, ile mi zostało wolnego urlopu. 19 dni? No, to można poszaleć. Prognozy dobre, biorę więc wolną środę i piątek. We wtorek w pracy zastanawiam się nad trasą, gdy Szymon zdobywa kolejne kilometry w Beskidzie Śląskim, wychodzi mi całkiem ładna pętla w Beskidzie Makowskim. Wieczorem jednak Szymon zaczyna marudzić, że za daleko, wzrok mój pada zatem na omijany dotąd przez nas region – położone nad Zawoją Pasmo Policy. Ostatnio na rowerze byłam tam 10 lat temu, a Szymon wcale; w dodatku jest stosunkowo blisko. Więcej argumentów nie trzeba 🙂

W środę jednak nie możemy wyrwać się z objęć Morfeusza, zatem przy Centrum Górskim Korona Ziemi w Zawoi meldujemy się dopiero po 10. Z nastawieniem, że pewnie nie uda się przejechać całej zaplanowanej trasy, postanawiamy po prostu jechać i cieszyć się jesienią i nową trasą. Spokojnie zdobywamy wysokość tzw. Drogą Stokową, by po ok. 3,5 km odbić w ledwie widoczną dróżkę, wypatrzoną dzięki serwisowi trailforks, a nazwaną jakże uroczo – Ku Zimnej Dziurze. Początkowo obfitująca w patyki, zamienia się w sympatyczny trawers, którym docieramy do żółtego szlaku prowadzącego na Cyl Hali Śmietanowej. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, zaznaczona na mapie droga w rzeczywistości istnieje i pozwala w przyjemny sposób zdobyć Mosorny Groń, gdzie znajduje się górna stacja kolejki o tej samej nazwie.

Posilamy się, podziwiając widoki, zwłaszcza majestatyczną Babią Górę i dolinę Mosornego Potoku. Po krótkim zjeździe zaczynamy wspinaczkę w kierunku Cylu, która z kolejnymi metrami staje się coraz bardziej wymagająca. Szlak jest dość kamienisty i wymagający, a że jedynie połowa naszego teamu ma dość kondycji i techniki by go podjechać, to musi na mnie trochę poczekać :). W momencie, gdy żółty szlak odbija w lewo i zamienia się w jedną wielką plątaninę korzeni, my jedziemy dalej trawersem, który ma nas doprowadzić do czerwonego szlaku wiodącego na Cyl z Przełęczy Krowiarki. Kamienisty trawers prawie w całości jest przejezdny (choć wymaga naprawdę dobrej kondycji) i bardzo urokliwy. Czerwony szlak to również wyzwanie dla rowerzysty i jego roweru – korzenno-kamienne sekcje dają pole do popisu. Szymonowi banan z twarzy nie schodzi, tak mi się przynajmniej wydaje bo dreptam za nim w pewnej odległości ;).

Na Cylu zatrzymujemy się tylko na chwilę, by złapać oddech i zrobić zdjęcia. Mimo, że temperatura jest dość wysoka (aż do tej pory jechaliśmy w krótkich koszulkach) to wiatr nie zachęca do dłuższych postojów. Poza tym, ciekawi jesteśmy dalszego przebiegu szlaku. Nie zawiedliśmy się – odcinek aż do Hali Krupowej to esencja MTB (zawieszenie ma tu co robić!) – mamy mnóstwo frajdy z jego przejazdu, zarówno w górę jak i w dół. A gdy dodać do tego piękne widoki na Tatry, pusty szlak i wspaniałą, jesienną pogodę… No i wyśmienite towarzystwo ;).
Niestety te atrakcje mają też wadę – czas do zachodu słońca kurczy się bardzo szybko, niewspółmiernie do zdobywanych w pionie i poziomie metrów.

Na Złotej Grapie poświęcamy jednak chwilę na kontemplację widoków i szybki posiłek, po czym ruszamy zdobyć Okrąglicę. Na szczęście za nią czerwony szlak prowadzi w większości w dół lub po płaskim, zatem nadrabiamy trochę czasu. Jest kilka miejsc, gdzie głębokie kałuże spowalniają przejazd, ale poza tym jest flow! I piękne widoki na Beskid Wyspowy i Gorce na dokładkę.

Na Judaszce dołącza niebieski szlak, którym chcemy zjechać do Kojszówki. Na zjeździe tylko bukowe liście szeleszczą za nami, a miejscami jest naprawdę głęboko i nie wiadomo, po czym właściwie się jedzie. Docieramy do przełączki i przysiółka Za Groniem, gdzie znów mamy okazję podziwiać jesienne kolory – żółte jawory i lipy, rdzawobrązowe buki na tle świerkowego lasu. Dalszy odcinek to trochę zniszczona zwózką leśna droga,a na szczęście nachylenie nie jest tak duże, jakby to mogło wynikać z mapy, więc po niedługim czasie meldujemy się w Kojszówce. Tam w sklepie kupujemy zapas wody na dalszą część trasy i zdrową żywność w postaci proteinowych lodów waniliowych Oshee ;). Czas jest dobry, chcemy więc wykorzystać dzień i po dojechaniu do Makowa Podhalańskiego odbijamy na Grzechynię. Tam łapiemy niebieski szlak i trochę polnymi/leśnymi drogami, a trochę asfaltem docieramy do osiedla Semikówka. Za nim czeka nas kolejny dość wymagający podjazd kamienistą drogą (z niespodzianką w postaci stada owiec, pasących się nieopodal) do czerwonego szlaku z Suchej Beskidzkiej. Po kolejnych kilkuset metrach szlak wypłaszcza się i dalej jedziemy leśną drogą, znów po dywanie z bukowych liści.

Na Przysłopie, jak że wciąż mamy zapas czasu i sił, postanawiamy przedłużyć wycieczkę o zjazd zielonym szlakiem do Zawoi przez Jaworówkę. Po drodze, na rowerowym szlaku czeka nas jeszcze jedna niespodzianka w postaci pchania roweru po błotnistej łące, na szczęście widoki wynagradzają nasze trudy. Zza chmur wyszło nawet słońce, umilając nam ostatnie minuty przejazdu. Kolejny króciutki wypych pod szczyt Jaworówki i możemy zaczynać ostatni zjazd – niewymagający, ale sympatyczny, do Zawoi Centrum. Stamtąd jeszcze trzy kilometry asfaltem do samochodu, gdzie docieramy bardzo zadowoleni z całości przejechanej trasy. Zwłaszcza Szymon, który swoim zwyczajem zdobywał „w siodle” wszystko, co się dało, a nawet to, czego według niektórych nie da się wjechać ;).

Garść statystyk:
Długość: 55 km
Przewyższenie: 1820 m
Trudność: 3/5


Postaw kawę BeskidTrail!Podobał Ci się ten artykuł? Jeśli chcesz, by w przyszłości tak samo przyjemnie się je pisało, możesz postawić mi kawę :) » https://buycoffee.to/beskidtrail

One thought on “Polica – tam, gdzie cyferki tracą na znaczeniu

  1. Są szanse na wrzucenie GPXa do trasy bądź poprawienie linka do All Trails? Obecnie traska się nie wyświetla. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *