Ale żeby w drugiej połowie grudnia można było niemalże po suchym jeździć eMTeBy w górach?! Co się to porobiło! No, ale jak pogoda zamiast skiturowych szusów „zmusza” do rowerowej aktywności, to trzeba korzystać :).

W zasadzie po sobotnim, krótkim epizodzie narciarskim w Szczyrku, codziennie pozwalam sobie na szosowe, kilkugodzinne wyjazdy po okolicy. Niestety, choć temperatury sprzyjały, to powietrze dalekie było od ideału (dla niewtajemniczonych: smog skutecznie zatruwa nam życie). Tak więc po kilku dniach w dolinach (nawet tych wyższych), czas było wybrać się we właściwe góry.

Wiedząc, że dni na długie wyjazdy już minęły, a nastał czas na krótkie i nietrudne wycieczki, wybraliśmy się z Olą na przejazd wokół Baraniej Góry.

Gdy wyruszaliśmy z Węgierskiej Górki, rano temperatura wskazywała już 12 stopni. Idealne wskazania grudnia :). Wygodnie i przyjemnie siecią stokówek, przez Złatną, dojechaliśmy do schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Obiekt, dzięki obecnym dzierżawcom, przeżywa swoisty renesans, więc jeśli ktoś nie był w nim w przeciągu kilku minionych lat – warto zajrzeć ponownie – ogrom pozytywnych zmian!

Po pierwszym i jedynym, krótkim odpoczynku, ruszyliśmy dalej. Zachodnimi stokówkami dojechaliśmy pod grzbiet Cieńkowa, gdzie złapaliśmy żółty szlak. Nim to wjechaliśmy na Gawlasi i dalej zielonym szlakiem na Magurkę Wiślańską.

Nie omieszkam pozwolić sobie na małą refleksję: przejechany fragment żółtego oraz zielonego, jest wg mnie idealnym poligonem dla chcących poprawić technikę podjazdową. Na pierwszy rzut oka, oba szlaki tylko we fragmentach da się pokonać w siodle, ale gdy tylko nabierze się więcej wiary we własne siły (i umiejętności) – da się całość wjechać. A na Magurce banan na twarzy będzie wystarczającą nagrodą :).

Dalej czekała nas już niemal sama przyjemność (choć dla mnie przyjemnością są również wjazdowe odcinki tras 🙂 ). Przejazd grzbietem pomiędzy Magurką Wiślańską a Radziechowską zawsze jest wyjątkowo urokliwy. A gdy dodać do tego chylący się ku końcowi dzień, zachodzące słońce… robi się zjawiskowo.

Po krótkiej wizycie w szałasie na Hali Radziechowskiej, kontynuowaliśmy nasz zjazd. Co prawda trzeba było jeszcze kawałek podejść na Glinne, ale to już na tyle bezbolesny odcinek, że nie ma się co nad nim nadto rozwodzić.

Ostatnie 5 kilometrów czerwonego szlaku, to już sam zjazd. I to w najlepszej odsłonie. Można szybko, można technicznie, można poczuć flow. I za to właśnie uwielbiam ten szlak. A wycieczkę także :).

Garść statystyk:
Długość: 41 km
Przewyższenie: 1300 m
Trudność: 3/5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *