•Rondo. Przede mną końcowe kilometry, staram się przyspieszyć – widok zbliżającej się mety dodaje sił. Za światłami coraz więcej kibiców, jeden z nich krzyczy „wyżej kolana!”. Gdyby nie paliły mnie tak płuca, powiedziałabym mu, co na ten temat myślę! Na ostatniej prostej wyprzedzam jeszcze kilka osób, w końcu wpadam na metę. Oszołomiona wysiłkiem ostatnich minut daję sobie założyć upragniony medal na szyję i trzymam go mocno. Obejmuje mnie jakiś facet w czerwonej koszulce…a, to Szymon :). Odbieram butelkę wody i uciekam czym prędzej do cienia przed tym koszmarnym słońcem…

•   •   •

Zbliża się koniec grudnia 2016 roku. Wychodzę na pierwszy z 45 treningów, które mają mnie przygotować do startu 2 kwietnia 2017 roku. Raptem 15 minut spokojnego biegu; ale myślami jestem już przy następnej niedzieli, gdzie czeka mnie 45 minut biegu ciągłego, co na tę chwilę wydaje mi się niewykonalne!

Mijają kolejne tygodnie i czasem trzeba się mocno nakombinować, by mimo okropnego smogu i prawdziwie zimowej aury wykonywać plan. Ponadto w okolicach święta Trzech Króli dopada mnie jakaś infekcja wirusowa – jak się później okazuje, pierwsza i ostatnia w toku przygotowań. Ponownie schody zaczynają się w szóstym tygodniu planu – czekające mnie interwały wydają się być niemożliwe do zrealizowania, ale zaciskając zęby próbuję…i udaje się! Wielokrotnie później doświadczam podobnych obaw, ale z każdym wykonanym treningiem przekonuję się, że kolejne granice znikają, gdy tylko spróbuje się je pokonać…

W przedostatnim tygodniu łapię lekkie przeziębienie, które jednak organizm szybko zwalcza i mogę bez przeszkód zrealizować ostatnie trudne treningi. Tydzień zawodów to już tylko dwa lekkie biegi i – w założeniu – regeneracja. We wtorek wybieram się jednak rowerem do pracy i szczękając z zimna zębami, w kilkustopniowym mrozie, sama siebie karcę w myślach… na szczęście popołudniowe słonko pozwala się wygrzać 🙂 W sobotę, w przeddzień startu wychodzę jeszcze na Krawców Wierch – piękna pogoda i informacja o kwitnących krokusach nie pozwalają siedzieć w domu!

•   •   •

Zdenerwowanie dopada mnie dopiero rano. Z domu wychodzę już po 9, na rynku kłębi się już tłum biegaczy i kibiców. Czas mija szybko, rozgrzewkę (w zasadzie niekonieczną, bo temperatura szybko rośnie…) robię z Mariolą Pasikowską. Wsuwam bananowy mus z Decathlona, ostatnia wizyta w bocznej uliczce i odliczanie! Przód stawki pobiegł, my po kilku minutach powoli ruszamy. Na 5 kilometr wpadam w założonym czasie 26 minut. Łyk wody, bo w końcu za 5 kilometrów kolejny wodopój. Dziwi mnie, że tyle osób biegnie z camelbakami i bidonami, ale tłumaczę sobie to znajdowaniem się w dalekiej części stawki. Do punktu odżywczego na 10 kilometrze docieram lekko spóźniona, po 53 minutach od startu. Okazuje się, że brakło wody! Dostaję dosłownie łyk izotonika i z głową pełną niewesołych myśli zaczynam zbieg do zapory. Od tej pory mam w zasadzie jeden cel: pokonać biegiem wszystkie podbiegi, czas na mecie schodzi na dalszy plan.

Na 15 kilometrze wolontariusze dają nam kranówę z pobliskiego domu – łapczywie wypijam jeden kubek, drugi wylewam na siebie, co nieco poprawia samopoczucie. Na długim zbiegu wsuwam znów mus bananowy, ledwo przechodzi przez zaschnięte gardło. Mimo upału czuję jednak zapas sił i lekko przyspieszam, walcząc z wmordewindem  wyprzedzam kolejne osoby. Zaczynam przedostatni, legendarny podbieg – wszyscy stłoczeni przy lewej krawędzi jezdni starają się uciec przed słońcem, ale bezlistne jeszcze topole nie dają wiele cienia…Coraz więcej osób przechodzi do marszu, ja jednak wytrwale truchtam, w dół nieco szybciej 😉 na ostatnim, „legendarnym” podbiegu walczę z koszmarną kolką; na szczycie czekają jednak rodzice z aparatem (i cała reszta wspaniałych kibiców!), trzeba się więc wykazać! Na ostatnim punkcie odżywczym z ulgą łapię ostatni łyk wody, chwilę później, wraz ze zbiegiem kolka w magiczny sposób znika. Przede mną rondo i ostatnia prosta do mety…

•   •   •

W domu czeka na mnie ciepły prysznic; z ulgą zrzucam przesycone solą ciuchy i buty. Odświeżona, żegnam się z rodzicami (którzy jadą do domu) i z Szymonem (który idzie na rower) i idę na rynek popatrzeć na kosmitów, którzy w tym upale byli w stanie wybiegać podium. Szczególnie wzruszają mnie kategorie od M50/K50 w górę – ileż trzeba samozaparcia, by mając nawet prawie 80 lat biegać takie dystanse! Czapki z głów! W pewnym momencie słyszę swoje nazwisko – zaskoczona wychodzę na scenę jako 4 kobieta w powiecie żywieckim, a później jako pierwsza Żywczanka! 🙂

•   •   •

Może czas jaki uzyskałam – 1:55:01 nie zasługuje na wielkie uznanie. Ale dla mnie to nagroda za cały poprzedni rok walki z chorobami, za przezwyciężanie lenistwa i wygodnictwa, za treningi na mrozie, w smogu, za żmudne wydeptywanie kilometrów po asfalcie. Te niespełna dwie godziny biegu to jedynie zwieńczenie kilkumiesięcznych przygotowań i wyrzeczeń, dlatego tak naprawdę zwycięzców tego biegu jest tak wielu, jak jego uczestników.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *