Przejazd Pętli Beskidzkiej należy do zdecydowanie najbardziej rozpoznawalnych klasyków szosowych w Polsce. Można wybrać się na nią samodzielnie, w grupie znajomych lub biorąc udział w jednym z rozgrywanych wyścigów. Chyba każdy kolarz posiada na niej swój preferowany podjazd i zjazd, miejsce odpoczynku czy choćby nie wiedzieć dlaczego – ulubiony fragment drogi. O ile na trasie jest kilka „obowiązkowych” miejsc, takich jak Przełęcz Salmopolska, Zameczek czy Istebna/Koniaków, to połączenie tych miejsc oraz zapętlenie jej poprzez przejazd doliną Soły, daje już spore możliwości modyfikacji.

Marcin właśnie korzystając z trasy jednego z wyścigów, dodał do niego kilka swoich wariantów, tworząc tym samym mocny trzon trasy, której długość wynosi 153 km i ok. 3 tysięcy różnicy wzniesień. Jakby na to nie patrzeć – jest co i gdzie jechać ;).

Na przejazd Pętli Beskidzkiej zaplanowany był weekend 19-20 maja, a wraz ze zbliżającym się dead-time’m, lepszy pogodowo (i frekwencyjnie) dzień. Połączenie tych wymagań dało nam ostateczną datę – 20 maja.

Spotykamy się o 9. na parkingu w Bielsku-Białej. Wyciąganie i składanie rowerów, napełnianie bidonów i inne takie sprawy zabrały nam kilka dodatkowych minut. Ja do Bielska postanowiłem dojechać rowerem, bo do końca nie byłem przekonany, czy już nadszedł ten czas z formą, by przejechać całą zaplanowaną trasę. Można więc powiedzieć, że zafundowałem sobie ekstra dwudziestokilometrową rozgrzewkę, i tyleż samo kilometrów powrotu po ewentualnym zamknięciu w całości pętli.

Skład na trasę jest mocny – będzie kogo gonić ;). Jarek, Michał, Błażej, Mateusz, Marcin i ja. Pełen przegląd profili kolarskich – od stale trenującego kolarza po debiutanta na szosie – zapowiada się ciekawie, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Zaczynamy. Z Bielska jedziemy do Szczyrku i zdobywamy na dzień dobry (ale już po stosownej rozgrzewce na dojeździe) najwyższą przełęcz pętli – Salmopolską. Chwilę odpoczywamy, ubieramy wiatrówki i mkniemy do Wisły. Następnie przez tzw. Zameczek wjeżdżamy na Przełęcz Szarcula i dalej na Stecówkę.

Oba podjazdy już troszkę pokazały jakie są dziś możliwości każdego z nas. Każdy odpowiednio przygotował się do przejechania zaplanowanej trasy, przynajmniej mentalnie ;).

Ze Stecówki wąskimi i bardzo urokliwymi drogami zjeżdżamy do Istebnej-Zaolzie, skąd słusznym podjazdem zdobywamy Koniaków. Dalszy przejazd do Jaworzynki nieco spokojniejszym tempem pozwolił trochę odpocząć, ponieważ czekał nas solidny podjazd na Zapasieki. Jego nachylenie rozbiło nieco stawkę. Nagrodą za to był znakomity zjazd do Lalik.

Z Lalik przez dolinę potoku Tarlicznego dojeżdżamy do drogi wiodącej wzdłuż ekspresówki i przez Kamesznicę dojeżdżamy do Milówki i dalej do Węgierskiej Górki.

W Węgierskiej Górce robimy dłuższy (i jedyny) coffee break. Poza obowiązkową kawą, na stoliku pojawiają się słodycze z lokalnej cukierni + ciepłe przekąski z Żabki.

Ponowne zebranie się w dalszą drogę nie jest łatwe, ale jakoś dajemy radę. Przez Cięcinę i Juszczynę, atakując po drodze małą hopkę, docieramy do Trzebini. Tu też odłącza się od nas Mateusz, który debiutował na szosie. I to od razu bardzo ambitnie i udanie.

Dalej kierujemy się na Przełęcz Rychwałdzką i przez Łękawicę wjeżdżamy na Przełęcz Kocierską. Podjazd co poniektórym się nieco dłużył, szczególnie, że popołudniowe słońca, które rozgrzewało powietrze, skutecznie pozbawiało tak cennej na tej trasie siły.

U mnie w głowie mocno zakorzenił się podjazd z Targanic na Przełęcz Targanicką. Wjeżdżałem już na nią kilka razy, a kto był, ten wie, że choć niewysoka i krótka, odpowiedni kąt robi wrażenie na każdym (i każdej nodze). Marcin tuż przed tą przełęczą powiedział bardzo trafne, i dodające otuchy, stwierdzenie, że podjazd po tę przełęcz jest na tyle krótki, że nie pozwala dłużej myśleć nad jej wybitną trudnością. Zdecydowanie słuszne to były słowa! Tak więc rzeczoną przełęcz udało się prawie bez bólu wjechać. A później czekał nas już tylko błogi zjazd Wielką Puszczą.

W Porąbce odbijamy w lewo, do Międzybrodzia Bialskiego. Czekał nas już ostatni podjazd czyli wjazd na Przełęcz Przegibek. Niespieszno zaczęliśmy podjazd. Tu już nie było miejsca na nowe PR-y w górę – najważniejsze było wjechanie na przełęcz. I w zasadzie bez większych (a spodziewanych) trudności, udało się na nią wjechać. Na górze skorzystaliśmy jeszcze z bufetu, i po pamiątkowym zdjęciu, z nieskrywaną radością (wszak czekał na już tylko zjazd, i to jeden z najlepszych w Beskidach), zjechaliśmy do Bielska.

Na parking, gdzie czekał już na nas Mateusz, docieramy ok. 18 – chyba nawet nikt dokładnie na zegarek nie spojrzał, tylko zajął się „zamykaniem” jazdy na Stravie, Garminie czy innym ustrojstwie, ot teraźniejszość ;).

I co? I udało się :). Dla jednych po raz pierwszy (np. ja), dla innych kolejna już Pętla Beskidzka została przejechana. I to w wersji XL – z dodatkowym dołożeniem Przełęczy Rychwałdzkiej, Kocierskiej, Rychwałdzkiej i Przegibek. Licząc z Bielska wyszło 153 km i blisko 3 tysiące przewyższenia. Mnie pozostało jeszcze dokręcenie do Żywca, jednocześnie zamykając całą trasę na 193 kilometrach i prawie 3400 m przewyższenia

Myślę, że przejechana trasa jest wspaniałą esencją szosowych możliwości w Beskidach. Oczywiście jest jeszcze mnóstwo ciekawych (ciekawszych?) i interesujących miejsc, gdzie można pojechać szosą. Natomiast przejazd tej pętli niejako łączy kilka z nich, dając obraz jaki duży potencjał oferują Beskidy i ich poszczególne rejony (trochę o tym pisałem już rok temu: Szosowanie w Beskidach).

Dziękuję Marcinowi za zaproszenie na wspólną jazdę i pozostałym uczestnikom za wyborne towarzystwo i świetną atmosferę.

Garść statystyk:
Długość: 194 km
Przewyższenie: 3400 m
Trudność: 4/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *