Tegoroczne lato poprzez zmianę pracy, szybko przemknęło mi niemal pod nosem. I gdyby nie sierpniowy wypad do Szklarskiej Poręby, byłbym mocno zdegustowany jego przebiegiem (jeśli biorąc pod uwagę kategorię mtb. Szosowo udało się coś nadrobić 😉 ). Na szczęście jesień zapowiadała się już lepiej. Pojawiło się sporo planów na wrzesień i przyszedł czas na ich realizację.

Na pierwszy rzut raczej nie nastawiałem się na jakieś mocne mtb, z racji jednak małego wyjeżdżenia w sezonie, stąd też padł pomysł wycieczki w Beskid Żywiecki. Trasa miała wyklarować się w przeciągu kilku godzin przed wyjazdem, a w zasadzie jeszcze rano przed jej rozpoczęciem, została zmodyfikowana. Dość znacznie – zamiast Beskidu Żywieckiego, przenieśliśmy ją z Marcinem na teren Beskidu Śląskiego. W zasadzie Marcin ją przeniósł, a ja niespecjalnie protestowałem ;). Oba warianty były dla mnie atrakcyjne.

Czwartkową wycieczkę zaczęliśmy pod Dębowcem w Bielsku-Białej. Dalej czerwonym szlakiem wjechaliśmy na Szyndzielnię, a krótki odpoczynek zrobiliśmy na Klimczoku. Temperatura oscylowała w okolicach 12 st, więc specjalnie nie ociągaliśmy się, by nie wyziębić się nadto. Dodatkowo zachmurzone niebo nie dopuszczały ciepła promieni słonecznych. Dopiero po przejechaniu na Błatnią, zobaczyliśmy słońce, temperatura osiągnęła przyjaźniejszą wartość i ogólnie zrobiło się pięknie :).

Z Błatniej przez Mały i Wielki Cisowy pojechaliśmy na Zebrzydkę, z której zjechaliśmy do Górek Małych. Do tej pory wilgotne kamienie i ogólnie kilkudniowe wcześniejsze opady trochę utrudniały przejazd, ale obyło się bez przygód.

Po uzupełnieniu wody i prowiantu na dalsze 2/3 trasy, czarnym, a potem żółtym szlakiem wjechaliśmy na Równicę. No, może nie wszystko w siodle, ale zdecydowanie większość (u mnie jednak odbił się na kondycji brak jazdy w terenie). Na szczycie trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę w kierunku Trzech Kopców Wiślańskich. Do Przełęczy Beskidek czekał nas świetny zjazd. Brak pieszych turystów dodatkowo „przyspieszył” nasz zjazd :).

Wjazd na Orłową przypomniał mięśniom do czego zostały stworzone i jak zostały do tego sezonu przygotowane ;). Później ponownie aż do Świniorki cieszyliśmy się z przejazdu, głównie w dół. Podjazd na Trzy Kopce Wiślańskie nawet sprawnie nam wyszedł szczególnie, że kolejną krótką przerwę zaplanowaliśmy sobie przy Telesforówce.

Wycieczkę kontynuowaliśmy żółtym szlakiem. Przez Gościejów i Jawierzny dojechaliśmy pod Przełęcz Salmopolską. Nie wjechaliśmy na nią szlakiem, ale odbiliśmy tuż za pierwszymi metrami podjazdu pod nią, na „dziki” singiel, który doprowadza na Grabową. Co prawda lepszy kierunek jego przejazdu jest w drugą stronę (bo w dół), ale podjazdowo też fajnie się nim jechało :).

Na Grabowej łapiemy czerwony szlak i przez Kotarz i Hyrcę jedziemy na Przełęcz Karkoszczonkę. Na Kotarzu korzystając z otwartego bufetu, radlerem uzupełniamy nieco elektrolity ;). Trochę kilometrów mieliśmy już w nogach, a przed nami wciąż niemało ich zostało. I kto wie, czy gdybyśmy nie mieli aut w Bielsku, to byśmy już zjeżdżali do Szczyrku… Ale nie, nie – takie myśli trzeba było szybko odgonić, by morale nie podupadło, szczególnie że z Karkoszczonki czekał nas podjazd do schroniska pod Klimczokiem.

By dostać się na górę wybieramy dość prostą wersję podjazdu – najpierw stokówką pod niebieski szlak, potem krótki łącznik do zielonego, i tym ostatnim docieramy do schroniska. Uzupełniamy wodę, szybka konsumpcja jakichś batonów i ruszamy w kierunku Szyndzielni. Tu podejmujemy decyzję, że z racji późnej godziny, olewamy Twistera na deser (jednym z założeń tego wyjazdu były właśnie przejazd przez klika tras EnduroTrails). Zjeżdżamy „tylko” RockNRolla i z Koziej Przełęczy stokówką ewakuujemy się już prosto na dół pod Dębowiec, gdzie kończymy dzisiejszą wycieczkę. Tym samym zamknęliśmy całkiem treściwą trasę :).

Pogoda tego dnia wybitnie sprzyjała, dodając uroku całej trasie. Przyznam, że po ponad dwóch miesiącach niejeżdżenia na rowerze mtb w Beskidach (pośrodku tego okresu był tylko epizod sudecki 😉 ), byłem ogromnie spragniony tej formy aktywności. Co jak co, ale żadna szosa nie zastąpi solidnej trasy mtb :). I na tym zdaniu podsumuję ten trip, który także dzięki towarzystwu Marcina, był zdecydowanie ciekawszy :).

Garść statystyk:
Długość: 65 km
Przewyższenie: 2650 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *