Niedziela, 23 kwietnia. Odsuwam zasłony, a za oknem ogromne płatki śniegu spadają cicho na dorodne tulipany w ogródku. Może lepiej byłoby zabrać biegówki? Z perspektywą biegu w śnieżycy lub ulewie szykuję się do wyjazdu – wraz z Izą z grupy “Lecę Na Żywca” jedziemy zmierzyć się z 10-kilometrowym biegiem w Cieszynie.

Po dojechaniu na miejsce idziemy odebrać pakiety startowe, kolejka jest wciąż duża, ale w miarę sprawne się wszystko odbywa. Po powrocie do auta z żalem żegnam się z puchową kurtką, zostając tylko w cienkiej wiatrówce. Po drodze na start wsuwam dwa  batoniki od EkoIdea z Żywca. Krótka rozgrzewka i już trzeba się ustawiać do startu. Lokuję się tuż przed pacemakerem na 60 minut.

Po strzale startera, o dziwo, szybko ruszamy, w przeciwieństwie do Półmaratonu Żywieckiego. Nie mając zegarka chciałam trzymać się zająca na 50 minut, ale jakoś strasznie szybko wyrwał do przodu i zniknął mi z oczu. Doganiam go dopiero w okolicach trzeciego kilometra, z trudem przeciskając się do przodu na wąskich alejkach. Na około 3,5 kilometrze organizatorzy zapewnili dodatkową atrakcję – kładkę-trampolinę. Pół biedy, jak się udało wbić w rytm, można było tych kilkanaście kroków przebiec w podskokach jak żywiecka sarna ;).

Do czwartego kilometra biegnę za zającem, ale czuję się nadzwyczaj dobrze – może to te batoniki, albo upieczone dzień wcześniej w ramach carboloadingu czekoladowe ciasteczka 😉 ? Lekko przyspieszam więc, starając się na wietrznych odcinkach schować za jakimiś pomocnymi, męskimi plecami. Poza tym chłodnym wiatrem pogoda całkiem niezła – trochę słońca, trochę deszczu i śniegu, ale przynajmniej na upał nie można narzekać. Atmosferę rozgrzewają za to kibice, tłumnie stojąc przy trasie i żwawo przygrywające orkiestry, z których słynie ten bieg.

Przed szóstym kilometrem wyprzedza mnie jakaś zawodniczka; widzę, że trzyma dobre, równe tempo więc staram się pobiec za nią. Nie jest łatwo, biegniemy niemalże z prędkością, którą biegałam interwały, ale o dziwo wciąż czuję zapas sił, a krok jest lekki i sprężysty. Pani chyba czyta mi w myślach, bo koło ósmego kilometra lekko przyspiesza. Z daleka widać już balon oznaczający linię startu, nogi niosą ale staram się nie poddawać emocjom, żeby się nie “spalić” i mieć siły na końcówkę. Ostatnie metry na stadionie to już eksplozja emocji i doskonały finisz! Nigdy nie przypuszczałam, że jestem w stanie tak szybko biec ;). Z niesamowitą satysfakcją odbieram medal. To był naprawdę udany bieg! Uzyskany czas 48:28.

Jeśli chodzi o stronę organizacyjną, to w zasadzie nic nie mogę zarzucić, choć nie korzystałam np. z depozytów. Przed startem można było się zagrzać herbatą w kilku wersjach, posiłek na mecie był w wersji wege (leczo) i mięsnej (bogracz). Trasa, choć ciekawa, moim zdaniem niezbyt dobra na bicie rekordów, bo dość kręta i miejscami bardzo wąska, ale sama idea dwóch pętli bardzo mi się podobała. Wracam za rok!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *